Piątek, 30 września 2016. Imieniny Geraldy, Honoriusza, Wery

Swój cel wyborczy osiągnęły tylko partie

2014-11-17 15:00:29 (ost. akt: 2014-11-17 14:42:41)

Autor zdjęcia: archiwum własne

— Ludzie nie będą się angażować w politykę, w której widzą wciąż te same twarze — o frekwencji w wyborach samorządowych mówi dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego

.

— Wydaje się, że frekwencja w niedzielnych wyborach będzie zbliżona do tej sprzed czterech lat.
— Albo będzie jeszcze niższa. Zobaczymy.

— Dlaczego, co drugi z nas znowu został w domu?

— U jednych to wynika z przekonania, którego starają się nawet nie uzasadniać, że nic nie da się zmienić. A u drugich jest to postępowanie do głębi racjonalne. Nie chodzą i nie będą chodzić na wybory, bo nie ma kadencyjności stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów, bo kandydaci prowadzili żenująco słabo kampanię. I absolutnie się nie dziwię, że ta frekwencja jest niska.


— Dlaczego?

— Bo jedną z podstawowych kwestii w marketingu politycznym jest udzielenie wyborcy odpowiedzi na pytanie, dlaczego ma pójść do wyborów. A myślę, że na to nie padła odpowiedz. Nikt nie poruszał takiej kwestii choćby, jak zadłużenie miast, a za to epatowano tym, jak bardzo te miasta się rozwinęły. I nikt nie mówił już, że rozwinęły się na kredyt. Inna kwestia to wspomniana sprawa kadencyjności. Kwesta ta wręcz była marginalizowana, traktowana jako coś co nigdy się nie ziści, bo musiałyby się na to zgodzić same partie polityczne, które same upolityczniły samorząd.

— Stąd apatia wyborcy?

— Tak, nie ma co się temu dziwić.


— A smucić się, że nie ma jednak cudu na urną?
 
— Nie ma co się też smucić, zresztą to zależy kto ma się tu smucić. Bo pewnie duże partie polityczne będą zadowolone z wyniku, bo na pewno przyciągnęły do urn swój twardy elektorat. Tego jestem pewien. I partie polityczne, które zdominowały samorząd osiągnęły swój cel. Podobnie jak prezydenci miast, którzy wprawdzie deklarowali się jako bezpartyjni, ale stały za nimi komitety partyjne. Myślę, że oni będą mogli być zadowoleni z wyniku, bo gdyby poszli do urn ci niezadowoleni to by ich przegłosowali, pozbawili stołka. Tak więc to zależy kto ma się martwić frekwencją. Z punktu widzenia społeczeństwa obywatelskiego, powinna powstać jakaś oddolna inicjatywa, która będzie forsowała projekt kadencyjności w samorządach, choć przyznam, że nie bardzo wierzę, że zrodzi się taka inicjatywa, ale komentując tę niską frekwencję niech to będzie pobożne życzenie.


Rozmowę przeprowadził: Andrzej Mielnicki

— O dziwo w takich regionach jak Warmia i Mazury, Podlaskie czy Lubelskie a więc biednych regionach frekwencja jest wyższa niż w bogatszych województwach. Może u nas ludzie są bardziej świadomi wagi swego głosu?

— To wymaga głębszej analizy. Trzeba byłoby się zastanowić, czy ludzie poszli do urn, żeby poprzeć komitety lokalne, co często w tej Polsce niezwiązanej z dużymi centrami miejskimi jest popularne. Czy też może poszli — w co nie bardzo wierzę — żeby poprzeć dotychczasowych włodarzy. Gdyby to była opcja numer jeden, to powiedziałbym, że świadomość ludzi jest większa. Ale o ile? Mówimy przecież o kilku procentach różnicy. I musimy być świadomi, że generalnie większość ludzi nie poszła, króluje apatia. 


— Może zamiast narzekać co cztery lata na niską frekwencję wprowadzić obowiązek głosowania po groźbą kar finansowych. Tak jest na przykład w Belgii.

— Belgijski wariant byłby możliwy do rozważenia tylko wtedy, gdyby ordynacja wyborcza była czytelna i korzystna dla obywateli, a nie dla prezydenta czy wójta, który sprawuje kadencję piąty lub szósty już raz. Wtedy tak, żeby ratować system, wspierać go, każdy powinien iść na wybory. Ale dopóki mamy do czynienia z dużą dysproporcją interesów między politykami a obywatelami, dopóki system samorządowy w Polsce jest skomplikowany, tworzący stanowiska, rozmywający odpowiedzialność — to nie fundowałbym obywatelom kolejnego politycznego chomąta, kolejnych politycznych kajdanów.


— Zakładał pan, że frekwencja może być wyższa niż cztery lata temu?
 
— Zakładałem, że będzie niższa. Dlatego, że była bardzo mocna, przynajmniej w dużych miastach, dysproporcja pomiędzy dotychczasowymi włodarzami miast, a ich kontrkandydatami. To była przepaść i zanim doszło do wyborów, to ich wynik był już prawie rozstrzygnięty. Dlatego nie dziwię się, że znaczna część ludzi myślała, że i tak nic się nie zmieni. A druga sprawa, że nie czuję się rozczarowany tym wynikiem. Dawno już nie prowadzono tak taniej kampanii, tak merytorycznie słabej. Co dodatkowo zniechęcało wyborców do pójścia do urn. Polski kandydat do samorządu chce zarobić na dietach, ale niekoniecznie chce w tę komunikację polityczną włożyć jakieś środki. I wyborcy doskonale to wyczuli nie idąc do wyborów. Ludzie nie będą się angażować w politykę, w której widzą wciąż te same twarze.


— Czy na frekwencji mogły zaważyć ostatnie afery?
— Nie. Myślę, że sami politycy tą kampania samorządową byli zainteresowani w stopniu umiarkowanym. Opozycja myślała już o wyborach parlamentarnych, a partia rządząca starała się na bazie tej kampanii wypromować nowa panią premier. 

Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB