Niedziela, 23 września 2018. Imieniny Bogusława, Liwiusza, Tekli

"Jolka" czasami jest przeklęta

2014-12-16 22:50:35 (ost. akt: 2014-12-16 22:50:46)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

— Nagrałem bardzo dużo fajnych piosenek. I są one gdzieś w cieniu. Mogę nie wiadomo co zaśpiewać, a publiczność i tak zawsze domaga się tej jednej: "Jolka, Jolka, pamiętasz". Tu jest pies pogrzebany — mówi Felicjan Andrzejczak, wokalista Budki Suflera w latach 1982-1983. Rozmawialiśmy przed czwartkowym pożegnalnym koncertem zespołu w hali Urania w Olsztynie.

Felicjan Andrzejczak: — Jak ja dawno u was nie byłem.

— To kiedy ostatnio był pan w Olsztynie?
— Chyba osiem lat temu. Ale dokładnie pamiętam halę Urania, tylko zapomniałem jak do niej dojechać. (śmiech) A przede wszystkim pamiętam wspaniałą olsztyńską publiczność!

Dzisiaj młodzież ma duże możliwości słuchania muzyki. A te odbiorniki za moich czasów jakie były... Nic dobrego, tak bym to określił. Jedne większe, drugie mniejsze, tranzystorowe i domowe. Naszym pierwszym była chyba Selga albo Śnieżka. Lepiej do tego nie wracać
— „Przybiegłaś w chwili tej ostatniej. Na peron, jakby sfrunął ptak”...
— ...„Peron łez”. To była pierwsza piosenka, z którą po raz pierwszy wystąpiłem na festiwalu w Opolu w 1979 roku. Mam do niej duży sentyment. Muzykę napisał Waldek Parzyński, dawny członek zespołu Novi Singers (zespół jazzowy działający w latach 1965–1985 — przyp. mp). Młodszemu pokoleniu ta nazwa pewnie nic nie mówi. A przypadek i jednocześnie szczęście sprawiły, że autorem tekstu był Marek Dutkiewicz, który napisał też teksty do moich innych piosenek. W tym do mojego największego przeboju... To znaczy Budki Suflera. Nie, mojego przecież również.

— O "Jolce" jeszcze porozmawiamy. A wracając do „Peronu łez”...
— ...To za tę piosenkę dostałem chyba wyróżnienie w Opolu?

— Tak, i to od razu na koncercie premier. Pominięto nawet koncert debiutów.
— A, no tak! Z moim debiutem też jest zabawna historia. W 1978 roku byłem na przeglądzie Piosenkarzy Amatorów w Toruniu. Wybierano tzw. złotą dziesiątkę do koncertu debiutów w Opolu. I ja, oczywiście — a mówię to dlatego, że nigdy nie miałem szczęścia — nie dostałem się do tego grona. Pojechałem do domu i po dwóch tygodniach dostałem telefon od dyrektora opolskiego festiwalu… z zaproszeniem do koncertu premier. Widocznie ktoś mnie zauważył. Byłem tak niewyobrażalnie szczęśliwy, że przeskoczyłem ten próg. A przecież byłem bardzo wkurzony, że się nie dostałem do tej dziesiątki, a czułem, że powinienem się tam znaleźć. I ten sukces zaowocował tym, że kilkanaście razy wystąpiłem w Opolu.

— Ochota na śpiewanie panu nie przechodzi. W tym roku nagrał pan kolejną płytę „Czas przypływu”.
— Chce mi się. I chyba bardzo dobrze, a do tego pracuję z fajnymi ludźmi. Ostatnie cztery krążki nagrałem wspólnie z Mietkiem Jureckim, byłym basistą Budki. Znakomitym muzykiem, aranżerem, człowiekiem, który zna się na tym wszystkim. I do którego mam ogromne zaufanie, zarówno jeżeli chodzi o sprawy muzyczne, jak i prywatne.

— W latach 70. brał pan udział w wielu przeglądach i festiwalach. Trudno było się panu przebić do wielkiego muzycznego świata?
— Nawet bardzo trudno. Gdziekolwiek się znalazłem, to zawsze byłem — przepraszam za określenie — bity. A wiedziałem, że pewne rzeczy robię dobrze. To się czuje. Wiedziałem, czym jest muzyka, czym są nuty. Wiedziałem jak to ugryźć. Jednak jakoś nie miałem szczęścia. A później się ono gdzieś znalazło. I tak to ciągnę od 1979 roku — czyli od profesjonalnego festiwalu na opolskich deskach.

— Całe pańskie życie to muzyka. Ukończył pań Średnią Szkołę Muzyczną w klasie skrzypiec i Wydział Wychowania Muzycznego w Studium Nauczycielskim w Gorzowie Wielkopolskim.
— Bardzo dużo informacji pan o mnie znalazł. To miłe.

— I o żonie też się pan zawsze ciepło wypowiada.
— Oczywiście, nawet przyjechała ze mną do Olsztyna. Jesteśmy razem już 44 lata. To bardzo długo. Cały czas jedna i ta sama. Jest wspaniałą kobietą, przyjaciółką. Bardzo mnie wspierała i wpiera. Gdyby nie ona, to pewnie dzisiaj nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Chciałem zrezygnować z tego śpiewania, bo jak już wspominałem, a to tu mi się nie udało, a to tam. A ona wierzyła we mnie, namawiała do udziału w konkursach, do spotkań z różnymi ludźmi. Mieliśmy dwójkę dzieci i powinienem przecież pilnować rodziny, a nie zajmować się — jak to kiedyś mówili mi — głupstwami. I pytali, po co mi to potrzebne? Żona jednak wypychała mnie, bo wiedziała, że ja to chcę robić. I chciała pewnie, żebym był szczęśliwy w życiu zawodowym. Bardzo dużo jej zawdzięczam.

— Prawdziwe, kochające się małżeństwo.
— Dokładnie. Kiedyś dostałem się na warsztaty piosenkarskie do Lublińca. Spotkałem na nich śp. Lecha Terpiłowskiego, krytyka muzycznego, bardzo ostrego, ale za to profesjonalistę. Zaśpiewałem, a Lech zawołał mnie i zapytał: „Gdzie ty się człowieku chowasz?” I nabrałem pewności siebie. Później namówił mnie, żebym podjął pracę w Teatrze Muzycznym na Targówku w Warszawie (obecnie Teatr Rampa). To było na przełomie 1979 i 1980 roku. Nie było telefonów i komunikacji jak dzisiaj. Lech powiedział do mnie: „Co ty będziesz w jakimś tam Świebodzinie siedział? (Felicjan Andrzejczak mieszka tam do dzisiaj) Ty musisz być tu, w Warszawie, na miejscu”. I pracowałem tam przez dwa lata. Codziennie spotykałem się autorami tekstów, kompozytorami. Byłem na miejscu, a w tamtych czasach dodzwonić się z Warszawy na zachód kraju było niesłychanie trudno. Poznałem Jarka Kukulskiego, Janusza Kondratowicza, Jonasza Koftę. I to też zawdzięczam żonie! Gdyby powiedziała wtedy, że się na to nie zgadza, to pewnie zostałbym w Świebodzinie, bo najważniejsza jest dla mnie rodzina.

— Wokalistą Budki Suflera był pan przez rok, ponieważ do zespołu powrócił Krzysztof Cugowski. Myślał pan sobie, że chciałby na stałe zająć jego miejsce?
— Nie, nigdy o tym nie myślałem. Ja nawet nie liderowałem, a nagrałem jedynie trzy piosenki z Budką. I nie liczyłem na to, że zostanę. Dlaczego? Zawsze chciałem być solistą Felicjanem Andrzejczakiem i nie chciałem łączyć swojego nazwiska z zespołem. Jednak źle bym zrobił, gdybym nie skorzystał z propozycji Romka Lipko. W takim zespole zaśpiewać to jest coś pięknego w życiu. Nagraliśmy fajne piosenki, wszystkie trzy są chyba przebojami. Szczególnie jedna z nich...

— „Jolka, Jolka, pamiętasz”?
— Tak. O tej przeklętej czasami przeze mnie „Jolce”.

— Ale tylko pan potrafi ją tak zaśpiewać!
— A tego nie wiem, ponieważ ludzie na świecie też potrafią śpiewać.

— Ale pan jest skromny.
— Oczywiście jestem szczęśliwy, że mam takiego hiciora. Każdy muzyk chciałby chyba w swoim repertuarze mieć taki przebój. Wiem, że ta piosenka w tych annałach będzie bardzo długo albo i jeszcze dłużej.

— Przeszkadza panu to, że jest pan kojarzony przede wszystkim z „Jolką”?
— Czasami. Nagrałem przecież bardzo dużo piosenek i mogę z przekonaniem stwierdzić, że bardzo fajnych. I te piosenki są gdzieś w cieniu. Mogę nie wiadomo co zaśpiewać, a publiczność i tak zawsze domaga się tej jednej. Tu jest pies pogrzebany.

— Budka Suflera zwija się ze sceny, pan nadal się rozwija muzycznie. Co z planami nagrania jazzowej płyty?
— Marzy mi się taka płyta. Nie rozmawiałem jeszcze na ten temat ze swoim przyjacielem Wojtkiem Zielińskim. Na razie ten pomysł wisi w powietrzu. W przyszłym roku, po zakończeniu działalności Budki Suflera, rozpocznę swoje działania. Chcę stworzyć zespół i program muzyczny. Chciałbym też trochę inne piosenki pośpiewać, bo przecież na początku lat 80. nagrywałem fajne kawałki jazzowe. Rzadko kto mnie wtedy znał i chcę do tego powrócić. Lubię się bawić dźwiękiem i chcę to wykorzystać.

— A propos jazzu, to ponoć w młodości chodził pan po domu z odbiornikiem radiowym i szukał fal Radia Luksemburg, w którym taką muzykę puszczano?
— (śmiech) W tym radiu był każdy rodzaj muzyki. A najgorsze było to, kiedy w najważniejszym momencie utworu ta fala gdzieś uciekała. Jakie to były nerwy! Się kręciło tymi pokrętłami w poszukiwaniu tych fal. To były fajne czasy, ale z drugiej strony nie chciałbym, żeby one wróciły. Dzisiaj młodzież ma duże możliwości słuchania muzyki. A te odbiorniki za moich czasów jakie były... Nic dobrego, tak bym to określił. Jedne większe, drugie mniejsze, tranzystorowe i domowe. Naszym pierwszym była chyba Selga albo Śnieżka. Lepiej do tego nie wracać.

— Skończył pan technikum leśne.
— Zgadza się.

— Zdawał pan na Akademię Rolniczą.
— Nie dostałem się. Może i dobrze?

— Rodzice nie byli źli, że się pan nie dostał?
— Miałem cudownych rodziców, piękny dom. To jest temat rzeka i na inną rozmowę. Rodzice się nie wtrącali do mojego poczynań. Nie mówili: „Skoro się nie dostałeś, to idź do pracy”. Pamiętam, że szybko napisałem pismo do ówczesnego kuratorium oświaty i wychowania, żeby zmienić swój profil. Dzisiaj po każdej szkole można zdawać na jakikolwiek wydział, a wtedy musiałem mieć zgodę, żeby składać na wydział pedagogiczny. Boże, jaki ja byłem szczęśliwy, że tę zgodę otrzymałem.

— A szczerze?
— Nie chciałem iść do wojska. Nie dlatego, że był ze mnie maminsynek. Wiedziałem, że jak pójdę na dwa lata do tego woja, to stracę ten czas. A dzisiaj młodzież lgnie do wojska. Tak się te czasy pozmieniały.

— A do tego rolnictwa miał pan aż taki duży zapał?
— Chciałem skończyć studia. A poza tym na każdej uczelni istniał artystyczny ruch studencki. Myślałem sobie, że tam pośpiewam i może ktoś mnie zauważy. Miałem wszystko wykalkulowane. Nie dostałem się jednak i pozostało wojo. Tylko to Studium Nauczycielskie mogło mnie uratować. I uratowało.

— Na koniec powróćmy do muzyki. W 1977 roku został pan laureatem na... Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze.
— To był przypadek. Do Świebodzina przyjechał do mnie kolega i zapytał, czy nie chcę zarobić trochę grosza. To były powiatowe eliminacje do tego przeglądu. Zaprezentowałem „Bradziagę” i „Kałakolczyk” z repertuaru Czesława Niemena. I dostałem się do grona najlepszych. Później pojechałem na etapy wojewódzkie. I było wielkie zaskoczenie, bo przecież nikt tego 29-letniego faceta nie znał. Wykosiłem całe to towarzystwo. Miałem szczęście, że przewodniczącym jury był człowiek spoza Zielonej Góry. Po latach dowiedziałem się, że chciano mnie odsunąć, bo chciano przepchnąć dalej kogoś swojego. I ten przewodniczący się nie zgodził. Zagrałem na festiwalu, wygrałem. Tyle. Występ tam nie był dla mnie przekonujący, chciałem zarobić tylko parę groszy.

— Myślałem, że Festiwal Piosenki Radzieckiej był przełomowy w pańskiej karierze.
— Zdecydowanie przełomowe było Opole. Festiwal w Zielonej Górze nic mi nie dał. Szczerze to panu mówię.

— Ale przecież w tym radzieckim festiwalu brali udział znani dzisiaj polscy artyści?
— Tylko niektórzy nie chcą o tym mówić. Zupełnie nie wiem, dlaczego? Każdą muzykę można śpiewać, i to w każdym języku.

Rozmawiał Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB