Wtorek, 18 grudnia 2018. Imieniny Bogusława, Gracjana, Laury

Nauczył Shreka mówić po polsku

2015-01-10 20:15:01 (ost. akt: 2015-01-10 22:02:01)

Autor zdjęcia: Archiwum

Po premierze polskiej wersji "Shreka" był na Mazurach. Kiedy wpływał do portu, odezwały się telefony i sms-y z poważnych gazet i telewizji. Rozmawiamy z Bartoszem Wierzbiętą, autorem dialogów do znanego filmu o ogrze Shreku i jego przyjacielu Ośle.

― To dzięki panu ludzie w kinie płaczą ze śmiechu. Podejrzewam nawet, że część widzów nie ogląda „Shreka” dla fabuły, ale dla dialogów Bartosza Wierzbięty.
― Bardzo mi miło słyszeć takie słowa. Nie wiem, czy są jeszcze ludzie, którzy oglądają „Shreka”, ponieważ ten film powstał kilkanaście lat temu. Myślę, że jego żywotność powoli się wyczerpuje.

― W Boże Narodzenie trafiłem na „Shreka” w telewizji. Moim zdaniem ten film w Polsce jest nieśmiertelny, jak "Kevin sam w domu".
― (śmiech) W święta w telewizji są różne rzeczy. Pytanie tylko, czy te produkcje mają oglądalność, czy ktoś zwraca na nie uwagę.

― Oglądając ten film, odnosi się wrażenie, że twórcom praca przy nim sprawiała wielką frajdę. Poza tym mówi się, że to między innymi dzięki panu polski dubbing wrócił do łask.
― Myślę, że „między innymi” jest sformułowaniem kluczowym, ponieważ przy „Shreku” spotkało się wielu ludzi, którym ta praca sprawiała przyjemność. Ja na pewno traktowałem to jak wielką, życiową przygodę. Głosów postaciom użyczyli wybitni aktorzy, wyreżyserowała to świetna Joanna Wizmur (aktorka głosowa i teatralna, reżyser polskiego dubbingu, sporadycznie aktorka filmowa, zmarła w 2008 roku ― red.). Zrządzeniem losu nikt tej produkcji nie zepsuł.

― Kiedyś dubbing kojarzył się z filmami dla dzieci. Teraz takie filmy oglądają i dzieci, i dorośli.
― Nie jest to zasługa polskiej ekipy. Do pewnego momentu tworzono kino animowane głównie dla młodszego widza. Domyślam się, że rodzice w kinie często męczyli się i bardzo nudzili. Wytwórnia DreamWorks (ze Stanów Zjednoczonych, która wyprodukowała m.in. „Shreka” ― red.) jako pierwsza postanowiła zerwać z tym przyzwyczajeniem i zaczęła tworzyć filmy łamiące zasady disneyowskiej narracji. I to się spodobało dorosłym widzom.

― Od 1994 roku napisał pan scenariusze i dialogi do ponad 90 produkcji.
― Naprawdę aż tyle tego jest?

― Chyba się nie pomyliłem. Ma pan na koncie scenariusze m.in. do seriali, filmów z serii „Asterix i Obelix” czy animowanych jak „Shrek” czy Madagaskar”. Pierwszą kreskówką, jaką pan przetłumaczył, był odcinek „Misia Jogi”. Który to był rok?
― Na to pytanie nie odpowiem, bo jestem na bakier z datami. Na pewno było to bardzo dawno temu. Prawdą jest natomiast, że to był pierwszy odcinek, który przetłumaczyłem nie dla lektora czy napisów, ale na potrzeby dubbingu. Taki rodzaj przekładu ma pewne wymogi techniczne, które początkującemu dialogiście jest bardzo trudno spełnić. Przetłumaczony tekst musi mieć taką samą długość jak oryginał. Ruch warg postaci na ekranie powinien mniej więcej zgadzać się z tym, co zobaczylibyśmy, gdyby ktoś to faktycznie mówił po polsku. Na początku nie jest łatwo. Z czasem, na szczęście, człowiek się uczy i nie trzeba się nad tym specjalnie zastanawiać. Pierwszy mój odcinek do „Misia Jogi” trwał około 7 minut, a ja go pisałem prawie tydzień.

― A jak długo powstawał scenariusz do „Shreka”?
― Kilka dni. Teraz na pewno już tak szybko nie pracuję, ponieważ zwyczajnie mi się nie chce. Nie rzucam się już na materiał pijany szczęściem, że mam okazję pracować przy kolejnym filmie. Nadal lubię tę pracę, ale nie chciałbym, żeby pożerała całe moje życie.

― W szkole z łatwością przychodziło panu pisanie opowiadań na języku polskim, czy może chciał pan zostać chemikiem albo fizykiem?
― Przejawiałem zainteresowania w stronę pisania. Miałem grupę przyjaciół, którzy bardziej niż sportem interesowali się pisaniem krótkich form w stylu Gałczyńskiego. I ja również starałem się w tym odnaleźć. Nie wymagało to od nas specjalnie dużo cierpliwości, bo były to teksty krótkie, na pół strony. Mnie to pisanie nie szło najlepiej, miałem dużo zdolniejszych kolegów. Tak się jednak złożyło, że dzisiaj to ja żyję z pisania. A moi szkolni przyjaciele zajmują się zupełnie czym innym.

― Karierę zaczynał pan od tekstów do filmów dokumentalnych dla kanału Planete. Pierwszy pełnometrażowy film animowany to „Uciekające kurczaki” z 2000 roku. Miał pan tremę?
― To nie był mój pierwszy dubbing. Do tego czasu zdążyłem napisać kilkaset odcinków seriali animowanych jak „Johny Bravo” czy „Krowa i kurczak”, których dzisiaj pewnie nikt już nie pamięta. Tak wiec tremy nie miałem, poza tym tworzyłem ten scenariusz w komfortowych warunkach, bo w studiu Start International Polska wszyscy podchodzili do mnie z dużą cierpliwością. Większą tremę miałem podczas tłumaczenia kolejnej produkcji. Nawet nie był to film, tylko zwiastun do filmu Disneya „Dawno temu w trawie”. I chyba strasznie mi ta trema przeszkadzała, bo rezultat nie był najlepszy. Trochę czasu minęło, zanim Disney znów zdecydował się ze mną współpracować.

― „Zainwestuj w tik-taki, bo ci jedzie” czy „Nie kręć mi tu o siarce. Siarka przy tym to perfuma” ― to tylko przykłady wyrażeń ze „Shreka”, które trafiły do potocznego języka. Dialogi do filmu o ogrze i Ośle pisał pan w wieku 27 lat. Młody wiek i od razu sukces.
― Nie widziałem, że ta produkcja zyska taką popularność. To był mój drugi film kinowy. Zresztą w 2000 roku w ogóle byłem na wczesnym etapie swojej „refleksji nad kinem”. Oczywiście „Shrek” bardzo mi się podobał, jak na tamte czasy był z jajem. Poza tym to był jeden z pierwszych filmów, w którym w pełni wykorzystano dobrodziejstwa animacji komputerowej. Dorośli chodzili zobaczyć ogra, Osła i spółkę, żeby przekonać się, czy naprawdę da się coś narysować na komputerze. Teraz jest to oczywiste i banalne, wtedy to była nowość. Pamiętam, że po premierze pływałem na wakacjach po Mazurach. Miałem przedpotopową komórkę, która praktycznie nie łapała zasięgu. Ilekroć wpływaliśmy do portu odzywały się telefony i sms-y z najróżniejszych redakcji, poważnych pism, gazet, telewizji. Nagle wszyscy zainteresowali się naszą polską wersją filmu. Bardzo mi się to podobało, ale byłem też zaskoczony. Wcześniej tej branży nie poświęcano wiele uwagi.

― Oryginalni twórcy filmów wiedzą, w jaki sposób przekształca pan dialogi?
― Twórcy jako tacy nie. Oni są na stałe w Stanach Zjednoczonych i pracują nad kolejnymi produkcjami. Są natomiast oddelegowani przez wytwórnie ludzie odpowiedzialni za proces lokalizacji filmu na całym świecie. Oceniają pracę tłumacza, reżysera i aktorów. Jeżeli coś im się nie podoba, bronimy naszego pomysłu albo poprawiamy, jeśli coś faktycznie jest źle.

― Czyli musi pan wysyłać swoje dialogi do autoryzacji?
― Przy każdym filmie wypełniam kilkudziesięciostronicowe tabelki, w których każde istotne zdanie, czyli większość żartów, gier słownych itd. muszę napisać po polsku i później z powrotem przetłumaczyć na angielski (tzw. back-translation). Niekiedy oryginalny angielski od tego angielskiego po moim tłumaczeniu sporo się różni i zaczynają się dyskusje.

― To trudna robota!
― Powiem tak: bywają gorsze zajęcia.

― Z jednej strony wymyśla pan dialogi tak, żeby zgadzały się z ruchem ust postaci. Co jeszcze pan musi?
― Moje zadanie polega także na tym, żeby konkretnemu aktorowi możliwie tę pracę ułatwić. Zawsze muszę myśleć o tym, kto i jaką postać będzie grał.

― Na jaką dowolność może pan sobie pozwolić?
― Z jednej strony sam narzucam sobie jakieś ramy, staram się nie odchodzić od oryginału. To może się wydać dziwne w kontekście tego, co mówiłem wcześniej o różnicach po tłumaczeniu tekstu. Wszystko zależy jednak od tego, jak człowiek rozumie trzymanie się oryginału. Ja staram się rozumieć, po co dane zdanie pada w danej scenie. Jeżeli dochodzę do wniosku, że np. nie była to istotna gra słów oparta na dwuznaczności wyrażenia „gwóźdź w desce” i „gwóźdź programu”, to pozwalam sobie na odejście od tego „gwoździa”. I zamieniam na inne słowo, ale zostaję przy zamyśle twórców. To są te ramy, których staram się trzymać. Są oczywiście jeszcze ramy obiektywne, których przekraczanie źle by się zapewne odbiło na moich kolejnych zleceniach. Chodzi np. o nieobrażanie nikogo czy o nieprzemycanie treści, które nie są odpowiednie dla widza.

― Jak pan pracuje?
― Kiedyś jeździłem po mieście z kasetami VHS. Teraz na szczęście nie jest to koniecznie. W formacie elektronicznym ściągam rolkę filmu. I tłumaczę. Zdanie po zdaniu zapisuję tak, jak według mnie powinno brzmieć po polsku. Później włączam jeszcze raz ten fragment w oryginale i gram, wyobrażając sobie, jak aktor powinien to powiedzieć. Raz wolniej, raz szybciej, z większą emocją, z mniejszą. I, kolokwialne mówiąc, patrzę, czy to pasuje do obrazu. To znaczy, czy usta polskiego aktora zamkną się w momencie, kiedy powinny być zamknięte itd.

― Polski dubbing odszedł od eleganckiego stylu, zastąpił go potoczny. Czasami nawet z błędami stylistycznymi. Król Julian z filmu „Madagaskar”, do którego również pisał pan scenariusz, mówi "człowieki".
― Kino familijne nie jest medium edukacyjnym i nie ma ambicji uczenia gramatyki. Posłużę się tu analogią: w baśniach tradycyjnie poruszane są kwestie etyczne. Jest dobro i zło, występują postaci negatywne i pozytywne. Dobrych należy naśladować, złych nie — wszyscy to rozumieją. W ten sam sposób można traktować kwestię poprawności językowej. Mamy Króla Juliana, który jest idiotą. Więc niech mówi jak idiota, niech kaleczy ten język. Wydaje mi się, że każdy, włącznie z najmłodszym widzem, bardzo szybko zrozumie, że on tak mówi nie dlatego, że tak trzeba, tylko dlatego, że jest idiotą. W pewnym sensie ta niegramatyczność uczy nas poprawności językowej, ponieważ nie chcemy być tak głupi, jak ten Julian. I być może zastanowimy się nad tym, jak mówimy. Poza tym język jest najprostszym sposobem na charakteryzację postaci, nadaje jej cechy własne. W ten sam sposób stosowane jest to w filmach oryginalnych, jak i w naszych wersjach.

― Lubi pan humor francuski, angielski czy nasz rodzimy?
― Dzisiaj humor francuski jest na takim sobie poziomie, z mojego punktu widzenia. Głównie jest to o pierdzeniu i rzyganiu. Natomiast z humorem brytyjskim jestem zaprzyjaźniony. Myślę, że nawet bardziej niż z polskim.

― A jest pan rozpoznawalny na ulicy?
― Dzięki Bogu, nie. A jeżeli ktoś już mnie rozpozna, to raczej czuję dyskomfort. Ja nie mam być rozpoznawalny, ponieważ nie jest aktorem. Ja tylko dla nich piszę. Odwalam czarną robotę.

Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Lokalizator #1631404 | 83.9.*.* 11 sty 2015 12:47

    Ale przecież wg większości mędrców tłumaczyć może każdy, kto zna obcy język. Albo student. Albo po co płacić za tłumaczenia, skoro jest Google Translator. A a koniec płacz, że witryna WWW w języku obcym jest niezrozumiała dla potencjalnych klientów. Lokalizacja, transkreacja - a po co, transliteracja wystarczy, bo tanio... Powodzenia.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Lis #1631102 | 81.190.*.* 10 sty 2015 22:04

    Niezwykły człowiek!!! Gratuluję talentu i dziękuję, ze dzięki panu możemy całymi rodzinami tak świetnie bawić się oglądając te filmy.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz