środa, 14 listopada 2018. Imieniny Emila, Laury, Rogera

Czy "słoiki" wnoszą do metropolii coś nowego?

2015-01-03 14:40:53 (ost. akt: 2015-01-03 14:13:24)

Autor zdjęcia: Nnb / Wikipedia.org

— Publicyści liberalno-lewicowi cieszą się, że „słoiki” wniosą do Warszawy coś nowego, ale się mylą. Słoiki to byty egocentryczne, które nie korzystają z zasobów wielkomiejskiej kultury. Równie dobrze mogą zaczepić się w Polsce, Anglii czy Francji — mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof religii, eseista i publicysta. 


— Panie profesorze, dlaczego tak wielu ludzi ma w domu psa albo kota? Zawsze mieli, ale wydaje mi się, że procent, szczególnie „zakocenia”, rośnie.

— Nie wynika to z faktu, jak sądzę, że bardziej kochamy zwierzęta niż ludzi, tylko z tego, że bardziej otworzyliśmy się na świat zwierzęcy. Po drugie, coś dzieje się z naszym głodem uczuciowym, którego nie możemy zaspokoić. Tak więc myślę sobie „na brudno”, że potrzebujemy większej liczby osób do kochania. A nasze relacje z innymi odczuwamy często jako kalekie i chłodne. Szukamy zatem ocieplenia, tego, czego drugi człowiek nam nie daje. To bowiem, co kiedyś należało do rodziny, czyli opieka nad dziećmi czy budowanie relacji między pokoleniami, przejęły instytucje.
Opowiadał mi ktoś, że gdy zachorował w Anglii, odwiedzali go znajomi i przyjaciele z firmy, w której pracował. Sądził, że wynikało to z uczuciowości
 tych ludzi, ale kiedy wyzdrowiał, okazało się to grupa specjalnie stworzona do takich zadań. I wcale nie odwiedzała go z potrzeby serca.


— A może zwierzęta są mniej wymagające emocjonalnie niż ludzie? I się nie obrażają?

— W przypadku psów może tak jest, ale o uczucia kocie trzeba zabiegać. 


— Mnie taksówkarz powiedział kiedyś, że jego york jest dla niego najważniejszy na świecie. 

— Mamy też do czynienia z samotnością nowego typu. Stajemy się przecież społeczeństwem singli albo społeczeństwem rozbitych rodzin. Ot, 30 proc. małżeństw w Polsce się rozpada. Tę czarną dziurę, tę nieobecność drugiego człowieka, trzeba jakoś zapełnić. Nie wiem tylko, czy akurat miłością dla zwierząt. Obserwuję też, że młodzi ludzie z mojego otoczenia mają inne pomysły na życie niż tradycyjna rodzina. I często tym pomysłem są zwierzęta. Postać rodziny się zresztą zmienia, do czego polscy tradycjonaliści nie chcą dopuścić i starają się zatrzymać kijem Wisłę. W dzisiejszym świecie nie da utrzymać się tradycyjnej rodziny, nawet tej dwupokoleniowej. Wpływ na to mają migracje, tempo życia, wzory współczesnej kultury. Dawne więzi zastępują doraźne wiązania. Przykładem jest internet — do sieci wchodzisz, potem z niej wychodzisz, kiedy chcesz. Nie ma już społeczności agrarnej i w skali świata nigdy już jej nie będzie, chyba że wydarzyłaby się jakaś globalna katastrofa. Już teraz większość ludzi żyje w miastach. I miasta, chociażby w Polsce, wytwarzają więcej żywności niż wieś!


— Jak to robią?
— Wieś daje tylko surowce, a fabryki, które je przerabiają, są w miastach.


— Rok 2014 był porównywany do 1914. Tamta data oznacza wybuch wielkiej wojny, która zmieniła oblicze świata i stała się symbolem końca belle epoque. Czy nas też czeka wojna? 

— Rację ma Guenter Grass, który twierdzi, że wojna już trwa. Jest więc po „sierpniowych salwach”, które stały się symbolem początku wojny 1914-1918. Wojna przy tym zawsze wyprzedza swoją epokę i jest zawsze cywilizacyjnym skokiem do przodu. Tak było w przypadku pierwszej, która dzięki technice stała się rzezią na niespotykaną skalę, i w przypadku drugiej, gdzie zastosowano nowe taktyki bitewne i nowe metody — choćby przemysłowego ludobójstwa. My też jesteśmy świadkami takiego skoku — jesteśmy świadkami wojny hybrydowej. Imperialne cele, które stawiają sobie Rosjanie, są XVIII-wieczne, bo ekspansja terytorialna i rozumienie potęgi jako władania wielkim obszarem to typowo XVIII-wieczny sposób myślenia. Natomiast w wymiarze technologicznym Rosjanie prowadzą wojnę o wiele bardziej nowoczesną niż ta, którą prowadzi Zachód.

— Na czym polega jej hybrydowość?

— Kiedyś w określonym momencie ruszały czołgi i wylatywały samoloty, a na mapach zaznaczało się pozycje własne i wroga. Teraz oddziały są wszędzie, jest wojsko regularne, są dywersanci, piąta kolumna, toczy się wojna informacyjna, propagandowa, kulturowa i ekonomiczna. Dzieje się we wszystkich możliwych wymiarach. Jest to wojna, jakiej jeszcze nie próbowaliśmy. 


— I jak to się wszystko skończy? Co będzie z Ukrainą, Rosją, Europą, z nami?
— Skończy się globalną wojną o zasoby. Ukraina, podobnie jak Turcja, należy do tych państw, od których w przyszłości będzie zależał los Zachodu i jego relacje z szeroko rozumianym Wschodem — i Rosją, i Chinami, i Indiami, i islamem. Nasze nastroje, jak to w czasie wojny, są pesymistyczne. Bo będą straty, choć będziemy starali się ich uniknąć, obejść bokiem, zaaranżować jakieś Monachium. Ale niestety trzeba będzie w to wejść. 
Można się okopać w twierdzy, której granicą będzie Bug, i ustanowienie Polski oraz krajów bałtyckich państwami na rubieży. Ale to sprowadziłoby Zachód do roli drugorzędnej, a on tego przecież nie chce. Już teraz stosuje sankcje wobec Rosji, co sprowadza na nią katastrofę gospodarczą. To wojna na wyniszczenie, która toczy się bez wypowiedzenia. A wskaźnik sałatki Olivier nie rokuje dobrze.


— Co to za sałatka?!

— To rodzaj sałatki jarzynowej z majonezem i różnymi mięsami. Rosjanie jedzą ją m.in. na Nowy Rok. I ona zdrożała o 15 proc. w Moskwie, a na Dalekim Wschodzie jeszcze więcej. Wprawdzie prezydent Putin nadal zachowuje się buńczucznie, bo — jak powiedział kiedyś Jerzy Urban — „rząd się wyżywi”. Rosyjskie elity z pewnością dadzą sobie radę, ale nie wiem, jak zareaguje rosyjskie społeczeństwo. Przez ostatnie kilkanaście lat zażywało wyjątkowego w swej historii dobrobytu. Co prawda Alosza Awdiejew twierdzi, że Putin jest i tak bardziej otwarty niż 80 proc. rosyjskiego społeczeństwa. Faszyzm i nacjonalizm Putina są bardziej stonowane i bardziej racjonalne niż dziki faszyzm tych 80 proc. 


— Czy w tej grze Stany Zjednoczone mają jeszcze jakiś wpływ? 

— Mają i jeszcze długo będą wpływać na politykę, ale tam, gdzie dwóch się bije, pojawił się trzeci — Wielki Żółty Brat. Jeżeli dojdzie do powstania Chindii, czyli połączenia sił Chin i Indii, będzie to potęga nie do powstrzymania. Orientalizacja świata jest tuż-tuż i ona przyjdzie stamtąd, nie ze świata islamskiego. Owszem, on ma nadal ropę, ma swoich fundamentalistów i terrorystów, ale cywilizacyjnie jest do tyłu i już przegrał. Mam na myśli zwłaszcza świat arabski. On przegrał już w XVI wieku, gdy władcami islamu zostali nie-Arabowie: Turcy na Bliskim Wschodzie i w Afryce, Wielcy Mogołowie w Indiach oraz Persowie w Azji Środkowej. Islam nie jest tylko arabski. Największe jego kraje, ogromne i ludne — m.in. Indonezja, Iran czy Nigeria — są niearabskie. 


— My w Europie boimy się islamu z krajów arabskich. Czy to realne zagrożenie?

— Gra tak naprawdę nie toczy się o Europę, ale o miliard 600 mln muzułmanów w Azji i Afryce. Oni w większości są w swojej wierze letni, jak polscy katolicy. Pójdą więc w piątek do meczetu i chcą żyć jak przeciętny człowiek: zarabiać, wykształcić dzieci, zbudować nowy dom i kupić lepszy samochód. Islam można więc sobie wyobrazić jako kręgi — w ich środku jest jego czarne jądro — terroryści. Otacza ich krąg fundamentalistów. A tych znowu — krąg zwyczajnych, niezbyt żarliwych wiernych. I wojna z Zachodem jest tylko środkiem do pobudzenia żarliwości wewnątrz islamu.
Nieprzypadkowo Państwo Islamskie tworzy się w Iraku i Syrii, nie w Niemczech. Ale ja bym się go nie obawiał, ponieważ nie zarazi swoimi ideami tych setek milionów muzułmanów. Normalni ludzie nie chcą iść na wojnę. Matki nie chcą widzieć swoich synów w trumnach, niezależnie od religijnej wiary.


— Mówimy o wojnach i napięciach. Czy coś pozytywnego wydarzyło się w 2014 roku?

— Są znaki nadziei. Papież Franciszek też do nich należy, choć nie podąża drogą rewolucji, czego wielu się po nim spodziewało. Jego ewolucyjny sposób działania dotyka jednak bolesnych miejsc i niepokoi zarządców feudalnego Kościoła. I próbują oni różnych strategii. Na przykład polska hierarchia gra wyraźnie na przeczekanie tego pontyfikatu, ale tego nie da się przeczekać. Przede wszystkim Franciszek zmieni sposób zarządzania Kościołem — przez kongregacje — ustanowiony jeszcze w XVI stuleciu na soborze trydenckim. I zmurszałe układy hierarchów nie będą już miały takiego znaczenia jak dotąd. Te spetryfikowane struktury są zaporą uniemożliwiająca przeprowadzenie papieżowi głębszych zmian. Nawet Breżniew, swego czasu najpotężniejszy człowiek na świecie, przyznał, że może wyegzekwować tylko 30 proc. swoich decyzji. To ile decyzji może wyegzekwować papież? Ale ważne jest też to, że została pokazana ludzka twarz Kościoła. Znaki nadziei są również w kulturze, która, choć zbyt wolno, zaczyna już stawia
 opór cywilizacji przyzwolenia, permisywności, braku autorytetu i anarchizacji.


— Czy ma pan na myśli jakieś konkretne tytuły? 

— Ja sporo czytam, więc trudno mi je wymienić, choćby tylko niektóre. Ale powiem o bardzo ważnym spektaklu, jakim stało się widowisko baletowe zatytułowane „1914”. Zrealizowano je w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie. Napisałem zresztą główny tekst do jego programu. Widowisko składa się z trzech części. Dramatyczna jest zwłaszcza część trzecia — „Zielony stół” z podtytułem „Taniec śmierci”. Utwór został napisany w latach 30. XX wieku z przywołaniem ówczesnej muzyki popularnej... 


— Panie profesorze, miało być o znakach nadziei, a my znowu o wojnie i śmierci!

— Przywołałem ten wieczór baletowy, bo jest on cząstką wielkiej, toczonej w świecie zachodnim debaty o I wojnie i naszym „zarażeniu” wojną. Ważną książką jest dla mnie natomiast „Powrót króla” Williama Dalrymple’a, która mówi o początkach Wielkiej Gry, czyli o zmaganiu Anglii i Rosji o Afganistan, a właściwie Azję Środkową, które zaczęło się w latach 30. XIX wieku. Ta wielka gra toczy się do dziś, choć Wielką Brytanię zastąpiły Stany Zjednoczone. Ale proces jest ten sam. I od zawsze z polskim udziałem. Jan Witkiewicz, męczeński zesłaniec z „Dziadów...”, był pierwszym rosyjskim agentem w Afganistanie... To był dopiero początek wielkiej gry, która wciąż się toczy i nie widać jej kresu. A my zwykle oczekujemy tego, by wielkie procesy historyczne dokonały się w obrębie naszego życia. One jednak je przekraczają. 


— To, o czym pan mówi, pokazuje, jak bardzo trudno jest przewidzieć przyszłość, bo rzeczywistość, na podstawie której o przyszłości myślimy, jest wielowątkowa i splątana.

— Jedna rzecz już chyba się stała. Wyłoniły się nowe sposoby zbiorowego istnienia, te wielkie metropolie-molochy, trochę zbójeckie — miasta-państwa, jakby wyjęte ze struktury różnych krajów, otoczone dzikim, niezorganizowanym krajobrazem społecznym i gospodarczym, barbarią. Barbaria, chaos i bieda otaczają więc Moskwę, Kair, Kijów, Rio Janeiro, Lagos czy Bombaj. Europa Zachodnia jest na to zbyt mała, zbyt cywilizowana i, niczym w wierszu Konstandinosa Kawafisa „Czekając na barbarzyńców”, zagubiona i nazbyt pokorna.


— Kim są ci barbarzyńcy?
— To rozmaici emigranci albo imigranci wewnętrzni, zwani w Polsce słoikami.


— A co złego jest w "słoikach"?!
— To, że należą wszędzie i nigdzie, że nie zrzucili dawnych wzorów kulturowych, a w miastach się nie zakorzenili. Publicyści liberalno-lewicowi cieszą się, że „słoiki” wniosą coś nowego, ale się mylą. Słoiki to byty egocentryczne, które nie korzystają z zasobów wielkomiejskiej kultury. Równie dobrze mogą zaczepić się w Polsce, Anglii czy Francji.


— Może nomadyzm, czyli brak zakorzenienia, jest po prostu właściwością naszych czasów. 

— „Słoiki” to jedynie ludzie szukający nieco lepszego, łatwiejszego sposobu istnienia, minimalizujący potrzeby i obniżający standardy.


— Nie chcę wypominać, ale pan też kiedyś był „słoikiem”.

— Ja także przyjechałem do Warszawy z małego miasta, Lidzbarka Warmińskiego, ale z poczuciem pokory i poczuciem odpowiedzialności wobec nowego miejsca życia, zobowiązania wobec niego. Nie każdy, kto przyjeżdża do metropolii, jest „słoikiem” — Łodzi, największego ośrodka przemysłowego w imperium carów, nie zbudowały „słoiki”, tylko pot, krew i łzy byłych chłopów pańszczyźnianych, zdeklasowanych ziemian, żydowskiej, rosyjskiej i niemieckiej biedoty.


— Czy 2015 rok będzie rokiem ważnym w historii?

— Ważnym, ale też jednym z wielu ważnych. My lubimy oczywiście i pamiętamy daty przełomowe: 1789, 1914, 1939 czy 1989 — i 1839, kiedy rozpoczęła się wielka gra o Afganistan (proszę zwrócić uwagę, ile tu dziewiątek!). Żyjemy przy tym we wnętrzu procesu historycznego, po raz pierwszy tak globalnego i tak powszechnie uświadamianego. Więc 2015 będzie dla nas ważny. Ale gdybym żył 150 lat późnej, pewnie bym go nie zauważył. 


— I oby taki był. Nijaki i spokojny.

— Mam taką nadzieję. Jednak boję się trochę, bo przepowiednie są z reguły chybione, jak książka Julesa Verne'a o Paryżu w 2000 roku: nic z tego, co zapowiadał, się nie sprawdziło.



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Z "Ukosa" #1623908 | 217.99.*.* 3 sty 2015 15:54

    "Wieś daje tylko surowce.."...a to dobre .tylko . To spróbuj pan. panie profesorze wyprodukować surowce w mieście...np. pszenice..i buraki przed pałacem kultury....a przetwórstwo surowców jest zlokalizowane nie tylko w miastach! Mniej filozofii a więcej realizmu. ps. na czym że to polega nowoczesność wojny prowadzonej przez Rosję....?????????????

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz