Poniedziałek, 17 lutego 2020. Imieniny Donata, Gizeli, Łukasza

Niesamowite podróże: Domek z kuchnią na oceanie

2014-11-16 09:00:00 (ost. akt: 2014-11-15 20:52:30)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

— Dwa razy zaspałam. Prawie godzinę. Obudziłam się i zobaczyłam przed sobą ogromną burtę statku. Stan przedzawałowy! — mówi Marta Sziłajtis-Obiegło. Najmłodsza Polka, która samotnie opłynęła świat gościła w środę w Olsztynie.

— Czy po morzach i oceanach może żeglować każdy? Oczywiście pod okiem doświadczonego kapitana.

— Nawet nie trzeba kogoś doświadczonego. Wystarczy trochę zdrowego rozsądku, żeby nie robić rzeczy niebezpiecznych. Zasada jest jedna: wszystko, co robimy musi być bezpieczne i skuteczne. Wiem, co mówię.


— Przecież jest pani najmłodszą Polką, która opłynęła świat! Jak można pani nie wierzyć?!

— Przede mną był jeszcze nastolatek z Singapuru, jeszcze młodszy. Ale ja nie płynęłam dla żadnego rekordu. Popłynęłam tam, gdzie mnie wzrok poniesie i wyszła podróż dookoła świata. Dalej się nie dało. Teraz pływają jeszcze młodsze dziewczyny.


— Jest w pani dużo energii. Uprawiała pani różne sporty, nie tylko żeglarstwo.

— Lubię korzystać z możliwości swego ciała. Jak każdy lubię wejść na górę czy przepłynąć jezioro. Kiedy zerwałam ścięgna, przestałam jeździć konno i zaczęłam uprawiać bardziej turystyczne formy sportu. A łódka to świetna sprawa — domek z kuchnią, łazienką, z łóżkiem, wielką szafą. Można sobie zafundować ciepłą wodę i ekspres do kawy. Człowiek jest bezpieczny w środku i przemieszcza się jak przyczepą kempingową. Ale łódka to też fajny sportowy sprzęt. W zależności od tego jak go sobie „wymyślisz”, tak żeglujesz. 


— Wyobrażam sobie, że w tym domku jest przyjemnie, gdy świeci słońce i wieje przewidywalny wiatr. A co się dzieje, kiedy zapada noc i nadciąga burza? 

— Wtedy jest ciemno i płynie się szybciej. Wiatr narasta o świcie i o zmierzchu. Wtedy czeka się, co będzie i dostosowuje się powierzchnię żagli do warunków — zmniejsza się, zwiększa lub zrzuca żagle. Najlepiej płynie się z wiatrem. Trzeba wtedy czasem zejść ze swojego kursu, ale można się wyspać albo coś ugotować. 


— Jak się śpi podczas samotnego rejsu?

— Po 15 minut. Jest taka stara metoda Leonarda da Vinci „na klucz”. Leonardo brał pęk ciężkich kluczy. W momencie, gdy zapada się w głęboki sen, rozluźniają się mięśnie szkieletowe i klucze wypadają. Kiedy spadną na stopę, budzisz się natychmiast.


Rozmowę przeprowadziła: Ewa Mazgal


— Pani też stosowała tę metodę? 

— Najpierw miałam klucze i budziki, potem stopery do gotowania jajek, ale one strasznie głośno tykają, więc nie można się wyspać. W końcu korzystałam z telefonu komórkowego. Ale dwa razy jednak zaspałam. Prawie godzinę.


— I co? 

— Obudziłam się i zobaczyłam przed sobą ogromną burtę statku. Stan przedzawałowy! Kiedy się śpi, jacht ma zablokowane żagle, więc po obudzeniu trudno szybko wykonać jakikolwiek manewr. A statek jest tuż, tuż przy tobie. Od tego momentu nie miałam wątpliwości, że nie wolno spać dłużej niż 15 minut. Ale teraz, gdy pływam z załogami wcale, nie jest lepiej.



— Bo?

— Bo załoganci mają swoje własne pomysły, nie zawsze bezpieczne. Jako kapitan muszę czuwać. Żyję jak ważka, w każdej chwili gotowa, żeby się zerwać do lotu. U mnie na pokładzie nigdy nie stało się nic złego, nikt nie wypadł z burtę. Gdyby tak się stało, chyba przestałabym pływać. 


— A podczas samotnego rejsu zdarza się, że żeglarz wypada?

— Kilka razy się zdarzyło, ale nie mnie. Oficjalnie trzeba być przymocowanym do jachtu liną. Ale sytuacja jest dynamiczna. W tropikach żeglarz płynący sam nie ubiera się w nic. Więc noszenie pasów bezpieczeństwa czy czegokolwiek obciera skórę i opalasz się w paski. Kto by to robił?! Każde wypadniecie to bilet w jedna stronę, każdy o ty wie, ale ludzie liczą na refleks i na szczęście.


— Szczęście na oceanie to chyba musi być obowiązkowo.

— Na pewno. Mój pradziadek był kapitanem Wojska Polskiego i kiedy egzaminował kadetów, pytał o różne rzeczy techniczne i taktyczne, a koniec pytał: A szczęście to pan ma?


— Jak w takim upale i słońcu chronić skórę i włosy?

— Trzeba mieć mamę farmaceutkę! Mama nie chciała nie puścić na taki rejs. Mówiła, że to ją ludzie będą oskarżać, że pozwoliła dziecku się zabić. Używała tego argumentu bardzo często. Ale jak już wiedziała, że popłynę zaczęła pakować mi witaminy D plus E w kapsułkach. Są filtry UV, które się bierze doustnie i nie trzeba się smarować kremami. Od nich skóra jest śliska i można wypaść za burtę. Jednak nigdy nie przypaliłam się na słońcu. Zdarzyła się jednak zabawna historia. W Brazylii do deklaracji celnej wpisuje się rasę. Urzędnicy pytali mnie, czy jestem Mulatką czy jestem biała. Odpowiedziałam, że na początku rejsu byłam biała. 


— Są ludzie, jak kpt. Tomasz Cichocki, którzy płyną dookoła świata nie zawijając do portów. Pani zawijała. I co ciekawego pani widziała?

— Interesowało mnie wszystko. Najbardziej chciałam zobaczyć Pacyfik, największy i najstarszy ocean i Polinezję. Około 70 proc. języków i kultur, jakie istnieją na świecie, jest właśnie tam. I tak w Euroazji rocznie znika około 13 dialektów, to na Polinezji około 80 rocznie. Będąc tam, zbierałam różne legendy, wierzenia i przesłania. W ten sposób poprzez podróże buduję swój obraz świata. 


— Jak się pani z tymi ludźmi porozumiewała?

— Po angielsku i po hiszpańsku. Rysując też można bardzo dużo załatwić. Na jednej z wysp trafiłam do wioski, gdzie ludzi grzebie się pod progami domów, nie na cmentarzach. Mieszkali tam ludzie, którzy chodzą w spódniczkach. Jakiś mężczyzna złapał mnie za rękę i powiedział: Chodź, posiedzimy pod drzewem. 


— I co z tego wynikło?
— To, że możemy innym ludziom dać swój czas i swoją obecność. Po takim doświadczeniu nie można już wrócić do normalnego życia, do pośpiechu, do cywilizacji. Kiedyś studiowałam dwa kierunki — turystykę i prawo, pracowałam w hotelu, organizując imprezy ślubne, prowadziłam firmę, z kursami i rejami szkoleniowymi dla firm. 


— To miała pani zajęte wszystkie dni w tygodniu.

— I noce też. Miałam wszystkiego dość, zapakowałam torbę książek i popłynęłam.


— A jak było na wyspach Galapagos?

— Trudno tam dotrzeć. I jak ktoś się tam dostanie i porusza się konwencjonalnymi ścieżkami, nic nie zobaczy, bo jest tam ścisły rezerwat, niedostępny da turystów.


— Pani poruszała się niekonwencjonalnymi ścieżkami?

— Ja dopłynęłam w nocy, zaparkowałam w zatoce i nie mogłam spać. Zobaczyłam dryfujący ponton. Wskoczyłam do wody (25 stopni!), złapałam ponton i przez radio ogłosiłam, że go mam. Po ponton przyjechali ludzie, którzy prowadzili platformę nurkową dla naukowców. W nagrodę zabrali mnie na nurkowanie, wozili na wycieczki po wyspie. Odwiedzałam mieszkańców w ich domach, rozmawialiśmy nocami na zamkniętych dla innych plażach. 


— Jaka jest wyspa św. Heleny?

— Jest tam spokojnie. Nie ma tam portu, jest 70-80 domów. Z Afryki na wyspę płynęłam ze trzy tygodnie. Poszłam do sklepu i bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam owoce, bo na łodzi nie miałam lodówki. Poprosiłam o cztery pomarańcze. Okazało się, że to... za dużo. Bo dostawy są raz w miesiącu i wszystko jest przydzielone na liczbę mieszkańców. Więc gdy ktoś z zewnątrz coś kupi, brakuje dla miejscowych... Wyspa jest piękna, ale społeczeństwo się starzeje. Młodzi wyjeżdżają, bo jest tam problem z komunikacją i kosztami życia. 


— Teraz co pani robi?

— Prowadzę żeglarskie wyprawy. Wróciłam niedawno z Islandii, w zeszłym roku byłam w Rosji i na Spitzbergenie.

— Jakie są morza północne? Pewnie dużo bardziej niebezpieczne niż południowe?

— Są dzikie. W Chorwacji, gdzie wszystkie jachty są białe i pytają cię tylko o kartę kredytową, nic się nie zdarzy. A na Północy dzieje się dużo. Na Islandii jest w ogóle sztuką kogoś spotkać, ale jeżeli się to uda, jest świetnie. Kiedy przypływa się do portu, poznaje się ludzi, którzy nie pracują w turystyce, tylko przy kutrach i rybach. Możesz wymienić polską wódkę na wiadro ryb. To są zupełne inne doświadczenia. I nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Mieliśmy awarie, musieliśmy zmieniać trasę. 


— Co robi pani poza żeglowaniem?
— Pracuję, bo jest zima. Zajmuję się nieruchomościami. Ale jak skończę projekt, mogę wypłynąć. Pół roku pracuję, pół pływam. Muszę odłożyć wcześniej pieniądze na łódkę. Jeśli mam załogę, to dzielę się z nią kosztami. Samo ubezpieczenie jachtu kosztuje 6 tys. euro rocznie. Muszę te pieniądze zarobić.


— A jak nikt się nie zgłosi, to popłynie pani sama?
— Tak. Pływam w miejsca, które mnie interesują.


— Co po opłynięciu świata pani jeszcze zostało?

— Przejście Północno-Zachodnie i Grenlandia
.

— Aż się mi zimniej zrobiło!

— Tam jest bardzo odludnie. W takich miejscach, na Północy czy na Południu, gdy zejdzie się na ląd i pozna się kogoś, można go łatwo uszczęśliwić. Na Bora Bora przyszli do mnie ludzie, którzy marzyli o tym, by zobaczyć swoją wyspę z morza. Nigdy w życiu nie byli na jachcie! Są na świecie ludzie, którzy radzą sobie w niewyobrażalnych dla nas warunkach, bez dostępu do czegokolwiek. Każde poważne skaleczenie to zgon. Niebezpieczny jest poród czy choroba, bo szanse przeżycia są takie, jak u nas w XVIII wieku. Nie odważyłabym się tam mieszkać. To jest wyczyn, granica ludzkich możliwości. W Polinezji co 3-5 lat wszystko zmywa cyklon. Dlatego tam ludzie medytują, przywiązują wagę do przyjaźni, żyją chwilą.


— Może to jest jakaś na nauka dla nas?

— Na pewno. W tym roku miałam załogantkę, która popłynęła ze mną na wyprawę na dwa miesiące. Dziwiłam się, bo ludzie mają przecież po 2 czy 3 tygodnie urlopu. A ona popłynęła na tak długo. Nie chciała schodzić do portów i zwiedzać. Powiedziała mi w końcu, że chce zapomnieć o świecie, z którego przyjechała, o tych tak naprawdę wymyślonych problemach. Prawdziwy problem jest wtedy, gdy na środku morza zabraknie ci słodkiej wody. A gdy ktoś ci wjedzie na światłach w zderzak, to nie jest problem. Na morzu wszystko się przewartościowuje.


— Rozumiem, że pani przewartościowała, ale nie na tyle, by zamieszkać na Bora Bora?
— Mam rodzinę i mam do kogo wracać.


— Jadła pani mięso wieloryba?
— Tak i smakuje jak wołowina.


— A widziała pani polarnego niedźwiedzia?

— Z bardzo dużej odległości, więc to się nie liczy.


Spotkania z żeglarzami
Marta Sziłajtis-Obiegło jest kapitanem jachtowy. Urodziła się w 1985 roku w Poznaniu. W wieku 23 lat opłynęła samotnie świat. W rejs wyruszyła 27 kwietnia 2008 roku z portu w mieście Puerto la Cruz w Wenezueli i po przepłynięciu trasą pasatową łącznie ponad dwudziestu pięciu tysięcy mil morskich zakończyła 20 kwietnia 2009 r. w tym samym wenezuelskim porcie. Żeglarka była gościem XIX Dni Bretanii na Warmii i Mazurach, zorganizowanych prze Centrum Polsko-Francuskie.

* W sobotę o godz. 17 gościem CPF będzie Andrzej Radomiński — reżyser filmowy, reporter i żeglarz. Jest laureatem Międzynarodowej Nagrody im. Josepha Conrada. Radomiński przedstawi swoje dwa filmy „Wolność podług Marcela Bardiaux ”z 1988 roku oraz „ Gorycz zwycięstwa” z 1981 roku. Wstęp na spotkanie jest wolny.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także