Czwartek, 17 października 2019. Imieniny Antonii, Ignacego, Wiktora

Rajdy to ekstremum, bez marginesu na błąd

2015-01-14 14:57:59 (ost. akt: 2015-01-14 15:22:25)

Autor zdjęcia: mat. prasowe Orlen Team

— Tu jest prosty przekaz: musisz być w stu procentach przekonany do tego, że dasz radę. Jeśli masz choć cień wątpliwości, to powiem zwyczajnie i może trochę po chamsku: spieprzaj do szachów — mówi Maciej Wisławski, legendarny pilot Krzysztofa Hołowczyca z czasów ich największych sukcesów.

— Co taki gość jak pan, człowiek motorsportu, który niejedno w życiu widział sądzi o Rajdzie Dakar? A właściwie o tym co ludzi pcha do tego szaleństwa?
— Po pierwsze, i nie boję się tego powiedzieć, mnóstwo ludzi jedzie tam z chęci zaistnienia w przestrzeni medialnej. Nie mówię tu o takich profesjonalistach jak Krzysiek Hołowczyc czy Marek Dąbrowski i Carlos Sainz czy Stephane Peterhansel oraz inni, bo oni tam jadą po to, o co w sporcie chodzi, czyli po wynik. Ale jest wielka rzesza ludzi, znam ich doskonale i wszyscy ich znamy, którzy jadą tam mając za sobą wielkie wsparcie w postaci wielkich pieniędzy i wiedzą, że poprzez ten rajd mogą zaistnieć w tzw. świecie celebryckim. To jest ta nieprawdopodobna i ciągota do bycia sławnym...
I tu jest prosty przekaz: musisz być w stu procentach przekonany do tego, że dasz radę, jeśli masz choć cień wątpliwości, to powiem zwyczajnie i może trochę po chamsku: spieprzaj do szachów. Bo tu nie ma że temperatura 55 stopni Celsjusza, że jesteś głodny czy że chce ci że siku, albo że coś tam.

— Ktoś policzył, że aż 80 procent uczestników rajdu Dakar to amatorzy...
— I to by się wszystko zgadzało, prawda? Ja na przykład jestem z automobilizmem związany od lat, i wiele razy miałem od wielu ludzi propozycje, żeby pojechać rajd crosz-country, czy to naszą Baję Poland czy Dakar. I wiele razy grzecznie odmawiałem, bo to zwyczajnie nie jest moja dyscyplina sportu. Bo ja, Maciek Wisławski ze Skierniewic jestem ułożony do rajdów płaskich i rajdy terenowe to nie jest moja bajka. A wielu się tam pcha nie mając pojęcia o temacie. A rajdy samochodowe — i tu chciałbym, żebyś kochany to napisał dużymi literami — TO JEST EKSTREMALNA DYSCYPLINA SPORTU. Jedna z nielicznych, albo nawet jedyna, w której nie ma marginesu na błąd. I tu jest prosty przekaz: musisz być w stu procentach przekonany do tego, że dasz radę, jeśli masz choć cień wątpliwości, to powiem zwyczajnie i może trochę po chamsku: spieprzaj do szachów. Bo tu nie ma że temperatura 55 stopni Celsjusza, że jesteś głodny czy że chce ci że siku, albo że coś tam. I ja wiem co mówię: 38 lat w tym zawodzie robię...

— I stąd tyle tragedii?
— Mówimy o śmierci motocyklisty z Krakowa, tak? On podobno dwa lata się przygotowywał, gdzieś tam jeździł, ale tak na dobrą sprawę co z tego? Do takiego sportu jak rajdy nie można być przygotowanym w 99 procentach, bo ten jeden procent którego ci brakuje zdecyduje o twoim koszmarze. Taki to sport. Musisz się nauczyć szacunku do tego co robisz, musisz wiele razy poczuć małe klęski.

— Jakiś mądry człowiek powiedział niedawno, że z pasji nie trzeba się tłumaczyć. A dla wielu to pasja.
— To mądre słowa, mądre naprawdę. Ja się z nimi zgadzam. Tyle tylko, że trzeba mieć świadomość, że za tę pasję trzeba czasami zapłacić cenę najwyższą. Nie wysoką, ale najwyższą. Czyli czasami nawet życie.

— Na Dakarze obciążenia dla ludzi są ogromne, w jednym z ostatnich etapów kierowcy i piloci spędzili w aucie dwanaście godzin — osiem na dojazdówce i cztery na oesie. Pamiętam jak kiedyś wracaliśmy wspólnie busem z rajdu w Austrii i pan się mocno zdenerwował na kolegę, który prowadził auto nocą w Czechach, w deszczu, sto na godzinę... I zarządził nocleg.
— Człowiek ma swoją wytrzymałość, bo ja jako pilot po kilku dniach pędzenia rajdówką na oesach z prędkością 180 km na godzinę po rajdzie raczej oczekiwałem lekkiego wygaszenia emocji i spokoju. Poza tym główna zasada tamtej, nazwijmy to awantury, wynikała z bezsensownego ryzyka zaistnienia wypadku. Bo niby po co tak gnać? Żeby być godzinę wcześniej przy korycie? Znam wielu takich asów, ostatnio jeżdżę jeszcze czasami na rajdy z Łukaszem Byśkiniewiczem, zdarzało mi się, że prosiłem o to, żeby się zatrzymali o tu, tu... Przy tym przystanku PKS. Bo ja sobie spokojnie pojadę do domu.

— Jak więc żyć z takim napięciem jaki mają ludzie na Dakarze i to przez dwa tygodnie. Umie pan sobie to wyobrazić?
— Ja umiem, bo byłem zawodowcem i sam przez to przeszedłem. Po prostu: jak człowiek musi, to musi. I koniec. Sam pamiętam jeszcze czasy gdy z „Hołkiem” walczyliśmy w mistrzostwach Polski czy Europy, kiedy siedziałem nad notatkami rajdowymi do 4.30, a o 6.32 czekał na nas przed hotelem bus, który wiózł nas na trasę. Tak było. A jak Krzysiek raz przyszedł na śniadanie na 7.05, a w rozpisce stało, że ma zacząć jeść o 7.00, to mu ludzie z Prodrive-u pokazywali znacząco na nadgarstek i pukali się po nim. Jeszcze raz powiem: w sporcie wyczynowym nie ma komfortu, nie ma luzu, nie ma braku punktualności.

— Wsłuchuje się pan teraz w relacje z Dakaru specjalnie pod kątem Hołowczyca? Tym bardziej, że ma pan tam swojego „szpiega”w postaci Łukasza Byśkiniewicza, który jest dziennikarzem TVN Turbo?
— Oczywiście, że się wsłuchuję i sporo wiem. Z Krzyśkiem łączą mnie specyficzne relacje, ostatecznie przeżyliśmy razem wielkie chwile. Bardzo liczę na to, że będzie miał to wymarzone podium, ale musimy cały czas pamiętać, że to Dakar, sport w którym nie ma faworyta, a zwycięzcy są dopiero na mecie. Tam może się zdarzyć wszystko: pożar auta, urwane koło, albo awaria napędu... No, wszystko. Krzysiek jak dla mnie już raz był bohaterem dnia, kiedy przejechał połowę etapu z jedną ośką, podczas kiedy inni się z oboma napędami zakopywali.

— Jakie są szanse na podium? Inni faworyci padają jak muchy — Nani Roma, Carlos Sainz, Robby Gordon, Stephane Peterhansel...
— Krzyśkowi ten wynik się należy jako świetnemu sportowcowi. Za konsekwencję i determinację w dążeniu do celu. Dodatkowo ja, jak chyba nikt inny w Polsce, wiem jaki to jest świetny kierowca. Jak ostatnio byliśmy Ameryce na takim pokazowym rajdzie szutrowym to ja sobie siedziałem koło niego na fotelu z taką przyjemnością jakbym siedział w filharmonii... Albo ostatni Rajd Barbórka w Warszawie i kryterium na karowej, gdzie objeżdżaliśmy tym naszym kultowym subaru beczkę pięć razy i za każdym razem pięć-dziesięć centymetrów od niej... Niewyobrażalna precyzja... Krzysiek się mocno różni od całej masy, przepraszam że tak powiem, durni którzy nie wiedzą, że nie umieją, a bardzo chcą. On chce, bo umie.

— W tym roku mija dwudziesta rocznica waszego pierwszego sukcesu, czyli mistrzostwa Polski z 1995 roku.
— Ale ten czas zapiernicza, coś niesamowitego. Wcześniej, bo już chyba w 93 roku mieliśmy wicemistrzostwo w n-ce, potem przyszły mistrzostwa polski, wicemistrzostwo i mistrzostwo Europy. To były piękne czasy, wyskoczyliśmy ni stąd, ni zowąd i zrobiliśmy wyniki.

— A co teraz? Jeszcze ponad tydzień trzymania kciuków z „Hołka”?
— Nie ma wyjścia, odpukujemy w niemalowane i trzymamy. Ale teraz już muszę kończyć, bo zaraz ruszam na rower. Mieszkam w Skierniewicach kilkaset metrów od pięknej Puszczy Bolimowskiej, staram się codziennie jeździć ze dwie godzinki na rowerze. No to pa, kochany, pa.

Zbigniew Szymula
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB