środa, 26 września 2018. Imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Szokująca historia. Przy niej nawet prokuratorom łamie się głos

2014-12-06 11:15:12 (ost. akt: 2014-12-06 08:55:48)

Autor zdjęcia: Zbigniew Woźniak

Zawinął ją w dywan, związał i zamknął w pokoju. Zostawił ją sobie na później. Gwałcił dziewczynkę przez lata, a kiedy zaczęła spotykać się z chłopakiem, stał się zazdrosny. Najtwardszym prokuratorom łamie się głos, jak o tym mówią.

Nie napiszemy, gdzie to się działo. Nie podamy nawet prawdziwego imienia dziewczynki. Nazwiemy ją Kasia i powiemy tylko, że mieszka w województwie warmińsko-mazurskim. Kasia ma dzisiaj 15 lat i za sobą takie piekło, że aż trudno sobie to wyobrazić.

Dzieciństwa nie miała i nic już tego nie zmieni. Także to, że jej oprawca od wielu już miesięcy siedzi zamknięty w więzieniu. Najpierw czekał na zakończenie śledztwa, teraz poczeka na wyrok. Dzisiaj prokuratura skieruje przeciwko niemu akt oskarżenia do sądu.

Oprawcą był chłopak mamusi, mężczyzna prawie trzydziestoletni. Kasia miała jedenaście lat, kiedy zaczął ją gwałcić. To było wkrótce po tym jak mama się zakochała i on się do nich wprowadził. Przez pięć lat dziecko wracało do domu, w którym czekał on.

Zapędzał się coraz bardziej. Kasia rosła, a mężczyzna jej nie odpuszczał. Traktował jak swoją własność. Chyba tylko cudem można nazwać to, że nie zaszła w ciążę.

— Kasia stała się starszą nastolatką, kiedy zaczęła spotykać się z chłopakiem. Konkubent jej matki był z tego powodu wściekły. Pilnował jej, żeby się z nim nie spotykała. Taki był zazdrosny — opowiada prokurator, który prowadził śledztwo. Nie podajemy także jego imienia i nazwiska, żeby uniemożliwić identyfikację dziewczynki.

Kasia przez te wszystkie lata była śmiertelnie przerażona. Gwałciciel zapowiedział, że jeśli piśnie choć słowo, zabije i ją, i jej matkę. Ale po latach upokorzeń w dziewczynie coś pękło. To było wtedy, kiedy zamknął ją w domu i zakazał wychodzenia.

— Ale nie tak po prostu zamknął. Najpierw zawinął ją w dywan. Dywan związał sznurami, skrępował, żeby dziewczynka nie mogła się wydostać. Zamknął ją w pokoju i zostawił ją sobie na później — mówi prokurator. Nawet on, choć to doświadczony śledczy, ma kłopot z opanowaniem emocji, mówiąc o tej zbrodni.

Bandyta nie docenił jednak desperacji nastolatki. Postawiła wszystko na jedną kartę i postanowiła się ratować. Była przerażona. Turlała się, ciągle owinięta dywanem. Doturlała się na korytarz, później na klatkę schodową. Nogami trochę wystającymi z dywanu zaczęła kopać w drzwi sąsiadów.

— Sąsiad ją odwiązał i wydostała się z tego dywanu. Wezwał policję. W ten sposób dowiedzieliśmy o horrorze, który przeżywała Kasia — dodaje prokurator.

W śledztwie przyjęto, że zboczeniec zaczął gwałcić Kasię w 2011 roku. Miała wtedy jedenaście lat. Mężczyzna nie przyznaje się do winy. Podczas przesłuchania twierdził, że dziewczyna wszystko sobie wymyśliła. Przeciwko niemu są nie tylko zeznania, ale także nauka.

— Mamy wyniki badań DNA. Nie ma najmniejszych wątpliwości co się działo i że dziecko było gwałcone. Nie tylko w mieszkaniu, ale i w różnych innych miejscach — mówi oskarżyciel.

Oskarżony od dzisiaj mężczyzna miał także sporo innych przestępstw. Wielokrotnie karany był m.in. za włamania. I, uwaga!, miał orzeczony dozór kuratora sądowego.

Kurator przychodził więc do mieszkania, w którym trwał koszmar Kasi, i w niczym się nie zorientował. Dlaczego nie reagowała matka dziewczynki?

— Powiedziała, że obserwowała pewne zachowania córki. Ale dziewczynka była zastraszona i nic wprost jej nie powiedziała. Twierdzi, że nie wiedziała więc co działo się naprawdę. Złożyła wniosek o ściganie konkubenta, złożyła zeznania, była zbulwersowana — wyjaśnia prokurator.

Trudno uwierzyć, żeby przez tyle lat matka nie zorientowała się co się dzieje z jej dzieckiem. Prokurator pytany o to, dlaczego ona nie zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, odpowiada:

— Dlatego, że nasze przypuszczenia to za mało. Może nam się wydawać, że była zorientowana w krzywdzie swojego dziecka, ale sądy wymagają twardych dowodów. A takich nie ma i w takich sprawach bardzo o nie trudno — mówi.

Dalszy ciąg tej sprawy w rękach sądu. Będziemy jej pilnować.

Koszmar przeżyły także dwie nastolatki, które zostały wywiezione za granicę. Były przetrzymywane w gospodarstwie w Niemczech i wielokrotnie gwałcone.

Kilka dni temu były przesłuchiwane przez sędziów Sądu Okręgowego w Olsztynie. W tej sprawie jednak śledztwo jest dopiero na początku. Prokuratorzy uznali 17-, 18-letnie dzisiaj dziewczyny za ofiary handlu ludźmi.

— Często są zachęcane do wyjazdu przez — jak ich nazywamy — loverboyów. Taki loverboy jeździ dobrym samochodem, jest dobrze ubrany. Zyskuje sympatię kobiet, czasami nawet je w sobie rozkochuje — opowiada oficer operacyjny, który na co dzień pracuje w zespole do walki z handlem ludźmi.

To specgrupa policjantów, która została utworzona w Wydziale Kryminalnym Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie.

— Loverboy mówi: ja cię kocham, ty jedź ze mną, będziemy razem mieszkać, będzie nam dobrze. A i rodzicom pomożesz, pieniądze im przyślesz — opowiada oficer. — Bywa też, że kobiety padają ofiarami, próbując po prostu zaspokoić swoją ciekawość świata. Wtedy wykazują się brakiem rozwagi.

Co się dzieje po wyjeździe? Loverboy czy inny stręczyciel pokazuje prawdziwe ja. Kobietom zabiera się telefony, żeby nie mogły z nikim się skontaktować. Są zmuszane do oddania dokumentów, żeby nie mogły sobie poradzić na mieście.

Nie mają dostępu do internetu. Czasami nie znają żadnego języka poza ojczystym, a przynajmniej nie w takim stopniu, żeby mogły się w miarę swobodnie komunikować.

— Nie wszystkie trafiają do dużych miast. Są takie sytuacje, kiedy kobiety umieszczane są w budynkach stojących w szczerym polu. Słyszą tylko ludzi mówiących w obcym języku. Wiedzą, że nawet jeśli uciekną, to po pomoc mają daleko. Czasami uciekają, ale wracają, bo boją się, że gdzieś indziej czeka je jeszcze gorszy los — mówi policjant.

Każdego roku funkcjonariusze specgrupy prowadzą przynajmniej kilka postępowań związanych z handlem ludźmi.

— To niełatwe zajęcie — przyznają policjanci. — Trudno mówić o skali tego zjawiska. Kobiety boją się lub wstydzą składać zeznania. Boją się zemsty tych, którzy je więzili. A wstydzą się reakcji społeczeństwa. Nie chcą być wytykane palcami i nie chcą, żeby ludzie mówili: ona to robiła.

Dręczyciele z premedytacją także uzależniają kobiety od siebie. Używają i przemocy psychicznej, i fizycznej.

— Mówią: przecież ty się do niczego innego nie nadajesz, beze mnie jesteś nikim — opowiada oficer operacyjny. Mechanizm jest podobny jak w relacjach ofiary i sprawcy przemocy w rodzinie. Permanentny strach, uzależnienie i tzw. syndrom sztokholmski.

Takie sprawy, jak trwające właśnie śledztwo w sprawie dwóch młodych kobiet z województwa warmińsko-mazurskiego, pokazują, że są ofiary, które nabierają odwagi. Obie kobiety, które postanowiły walczyć o swoje, są pod opieką policji.

MK
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także