Czwartek, 15 listopada 2018. Imieniny Amielii, Idalii, Leopolda

Różne oblicza aktora: Wiem, że widzą we mnie Louisa de Funesa

2014-11-25 08:00:00 (ost. akt: 2014-11-24 20:09:17)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

— Czekać na rolę życia i się jej doczekać, to znaczy skończyć karierę. Bo jeśli się doczekam i zagram dobrą rolę, to później nie mam co robić. Należy położyć nogi na stole, założyć kapcie i wziąć pilot do ręki — mówi aktor Krzysztof Dracz.

— Panie Krzysztofie, strasznie dużo pan pracuje! (Rozmawialiśmy w czwartek przed godz. 23)
— Zgadza się. A po naszej rozmowie będę dalej pracował.

— Zapewne będzie się pan przygotowywał do roli w spektaklu? Wspominał pan, że jest przed premierą.
— Jestem po spektaklu "Makabreski" w Teatrze Syrena w reżyserii Jerzego Bielunasa. A niedługo odbędzie się premiera przedstawienia "Cohen-Nohavica" w Teatrze Studio Buffo w reżyserii Mariana Opani. Tak się jakoś złożyło, że po wielu latach powróciłem do śpiewania.

— Na brak zajęć pan nie narzeka.
— Po moim rozstaniu z Teatrem Dramatycznym, które miało miejsce w czerwcu, na brak pracy nie mogę narzekać. To taka klęska urodzaju.

— Dlaczego klęska?
— Mam bardzo dużo propozycji, z których nie mogę się wywiązać.

― Ma pan tremę przed premierą, która odbędzie się 28 listopada?
— Zadałem kiedyś pytanie mojemu starszemu koledze aktorowi: — "Czy masz tremę?". A on na to: — "Nie, nie, nie. Ja już czuję wyłącznie strach". Tak więc ja mogę o sobie powiedzieć dokładnie to samo.

— Celowo zadałem to pytanie, bo patrząc na pański dorobek, można odnieść wrażenie, że ta trema już za panem nie chodzi.
— No dobrze. Czuję tremę. I myślę, że ona pozostaje u wszystkich aktorów do końca. Czasami jest mniejsza, czasami większa, ale zawsze istnieje. Myślę, że aktor, który już nie ma tremy, to albo jest silnej konstrukcji, albo jest wyluzowany na tyle, że mu nie zależy.

― Zawsze chciał pan być aktorem?
— Przyszło mi to do głowy dopiero pod koniec liceum.

Rozmowę przeprowadził: Mateusz Przyborowski


— I do tego czasu nie miał pan żadnego pomysłu dla siebie?
— Sądziłem, że będę studiował biologię, język francuski albo elektronikę. Nieśmiałe myślenie o aktorstwie pojawiły się w czwartej klasie liceum. Wyobrażałem sobie, że aktorami muszą zostawać ludzie, którzy są mądrzejsi, zdolniejsi, bardziej wykształceni i obyci w świecie.

— Skromnie pan do tego podchodzi. Na tak zwanych ściankach celebryckich również pana nie widać.
— Są wśród nas aktorzy znani z tego, że są znani. Są także i tacy, którzy nie lubią się wszędzie pokazywać. I ja należę do tej drugiej grupy.

― W filmach i serialach gra pan głównie polityków, wojskowych, mecenasów. Czeka pan na rolę życia?
— Nigdy nie miałem takich oczekiwań. Czekać na rolę życia i się jej doczekać, to znaczy skończyć karierę. Bo jeśli się doczekam i zagram dobrą rolę, to później nie będę miał, co robić. Należałoby wtedy położyć nogi na stole, założyć kapcie i wziąć pilot do ręki. Powiem inaczej: zawsze czekam na dobrą rolę. Wydaje mi się, że z tym zawodem jest tak, jak z zawodem lekarza. To znaczy, jeżeli się nie rozwijamy i nie dokształcamy, a stajemy w miejscu, to będziemy kabotynami, wszystkim tym, co najgorsze. Aktor cały czas musi dążyć do osiągnięcia czegoś nowego. W innym przypadku zawsze można poprzestać na dobrej roli Arlekina w komedii dell'arte i grać ją przez całe życie. To jest porażka, tragedia. Tak samo, jak ktoś się załapie na "Modę na sukces" i gra tam przez całe swoje aktorskie życie.

— Po głosie sądzę, że jest pan wciąż młodym facetem.
— To prawda. Gdybym miał porównać moje początki w teatrze, czyli styl i modę, jaka wtedy panowała, z tym, co jest 30 lat później, to jest to przepaść. Jakbyśmy dzisiaj usłyszeli wielki monolog wielkiego aktora z tamtego okresu, to mogłoby się okazać, że czasami nas śmieszy.

― Dlaczego w 2004 roku przeprowadził się pan z Wrocławia do Warszawy?
— To nie jest prawda. Ja po prostu przeniosłem się do innego teatru. Można powiedzieć, że jestem w rozkroku, ponieważ moja baza jest we Wrocławiu. Dojeżdżam do pracy 350 kilometrów. Jednak we Wrocławiu mieszka moja rodzina, pracuję tam w szkole teatralnej, a całe moje aktorskie życie zawodowe realizuję w Warszawie.

— Wywołał pan PWST we Wrocławiu. O co studenci najczęściej pana pytają? Młodzi chyba mają dzisiaj trudno przebić się do wielkiego aktorskiego świata?
— To, co pan powiedział, jest prawdą. W szkole nie zajmuję się tym, jak kogoś dobrze ustawić pod względem PR, żeby później ten ktoś miał łatwiej załapać się do serialu czy reklamy. Kompletnie mnie to nie interesuje. Zajmuję się wyłącznie rozwojem duchowym studenta i tym, żeby wiedział, jak sobie poradzić, dostając do ręki scenariusz. Czy jest im trudniej? Tak, jest im trudniej. Kiedyś wszyscy mieli prawo do pracy, więc każdy po szkole musiał być zatrudniony. Dzisiaj aktorzy się starzeją i co pewien czas potrzebna jest młodzież. Jednak przebić się jest niezwykle ciężko, ponieważ coraz mniej teatrów robi rotacje i coraz więcej pojawia się teatrów, które nie mają stałego zespołu aktorskiego, tylko zapraszają aktorów z zewnątrz do jakiegoś projektu.

― Wróćmy jeszcze do pana teatralnej przeprowadzki do Warszawy. Nie było panu na początku ciężko? Nie czuł się pan jak student?
— W Teatrze Polskim we Wrocławiu pracowałem 20 lat. I bardzo to sobie cenię. Wszystko, co można było zrobić, zrobiłem. Tak mi się wydaje. Jak już wspominałem, trzeba iść do przodu i się rozwijać. W związku z tym wydało mi się to naturalną potrzebą i naturalnym krokiem. W Warszawie miałem szczęście, że trafiłem do świetnego zespołu, w którym nie było tak zwanych zadartych nosów. To był myślący i fajny zespół, który przypominał mi ten z Wrocławia. Nie było gwiazd, aktorskich fochów, o których się powszechnie mówi. W poziomie grania nie było żadnej różnicy. Oczywiście, przyjechałem do Warszawy jako aktor mniej znany. Trzeba było pokazać to, że nie jest się znikąd. Miałem o tyle łatwiej niż student, ponieważ posiadałem już dorobek aktorski i był on znany moim kolegom. Szybko się zaaklimatyzowałem, a poza tym przyjęto mnie serdecznie.

― Pojawiło się także więcej ról serialowych czy filmowych.
— W Warszawie jestem bardziej dyspozycyjny. Kiedy pracowałem we Wrocławiu, to żeby mieć jeden dzień zdjęciowy, zagrać dubbing czy scenę w serialu, to musiałbym robić prawdziwą eskapadę. Czymś dojechać, gdzieś przenocować i tak dalej. Teraz jestem na miejscu i mój dzień często wygląda tak: mam próbę w teatrze, później idę na dubbing albo mam inne podobne zajęcie, następnie gram spektakl i wracam do domu.

― W 2006 roku otrzymał pan nagrodę Feliksa Warszawskiego za drugoplanową rolę Eggerta w przedstawieniu "Alina na zachód". Otrzymał ją pan od warszawskich kolegów, o których — jak pan wspomniał — powszechnie mówi się, że to zadarte nosy.
— Chciałbym, żeby była jasność. Opinia, że w Warszawie aktorzy mają zadarte nosy, jest opinią zgryźliwą. To jest błędna opinia. Kibole na stadionach robią wrażenie, że wszyscy kibice to chuligani. Jest oczywiście kilka osób w środowisku aktorskim, które nie są specjalnie utalentowane, ale za to gwiazdują. W większości warszawscy aktorzy są skromnymi ludźmi, zapracowanymi, zabieganymi, urobionymi po pachy. I naprawdę chcą zrobić coś, co miałoby sens i wartość, a nie tylko odwalić robotę. A wracając, ta nagroda była dla mnie nobilitująca.

― Jest pan aktorem teatru?
— Tak, z całą pewnością. Nie wydaje mi się, żebym był bohaterem, który mógłby się teraz sprawdzać w filmie czy telewizji. Chociaż lubię i dużo rzeczy robię przed kamerą.

― Wie pan, że niektórzy widzą w panu Louisa de Funesa?
— Tak. Spotkałem się z takimi opiniami. Nie przeszkadza mi to wcale.

― „Generała Jaruzelskiego zagrał pan świetnie!” ― to jeden z komentarzy o panu w internecie. Nie miał pan oporów przed tą rolą?
— Oczywiście, że nie. Zagrałem dwa razy w życiu Hitlera i również nie miałem żadnych oporów. Nigdy, kiedy miałem grać postać pejoratywną, nie mówiłem, że nie zagram tego, bo się brzydzę. Skądże. Jest to zadanie aktorskie, które trzeba wypełnić, a postać obronić. To nie jest też tak, że grając złą postać mam pokazać, że to był strasznym sku... Nie. Chodzi o to, żeby tego sku... zrozumieć, dlaczego tak postępuje.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB