Poniedziałek, 19 listopada 2018. Imieniny Elżbiety, Faustyny, Pawła

Dla mnie pod słowami "Murzyn" czy "Cygan" kryje się sama czułość

2014-11-15 08:00:00 (ost. akt: 2014-11-15 11:58:09)

Autor zdjęcia: Dariusz Dyner

— Moim największym udręczeniem w wolnej Polsce jest to, że mam coraz mniej pytań gramatycznych typu: "poszłem czy poszedłem". Przychodzą tylko biedni ludzie, prosząc o interpretację tekstu prawnego, urzędowo-kancelaryjnego. Ja to czytam, patrzę jak sroka w gnat i nic nie rozumiem — mówi znany polski językoznawca prof. Jan Miodek.

— Panie profesorze, w niedzielę mamy wybory samorządowe. To dobra okazja, żeby zapytać, jak się mówi: kandydat do rady miasta Olsztyna czy kandydat do rady miasta Olsztyn? Druga forma brzmi źle, ale wielu kandydatów bardzo ją lubi.
— Proszę pana, obie formy uchodzą za poprawne. Bardziej potoczna jest "do rady miasta Olsztyna", natomiast zwolennicy brzmienia "do rady miasta Olsztyn" będą oczywiście mówić, że chodzi o jednoznaczność. Bo jeśli na szyld będzie patrzył np. mieszkaniec Japonii, Meksyku, a nawet Portugalii, to może pomyśleć, że nasze miasto nazywa się Olsztyna, a nie Olsztyn. Oczywiście troszkę w tym przesadzamy, ale to tak jak nie chcą się już dzisiaj odmieniać np. Nowakowie, Osadnikowie i Bartkowiakowie. Tak samo tutaj. Różne języki mają różne obligatoryjne wykładniki formalne. Ja nie mogę być przecież na Litwie Janem Miodkiem, tylko Janasem Miodekasem. I co, w związku z tym mam nie udzielać wywiadów litewskim dziennikarzom, którzy tak o mnie piszą? Takie są po prostu uwarunkowania systemowe tego języka. Tak więc obie przytoczone przez pana formy są poprawne, chociaż wolałbym zdecydowanie "rada miasta Olsztyna". 



— Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego urzędnicy "ciągu pieszego" nie mogą zwyczajnie nazwać chodnikiem, dlaczego "środki" nie mogą być pieniędzmi, a "wymiar godzinowy" po prostu czasem pracy. Dlaczego aż tak bardzo są w tym uparci?

— Bo zjawiskiem starym jak świat jest to, że przedstawiciele różnych branż — chcąc się dowartościować — uciekają od form wszystkim doskonale znanych. Wydają się im zbyt zwykłe, zbyt normalne. To się zaczyna od szczebla spójnikowego. Wielu osobom wydaje się, że powiedzenie: "nie pójdę do szkoły, bo..." jest zbyt prozaiczne. Dlatego będą pisać: "gdyż". "Powiedział, że się na tym zna"? Ktoś powie, że to takie zwykłe, dlatego lepiej napisać: "powiedział, iż się na tym zna". Znam takich mówców, którzy nie zhańbią się zwykłym spójnikiem "że". Posługują się tylko formą "iż", przez co stają się nieznośni. I ludzie zamiast słuchać, co ten człowiek mówi, liczą, ile jest tych "iż": 77, 78, 79... To tak jak z osobami, które na krawat mówią zwis męski poszerzany, co jest czymś przestarzałym. Albo jak ktoś krople do nosa nazywa kroplami donosowymi. Bo to brzmi naukowo, a że kojarzy się już z donosem? To już nie jest ważne. Zamiast napisać bluzeczka ze ściągaczem, wielu lubi bluzeczkę ściągaczową. I ja teraz nie wiem, czy ona ściąga, czy mnie opina? To jest przykład ucieczki od zwykłych, normalnych form. 



— Wracając do urzędników, mówimy więc o pewnej szablonowości języka. To, co w wymiarze artystycznym jest czymś niestosownym, w języku urzędów jest zaletą?

— To trudny i zawiły język. Powiem panu, że moim największym udręczeniem w wolnej Polsce jest to, że mam coraz mniej pytań gramatycznych typu "poszłem, czy poszedłem", "wziąć, czy wziąść", "widzę tą, czy tę kobietę". Przychodzą tylko do mnie biedni ludzie, którzy proszą właśnie o interpretację takiego czy innego tekstu prawnego, urzędowo-kancelaryjnego. Ja to czytam, patrzę jak sroka w gnat i nic z tego nie rozumiem. I ja mam teraz wydać orzeczenie i rozstrzygnąć, o co tu chodzi? Oczywiście, że nie może to być potoczna polszczyzna, tylko za dużo w tym wszystkim jest pogmatwania, bardzo skomplikowanych, rozbudowanych zdań. Ludzie mylą prostotę z prostactwem. Myślą, że prostota jest prostacka, ale to jest zupełnie coś innego. W wypowiedziach językowych prostota jest najcudowniejszą cudownością. 



— Jakiś czas temu pojawiły się informacje, że część urzędników ma przejść szkolenia językowe...

— Odbyliśmy w ubiegłym roku pierwszy kongres poświęcony językowi urzędowo-kancelaryjnemu. Przewodniczyłem mu w jednym dniu i pokładamy w tym programie bardzo wielkie nadzieje. Gratuluje tutaj prof. Irenie Lipowicz, rzecznikowi praw obywatelskich, bo to coś bardzo cennego, że myśli się nad tym, aby język urzędów zbliżyć do przeciętnego mieszkańca.



— Paradoks języka urzędników i prawników polega na tym, że kiedy rozmawiam z nimi telefonicznie lub osobiście, mówią normalnie, przystępnie. Ale kiedy to samo wysyłają e-mailem, to trudno się przez to przebić.

— Generalnie przeciętny użytkownik języka jest zdecydowanie sprawniejszy w mówieniu, natomiast pisanie to dla wielu już wyższa szkoła jazdy. Znałem wielu przezacnych profesorów, którzy mówili do mnie wprost, że pisanie to dla nich tortura. Są tacy ludzie, wspaniali praktycy, którzy mają z tym problem. Wielu znakomitych naukowców mówiło mi, że dla nich napisanie najkrótszego nawet artykułu jest koszmarem.



— Zgodzi się pan z tym, że w ostatnich latach za sprawą internetu język stał się bardziej skrótowy?

— Pewnie tak, ale też generalnie większe tempo życia. Moim ulubionym imperatywem stylistycznym jest wskazanie, aby robić wszystko, żeby maksimum treści zawrzeć w minimalnej liczbie słów. Wracamy tutaj do wspomnianej wcześniej prostoty. Jeśli internet, który jest raczej krótkim przekazem, będzie temu służyć, to ja go będę błogosławił. Właśnie takich przekazów od niego oczekuję. Kiedy czasami zobaczę w swojej poczcie e-mailowej list na pięć stron, to jestem zdegustowany. Chciałoby się powiedzieć do takiej osoby: "Siądź, weź długopis czy wieczne pióro, napisz ten list i wyślij go tradycyjną pocztą". Jeśli ktoś decyduje się na korespondencję e-mailową, to niech to będzie przekaz krótki, zwarty. Co tu dużo gadać, e-maile czy sms-y mają temu służyć. Przyznaję, sam uważam internet za największy wynalazek ludzkości do tej pory.



— Nawet jeśli coraz więcej osób, zamiast coś napisać, wkleja buźki i obrazki?
— Widzę jakieś tam uśmieszki, całuski, ale sam jeszcze nigdy w życiu ich nie wysłałem, nawet do najbliższej rodziny. Za stary jestem.



— Wiele osób twierdzi, że język polski należy do najtrudniejszych. Wymówka?

— Kiedyś Józef Innocenty Maria Bocheński napisał książkę "100 zabobonów". Ten jest 101. My, Polacy, zawsze musimy być wyjątkowi, musimy mieć więc również najtrudniejszy język świata. Proszę więc bardzo dokładnie napisać to, co powiem: każdy język ma swoje biedy. Nasz język pewne kategorie gramatyki ma trudniejsze, np. liczebniki, na pewno ma rozbudowaną fleksję. Polszczyzna w pierwszym etapie nauczania wydaje się językiem trudnym, o wiele trudniejszym od języka angielskiego. Ale na etapach dalszych nauczania okazuje się językiem łatwiejszym! Angielski w pierwszym kontakcie na pewno jest znacznie prostszy, ale kiedy wejdziemy w szczegóły, jest piekielnie trudno. Tak to jest z językiem. Nie można mówić, że język polski jest trudniejszy np. od portugalskiego czy niemieckiego, bo to zawsze będą subiektywne oceny. Obiektywną kwestią jest jednak to, że polska ortografia jest sto razy łatwiejsza od niemieckiej, angielskiej czy francuskiej, bo jest ortografią młodą, opartą na stosunkowo młodych stanach językowych. W ortografii niemieckiej czy francuskiej pewne zjawiska językowe funkcjonują na zasadzie skamieliny z wczesnego średniowiecza. A my robimy wielki problem z "rz" i "ż". Gdyby przeciętny Niemiec miał takie kłopoty, to byłby szczęśliwy. Tak więc nasz język ani nie jest specjalnie trudny, ani specjalnie łatwy. Na koniec jeszcze jedna sprawa — mamy wspaniały system norm przecinkowych, czyli interpunkcję.



— Czy są słowa, których zaniku najbardziej pan żałuje?
— Nie, bo to wszystko uwarunkowane jest zmianami życia, potrzebami. Dzieje języka z jednej strony mówią o dążeniu do precyzji, a z drugiej do ekonomiczności. Jeżeli jednak jakieś słowo umiera, to znaczy, że w otaczającej nas rzeczywistości nie ma już na niego zapotrzebowania. 



— A jeśli chodzi o znaczenie słów? Kiedyś takie słowa jak "Cygan" czy "Murzyn" nie były nacechowane tak negatywnie.

— Pewnie tak jest, skoro sam z ust osób czarnoskórych czy pochodzenia romskiego słyszę, że te słowa ich ranią. Muszę to uszanować, chociaż wiele razy chciałbym powiedzieć, że dla mnie pod słowami "Murzyn" czy "Cygan" kryje się sama czułość. Nie wyobrażam sobie np. kultury polskiej bez tekstów typu: "graj piękny Cyganie". Niestety czasownik "cyganić" znaczy tyle, co oszukiwać, ale nic na to nie poradzę, że został on utworzony od rzeczownika "Cygan". We Francji mówi się "pijany jak Polak" i jest to tam najpopularniejsze sformułowanie związane z pijaństwem. I co, w związku z tym mamy bić Francuzów? Sam pod te słowa nie podkładam żadnych negatywnych skojarzeń. "Murzynek Bambo" był w moim dzieciństwie ulubionym wierszem, pod który podkładałem najczulsze treści. 



— Drażni pana, że niektóre słowa, które w przeszłości były obraźliwe, teraz są społecznie akceptowalne?

— Tak, bo wychodzenie na forum z jakimiś "zajebistościami", "pier.." czy "kur..." jest dla mnie nie do przyjęcia. Sam nie jestem święty, ale trzeba znać miejsce. Co innego oznacza grono kumpli, kiedy np. można opowiedzieć jakiś kawał poniżej pasa. Ale wiele osób opowiada je w każdej sytuacji. Dla mnie wręcz niemęskie jest opowiadanie niektórych kawałów kobietom, ale najwyraźniej niektórych kompletnie to nie hamuje.



— A panu za jakie słowa obrywało się w domu od rodziców?
— Nie chcę gloryfikować mojego pokolenia, ale proszę mi wierzyć, że w tamtych czasach nie było chociażby "kur...". Przynajmniej do matury było "kurde", "kurde mol", "kur zapiał". Obecność dziewczyn wykluczała pewne zachowania. Wiele z nich — gdyby usłyszało przekleństwo — obraziłoby się na takiego kogoś pewnie na pół roku. A dziś chłopcy nie mają żadnych zahamowań. Mało tego, dziewczyny często są jeszcze lepsze od nich.



— Reaguje pan na takie zachowania?
— Trudno jest mi reagować, ale muszę przyznać, że zdarzyło się to kilka razy. Nie oberwałem za to... chociaż bywało różnie. Pamiętam, jak w ustach mniej więcej 10-letniej dziewczynki był dosłownie rynsztok. Nie wytrzymałem. Wpadłem w furię. Powiedziałem: "Dziecko, zamilknij, bo nie ręczę za siebie!". Jadła akurat bułkę i proszę sobie wyobrazić, że wszystko wypluła na mnie. Znajoma pomogła mi się wytrzeć chusteczką, a ta mała zwiała, bo tramwaj jeszcze stał.

Rozmawiał Rafał Bieńkowski

Prof. Jan Miodek - urodził się 7 czerwca 1946 r. w Tarnowskich Górach. Językoznawca, profesor i dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i Rady Języka Polskiego. Popularyzator wiedzy o języku polskim. W 1991 r. senat Uniwersytetu Wrocławskiego przyznał mu stanowisko profesora nadzwyczajnego, a już w 1995 r. Miodek odebrał tytuł profesorski z rąk Lecha Wałęsy. 20 października 2005 r. został doktorem honoris causa Pedagogicznego Uniwersytetu Wileńskiego, a 10 marca 2006 r. otrzymał ten tytuł na Uniwersytecie Opolskim. Od 2009 r. prowadzi na antenie TVP Polonia wraz z Agatą Dzikowską program "Słownik polsko@polski" (ukazała się również książka pod tym samym tytułem). Podczas programu widzowie z Polski i zagranicy mogą zadawać pytania dotyczące języka polskiego za pośrednictwem internetowego komunikatora Skype lub wysyłając e-maile. Laureat wielu nagród oraz autor książek.

Źródło: Wikipedia.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także