Wtorek, 7 kwietnia 2020. Imieniny Donata, Herminy, Rufina

W Niemczech nie ma duchów!

2014-11-09 16:20:07 (ost. akt: 2014-11-09 16:11:45)

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

— Pisarz musi skończyć 40 lat napisać więcej niż 10 książek, bo dopiero wtedy jego proza zaczyna brzmieć. Trzeba coś przeżyć, dobrego i złego i zrozumieć, że śmierć rzeczywiście istnieje — mówi Artur Becker, niemiecki pisarz z Bartoszyc. W piątek spotkał się z czytelnikami w Olsztynie.

— Panie Arturze, czy ta historia o dziecku, któremu mewa wydłubała oko, jest prawdziwa?! 

— Prawdziwa i nieprawdziwa. Jako dziecko nasłuchałem się wielu historii. Teraz trudno je zweryfikować.

— A zabójstwo pana młodego na weselu? To prawda?

— Tak, to się zdarzyło na jeziorem Dadaj. I ta historia mnie zafascynowała.


— Jakie są pana rodzinne korzenie. Ma pan niemieckie nazwisko, ale to o niczym nie świadczy.

— Tym bardziej że w Niemczech często się pojawia. Niemcy uważają, że powinienem nazywać się na przykład Grzegorz Kowalski albo Brzęczyszczykiewicz. Losy mojego nazwiska są skomplikowane, bo było zmieniane trzy razy. Najpierw pisało się je przez "a" z dwiema kropkami na górze. Tak nazywał się Austriak, który adoptował mojego dziadka. On z kolei był Polakiem ze Lwowa. Jednak w czasie wojny musiał służyć w Werhmachcie. A potem kiedy przyjechał do swojej siostry, która mieszkała w dawnych Prusach Wschodnich poznał Niemkę. W 1945 roku, na krótko przed wejściem Rosjan, nie zdążyła na samolot do Drezna. Ale dzięki temu nie znalazła się tam podczas alianckiego bombardowania miasta, kiedy zginęło 25 tys. ludzi. Więc mam 25 proc. niemieckich korzeni.


Nie lubię skrajnych poglądów. Nie przeżyłem w Polsce transformacji, ale myślę, tak jak Gustaw Herling-Grudziński, że niektórzy ludzie, odpowiedzialni w PRL za zbrodnie, powinni siedzieć w więzieniu.
— Pan wyjechał do Niemiec w 1985 roku. Sam czy z rodzicami?

— To było skomplikowane. Moi rodzice nie byli żadnymi szczególnymi dysydentami, ale mimo to mieli mnóstwo kłopotów. Tata często jeździł do rodziny do Niemiec, a po powrocie był zawsze przesłuchiwany przez SB. Miał dość tych głupich rozmów przy papierosku i herbacie, które obnażały głupią sowiecką wersję komunizmu. Mama studiowała zaocznie w Gdańsku i dlatego mieliśmy w domu mnóstwo opozycyjnych materiałów. Na początku tata nie chciał jechać do Niemiec. Mówił, że do tych nazistów nie pojedzie. Ale w końcu tam uciekł. Potem wyjechała mama, a ja miałem ruszyć za nią... Ale to się nie udało i spędziłem w Polsce prawie rok sam.


— Był pan dzieciakiem, miał pan 16 lat!

— Ale już wtedy publikowałem. Zadebiutowałem w "Gazecie Olsztyńskiej". Tę gazetę ze swoimi wierszami mam do dzisiaj. Wtedy bardzo chciałem zostać polskim poetą. Zresztą wtedy chyba każdy chciał zostać polskim poetą i do tego wielkim, jak Miłosz i Herbert.


— Wyjechał pan do Niemiec jako Polak?

— Tak, ale dowiedziałem się, że jestem Niemcem. Od Niemców. W Polsce koledzy z podwórka nazywali mnie Heinz. To mnie dziwiło, bo u nas w domu była cała wielka literatura polska — Miłosz, Słowacki, Mickiewicz. I to było absurdalne. 


— A jak było pana z niemieckim? Teraz pisze pan w tym języku. 

— Bardzo szybko się nauczyłem. Przygoda z niemieckim zaczęła się po maturze, na studiach. Studiowałem germanistykę i potem kulturalne studium Europy Wschodniej. Tam była też filozofia. Studiowałem m.in. u Zdzisława Krasnodębskiego, który był i jest bardzo dobrym profesorem. Dziwię się, że stał się głównym ideologiem PiS-u. W 1989 roku podjąłem decyzję, że będę pisał po niemiecku. Zachęcił mnie do tego bardzo dobry przyjaciel, dzisiaj znany niemiecki psychiatra. Razem odrabialiśmy wojsko w służbie cywilnej, bo ja nie wyobrażałem sobie, bym miał pójść do niemieckiego wojska.


— Do Werhmachtu.
— Tak! Do Werhmachtu. Więc pracowałem w domu dla upośledzonych, zamiast służyć w wojsku. I ten mój przyjaciel powiedział mi, bym pisał od razu po niemiecku, a nie najpierw po polsku. Po co masz tłumaczyć?! — zapytał. I to mnie zastanowiło. W Bremie znalazłem bardzo dobre czasopismo, które drukowało moje wiersze i opowiadania. Był tam świetny redaktor, który się mną zaopiekował.


— Ile książek pan napisał? 

— Siedemnaście, 14 wydałem. Piszę też regularnie do "Frankfurter Rundschau".


— W „Nożu w wódzie” napisał pan, że trzeba zapisać wszystko, co minęło. Dlatego został pan pisarzem? Żeby ocalić przeszłość? Czy dlatego, że coś panu gada w głowie? 

— Z jednego i z drugiego powodu. Bardzo cenię pisarstwo Stanisława Vinceza czy Issaka Bashevisa Singera, którzy uratowali całe zaginione światy. Jest też literatura niszcząca, choć genialna, jak „Podróż do kresu nocy” Celine'a czy książki Sartre'a. Ale moja dusza jest taka, że nie jestem w stanie niczego niszczyć. I zastanawiam, się jak uratować miniony świat, choć to praca beznadziejna, bo nigdy się nie skończy. 


— Wspomnienia o Prusach hrabiny Marion von Doenhoff, Hansa Helmuta Kirsta czy Ernsta Wiecherta są hieratyczne, nostalgiczne, pisane w tonie biblijnym. U pana to czarna komedia.

— W Niemczech piszą, i to mnie wkurza, że Artur Becker pisze o zapomnianych krajobrazach. To dla nich są zapomniane! Ja piszę o Mazurach ostatnich kilkudziesięciu lat, piszę o żywych ludziach. Powinni już to zrozumieć!


— Jaka jest niemiecka pamięć historyczna?

— Młodzi Niemcy nie są w stanie zrozumieć swojej historii, tego jak doszło do wojny. Oni są Europejczykami. Muszą pojechać z rodzicami do Wilczego Szańca, żeby zobaczyć, gdzie rezydował Hitler, ale ich interesuje współczesna Polska i moje książki. 


— To chyba dobrze?

— Dobrze. Ale pamięć historyczna musi być zachowana, żeby nie było, że to Polacy napadli na Niemcy. Stare generacje odchodzą, a poza tym w Niemczech mieszka 15 mln emigrantów. I rozwija się literatura, którą piszą. Dlatego ja czuję się tam bardzo dobrze. W Polsce za 25 lat będzie podobnie. Ktoś przyjedzie z Wietnamu, nauczy się polskiego, napisze książkę i dostanie nagrodę Nike. W Niemczech jeszcze w 1985 ktoś, kto przyjechał z zagranicy, szczególnie z Polski był egzotyczny. Teraz już nie.


— W pana książce podobał mi się w się czarny autobus. To autobus, który wiezie żywych w przeszłość na spotkanie ze zmarłymi. Czy to nie jest metafora literatury?

— Coś w tym jest. Tyle że to bardzo romantyczne polskie ujęcie. W Niemczech nie ma czegoś takiego.


— Jaki jest dzisiaj obraz Polski w Niemczech?

— Przez to, że Tusk i Kopacz odnoszą ogromne sukcesy, Polska jest odbierana przez Niemców bardzo pozytywnie. Nie zadaję się z neonazistami, tylko z niemiecką inteligencją, która mało wiedziała o Polsce, ale przez ostatnie lata zainteresowała się nią bardzo. Niemcy musieli przyzwyczaić do obecności nowych krajów w Unii Europejskiej. 


— A jak pan ocenia Polskę? Jedni mówią, że jest tu świetnie, że to zielona wyspa, a inni, że to kraj nie dla ludzi.

— Nie lubię skrajnych poglądów. Nie przeżyłem w Polsce transformacji, ale myślę, tak jak Gustaw Herling-Grudziński, że niektórzy ludzie, odpowiedzialni w PRL za zbrodnie, powinni siedzieć w więzieniu. W Olsztynie został zamordowany student i sprawcy tego powinni dostać dożywocie. Ja też pamiętam, jaki to był kraj. Więc sukcesem jest to, że w Polsce jest wolność. A ci, którzy krytykują ten kraj muszą sobie uświadomić, że państwo nie jest przytułkiem. Państwo daje tylko konstytucję i wolność, a ludzie mają radzić sobie sami.


— I dwa miliony Polaków wyemigrowało za chlebem.

— Ale w ciągu 25 lat Polska jest coraz bezpieczniejsza, postępuje laicyzacja...


— Z oporami!

— Z oporami. Ale to się dzieje. Zachód na to pracował 400 lat. To przykre oczywiście, że w Polsce są regiony biedny, jak choćby Warmia i Mazury. Ale bardzo pozytywnie oceniam Olsztyn, który zmienił się na lepsze. Nie jest miastem totalnie prowincjonalnym. Jest tu dobry uniwersytet przede wszystkim, atrakcja są też jeziora. Lepsze są drogi. Mam nadzieję, że nie będzie tu autostrad i że ludzie nie zniszczą przyrody. 


— Podobają się panu rodzinne strony?

— Bartoszyce? Dla mnie, jakby nie wyglądały, są powrotem do magicznego miejsca. Ja miałem fajne dzieciństwo, mimo walki ideologii katolicyzmu i komunizmu, mimo że czasy były trudne.


— Bo przyroda zawsze była piękna.

— Ale nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego w jeziorach topią się dzieci, dlaczego przyroda jest taka bezwzględna. I tak jak Miłosz uważam, że piękno jest zawsze zatrute. 


— Ale przecież wszyscy którzy urodzili się i wychowali na Warmii i Mazurach noszą piękno tego krajobrazu w sobie.

— I jeżeli nie wpadną w alkoholizm, są to raczej zdrowi ludzie. Mają pozytywne nastawienie. I piękna jest tu nie tylko przyroda, ale też zamki, kościoły, miasteczka. Ale z tym trzeba uważać. Bo sztuka jest zdradliwa, gra z nami, przedstawia świat, który znika, nie zbawia. Jest swego rodzaju oszustwem, wirtualnym światem i nie jest w stanie dać nam totalnej eschatologii wyzwolenia — ani w sensie ateistycznym ani religijnym. 


— To co nas zbawia? Pisanie i czarny autobus?

— To, o czym mówi każda religia — miłość. Ale dzisiejsze chrześcijaństwo musi się zmienić, między innymi zmienić swój stosunek do kobiet. Czasem spotykam polskich facetów i strasznie mnie denerwuje ich stosunek do kobiet. Przecież one są takie same jak my, stoją na takim samym poziomie. Moja żona zarabia więcej niż ja, i nie mam z tego powodu żadnych kompleksów.


— I utrzymuje się pan z pisania?

— Tak. Od 1997 roku. Mam stypendia, nagrody literackie, piszę do gazet, jeżdżę na spotkania autorskie, mam tantiemy od książek. To są moje dochody. 


— Podoba się panu polski tytuł „Nóż w wódzie"? Bo oryginalny brzmi „Wodka und Messer”.

— Podoba mi się, bo jest żartobliwy i jest zabawa z „Nożem w wodzie” Romana Polańskiego. Żaden z niemieckich recenzentów, mimo że są solidnie wykształceni, nie wpadł na to, że to jest ten film. A przecież każdy go zna! Niektórzy pisali negatywne recenzje, bo nie podobały im się duchy ani gadające jeziora i noże. Co to ma znaczyć, pytali. W Niemczech nie ma duchów! Ale większość recenzji była pozytywna. Pisano, że to książka o miłości, że to magiczny realizm. Niemcy muszą mieć szufladki. Na okładce polskiego wydania nie napisano, że jest to powieść, a w Niemczech byłby pod tytułem napis „Roman”. Pisarz musi skończyć 40 lat napisać więcej niż 10 książek, bo dopiero wtedy jego proza zaczyna brzmieć. Trzeba coś przeżyć, dobrego i złego i zrozumieć, że śmierć rzeczywiście istnieje.


— A jaka jest pana najnowsza książka?

— To „Czerwona cegła dla Izabeli.” Piszę w niej o roku, kiedy byłem jako chłopak w Polsce sam.



Rozmawiała Ewa Mazgal

O nim
Artur Becker urodził się w 1968 w Bartoszycach. Do Niemiec wyjechał w 1985 roku. Jest laureatem prestiżowej nagrody im. Adalberta von Chamisso i członkiem niemieckiego PEN Clubu. "Nóż w wódzie", wydany przez olsztyńskie wydawnictwo Borussia jest jego drugą książką opublikowaną po polsku. Pierwszą było Kino Muza.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. lob #1539070 | 178.3.*.* 9 lis 2014 17:21

    Klamiesz bezczelnie.Mieszkalem na terenie gminy Bartoszyceod 1980 do 1986 roku.W tym czasie 4 razy wyjezdzalem do Niemiec.Zawsze po powrocie jezdzilem na komende milicji do bartoszyc by oddac paszport i zabrac dowod osobisty.i nikt tam ze mna nie rozmawial-ani przy herbacie ani przy kawie ani na sucho.zabieralem dowod osobisty ,mowilem" do widzenia" i wychodzilem.Taka jest prawda.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz