Sobota, 22 września 2018. Imieniny Maury, Milany, Tomasza

Słupy rujnują królową

2015-01-09 12:34:44 (ost. akt: 2015-01-09 12:55:16)

Autor zdjęcia: Małgorzata Kundzicz

Szukasz pracy? O to chodzi. Nie znasz języka? Bardzo dobrze. Im mniej wiesz, tym lepiej. — Zwerbowana osoba w dobrej wierze podpisuje wszystkie podsunięte jej dokumenty, myśli, że dostanie pracę — mówi policjant.

Ogłoszenia są i w internecie, i w mediach. Okazją do podjęcia świetnej pracy za granicą może być spotkanie z dawno niewidzianym kumplem czy koleżanką. Bywa, że taki znajomy pracuje na Zachodzie legalnie. Przyjeżdża na Warmię i Mazury na urlop i niejako przy okazji podpytuje, czy ktoś nie chciałby z nim wyjechać. Bo praca jest, mówi, i to dobra. Tylko nie ma kto pracować.
Słup wraca z podkulonym ogonem do kraju i pytającym o Zachód znajomym mówi, rozkładając ręce: nie ma tam pracy.
Chętny, szukający pracy, nie podejrzewa, że ma być słupem, pakuje się i wyjeżdża. Jeszcze nie wie, że za chwilę będzie wracał. I to z niczym.

Ofiary są wybierane starannie
— Kiedyś Polacy wywożeni byli do Niemiec, teraz także do Anglii. Na miejscu są zakwaterowani w wielopokojowych mieszkaniach z innymi osobami w podobnej sytuacji — opowiada oficer operacyjny zajmujący się w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie m.in. zwalczaniem handlu ludźmi. Ofiary są starannie wybierane. To nie jest "praca" dla każdego. Dyskwalifikująca jest choćby znajomość angielskiego, chyba że tylko na poziomie "good morning". Na tym opiera się cały system.

— Słupy są wożone do banków, gdzie ich zadaniem jest wypełnienie wniosków o otwarcie konta. Druki są oczywiście w języku angielskim. Pośrednicy przyprowadzają ze sobą nawet tłumaczy, żeby wszystko wyglądało bardziej profesjonalnie. Tłumaczami zawsze są osoby podstawione — opowiada oficer. Po otwarciu rachunku w banku kolej na wizytę w miejscowej opiece społecznej. Takich wizyt może być nawet kilka: jak mówią policjanci, brytyjski system wbrew pozorom jest podatny na tego typu oszustwa. Podwładni królowej wyobraźnię mają słabszą niż polscy przestępcy.

— Zwerbowana osoba w dobrej wierze podpisuje wszystkie podsunięte jej dokumenty. Przestępcy zapewniają, że to potrzebne do zawarcia umowy o pracę. Tymczasem na tej podstawie wyłudzane są świadczenia z angielskiego budżetu. I, oczywiście, przechwytują je organizatorzy tego procederu — dodaje policjant.

Pobyt słupa w Anglii, w zależności od szybkości załatwiania formalności, może trwać do miesiąca. Kiedy wszystko jest już załatwione, pośrednik rozkłada ręce i mówi: Sorry, pracy jednak nie ma, wracaj do kraju. Czasami nawet słup dostaje pieniądze na bilet. Częściej jednak musi radzić sobie zupełnie sam. Bez pieniędzy, pracy i jakichkolwiek znajomych.

— Na takie sytuacje wyczuleni są pracownicy polskich placówek dyplomatycznych. Wiedzą, co robić i zwykle pomagają w powrocie do kraju — mówi funkcjonariusz.

Tymczasem na jego nazwisko przestępcy zaciągają kredyty w bankach i pobierają zasiłki. Wbrew pozorom, potrafią się dzięki temu nieźle obłowić. Kwoty, jakie podają policjanci, są porażające: na jednej osobie mogą w ten sposób ukręcić nawet sto tysięcy funtów! Jak to możliwe?

— W Anglii jest kilka różnych instytucji zajmujących się pomocą społeczną. Nie są połączone siecią informatyczną. Trudno więc zweryfikować, czy dana osoba pobrała już gdzieś świadczenia. Pośrednicy ułatwiają sobie zadanie, przenosząc się z miejsca na miejsce. Nie pozostają długo w jednym mieście, często zmieniają też mieszkania, w których rozlokowani są ściągnięci z Polski ludzie — mówi oficer śledczy. Dokumenty są tak przygotowane, że dostęp do konta mają tylko pośrednicy.

— Słupy wybierane są spośród osób nieznających języka angielskiego, w trudnej sytuacji życiowej, najlepiej rodziców kilkorga dzieci. Takie osoby są najbardziej zdesperowane, łatwiej nimi manipulować i dostać większy zasiłek ze względu na dzieci — mówi mł. insp. Monika Sokołowska, naczelnik Wydziału do Walki z Handlem Ludźmi Komendy Głównej Policji. Nie trzeba mieć jednak małych dzieci, żeby zainteresować pośrednika. Łatwym łupem — i częstym — są także ludzie uzależnieni od alkoholu, znajdujący się w krytycznej sytuacji życiowej.

Sprawdziłam i się nie nabrałam
Policjanci znają jednak osoby, które nie dały się nabrać. Wśród nich jest Katarzyna. Szukała pracy w Anglii. Ofertę znalazła w internecie. Wyglądało to całkiem profesjonalnie: był adres hotelu, e-mail, wysokość proponowanego wynagrodzenia. Katarzyna wysłała swoje CV po angielsku. Wkrótce dostała do wypełnienia ankiety, a w kolejnym e-mailu umowę o pracę. Miała przez rok pracować jako pokojówka. Pracodawca zapowiadał, że później czas zatrudnienia może być przedłużony na kolejnych pięć lat. Gwarantował zakwaterowanie w hotelu, obiecywał kupić Katarzynie bilet lotniczy.

— Coś jednak tknęło kobietę. Weszła na stronę internetową hotelu i zauważyła, że logo różni się trochę od tego, które widniało na przesłanych jej dokumentach. Zadzwoniła do recepcji hotelu. I wtedy dowiedziała się, że nie ma tam wakatów, więc hotel nie szuka pracowników — opowiadają policjanci, którzy od dziewczyny dowiedzieli się o kolejnej grupie oszustów. Ta akcja była zakrojona na ogromną skalę: numer IP komputera przestępców wskazywał na lokalizację w Nigerii.

Statystyk nie ma
Chociaż skala takich oszustw jest spora, statystyk polscy policjanci nie mają. Przede wszystkim dlatego, że to nie w naszym kraju dochodzi do oszustw. Postępowania, jeśli w ogóle, prowadzą Brytyjczycy. A i to tylko w przypadku, jeśli zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złoży któraś z ograbionych instytucji.

A co ze słupem? Słup wraca z podkulonym ogonem do kraju i pytającym o Zachód znajomym mówi, rozkładając ręce: nie ma tam pracy.
— Nawet nie ma świadomości, że po wyjeździe na jego nazwisko w Anglii kręci się potężny biznes i na jego kontach przelewają się grube pieniądze. W Polsce nie jest ścigany, bo niby za co? My takich spraw nie prowadzimy, bo to nie nasza jurysdykcja — wyjaśnia policjant.

Kłopot by się pojawił, gdyby słup po raz kolejny zechciał rozejrzeć się za pracą w Anglii. Dopiero wtedy zorientowałby się, że jest tam nie tylko spalony, ale jeszcze potężnie zadłużony.

Marek Obrębski, dyrektor Centrum Edukacji i Pracy Młodzieży OHP w Olsztynie
— Według sondaży aż co piąty Polak nie wie, jak należy podchodzić do wyjazdów za granicę do pracy. To się nie zmienia mimo wielu kampanii i akcji informacyjnych. Dlatego Polacy są łatwym celem dla nieuczciwych osób. Przede wszystkim warto porozmawiać przed wyjazdem z doradcą Eures: w urzędach pracy czy od niedawna w OHP oraz w niektórych agencjach zatrudnienia. Jeśli już ktoś zechce szukać pracy na własną rękę, trzeba dokładnie sprawdzić ofertę i pracodawcę, choćby poczytać o nim w internecie. Należy to zrobić jeszcze w Polsce. Podobnie jest z podpisaniem umowy o pracę.


Małgorzata Kundzicz
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB