Sobota, 7 grudnia 2019. Imieniny Agaty, Dalii, Sobiesława

Zbigniew Buczkowski: Dzisiaj Janka na wesele bym zaprosił

2014-11-08 18:00:00 (ost. akt: 2014-11-08 17:57:58)

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

— Po roli w serialu „Dom” ludzie mówili do mnie na ulicy „panie Heniu”. Cieszyło mnie to i nie poprawiałem nikogo, że mam na imię Zbigniew — mówi aktor Zbigniew Buczkowski. Niedawno ukazała się jego autobiografia „Pisz pan książkę”.

— Panie Zbyszku, moja koleżanka z redakcji powiedziała, że zawsze wygląda pan tak samo i zawsze młodo! To sprawa genów czy ma pan jakichś na to sposób?
— (śmiech) To chyba sprawa genów, ponieważ mojej mamy babka żyła 102 lata. Zawsze miała się dobrze, a i moja mama zawsze świetnie się trzymała. Poza tym prowadzę sportowy tryb życia. To znaczy nie jestem sterylny — że tego czy tamtego nie jem. Jem to, na co mam ochotę. Ale dużo mam ze sportem do czynienia. Latem jeżdżę na rowerze, zimą na nartach. Czasami pójdę na siłownię, popływam…

— ...Zdobędę medale, jak złoty i srebrny podczas mistrzostw świata aktorów w pływaniu w Budapeszcie w 2002 roku.
— Wie pan, nie można ciągle zdobywać medali. Bo tak to już jest zapisane w naszym życiu, że kiedy człowiek jest młody i może, to powinien je zdobywać. Jednak, kiedy przychodzi odpowiedni czas, to trzeba oddać miejsce młodym.

— Wystąpił pan w ponad 200 filmach. Przygodę z teatrem też pan miał. Do tego nagrał pan płytę „Koło kina”, podróżuje pan po świecie z żoną, a w tym roku ukazała się pana autobiografia „Pisz pan książkę”, w której opowiada pan 40 historii z pańskiego życia, które wydarzyły się naprawdę. W którym momencie przyszło panu do głowy, żeby napisać książkę?
Zawsze uważałem, że my, aktorzy, powinniśmy być dla ludzi. A nie odwrotnie. Bo to wy nas oglądacie, lubicie nas albo nie, przyjmujecie nas w swoich domach.
— Wzięło się to chyba stąd, że opowiadałem ludziom, z którymi się spotykałem, różne anegdoty, wspomnienia. I reakcje były takie same: że mam fajne życie i powinienem to spisać. Ja bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Także dlatego, że jak coś opowiadam z mojego życia albo anegdotę z filmu, to ten ktoś również się odkrywa i też mówi fajne historie. Mam ulubionego sprzedawcę na bazarku w Piasecznie, bo czasami lubię zrobić zakupy mojej żonie. I pewnego razu opowiadałem zabawną historię związaną z filmem „Złote runo”. Pan Tadziu, czyli właściciel sklepiku z nabiałem, słuchał mnie z otwartą buzią. Zaczęła tworzyć się kolejka... I jedna z pań, która nie wiedziała, że tam jestem, zapytała: „A dlaczego pan nie sprzedaje?” A pan Tadziu na to: „Proszę pani, teraz pan Zbyszek opowiada. Na razie handlu nie ma”. Kurdę, pomyślałem. A później powiedziałem: „Panie Tadziu, dokończę następnym razem”. A on na to: „Pan to powinien napisać książkę”.

— Długo pan ją pisał?
— Rok. Nie tak długo. Jestem osobą, która jak wie, co chce zrobić, to bierze się za to na ostro. Oczywiście trzeba było poskładać to wszystko. Musiałem wziąć listę filmów, w których zagrałem, i przypomnieć sobie anegdoty. Bo przecież nie wpadłem na pomysł, żeby to zapisywać. I często, kiedy zasypiałem, coś mi się przypomniało. Wstawałem z łóżka, leciałem do pokoju i zapisywałem. Nawet teraz dużo rzeczy mi się przypomina, o których mógłbym opowiedzieć.

— Ukończył pan technikum elektryczno-mechaniczne.
— Bo mnie matka tam wysłała. Chciała, żeby chłopak miał zawód. Co miała zrobić wdowa po mężu, który zginął w katastrofie lotniczej, kiedy miałem osiem miesięcy, z trójką małych dzieci?

— Mieszkał pan w Warszawie obok wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej.
— Zapędy artystyczne miałem już w młodości. Śpiewałem. Kiedyś odwiedził nas w domu brat mojej ciotki Lucyny Szczepańskiej, przedwojennej diwy, nazywanej Słowikiem Warszawy. Wuj, Felicjan Szczepański, był piosenkarzem operetkowym. Wie pan, niezręcznie mi o tym mówić, ale chyba miałem fajny głos. Strasznie łatwo mi to przychodziło. Mama chciała, żebym zaśpiewał. Zaintonowałem „Mamma son tanto felice” Robertina Lorettiego. A wujo mówi do mamy: „Słuchaj, Zdzisia, nasza krew”. I faktycznie, gdybym nie mieszkał obok wytwórni, to nie wiem, jak to by się wszystko potoczyło.

— W tej wytwórni statystowała wasza sąsiadka. Pan też zaczął.
— Co tu dużo mówić. Była bieda. Chodziłem tam, bo zacząłem dostawać pieniądze. To był mój sposób na życie. Raz dostałem 150 złotych, raz 200 złotych. Dla takiego dziesięcioletniego szkraba to była kupa pieniędzy. Stówka do stówki, wie pan. Marzyłem o jaguarze, sportowym rowerze. Mercedes wśród jednośladów. I spełniło się to moje marzenie. Mama kupiła jaguara od sąsiada. I statystowałem do momentu aż trafiłem na próbne zdjęcia, które dzisiaj — nie wiem, dlaczego — nazywają się castingami, do filmu „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka.

— W tym filmie śpiewa pan swoją słynną piosenkę „Si bon, si bon”.
— Śmieję się, kiedy myślę o tym, jak to jedna pioseneczka może utorować drogę do kariery. Podczas próbnych zdjęć reżyser mówi do mnie: „Panie, niech pan powie tekst na wesoło i dramatycznie”. Dał mi wycinek z gazety o dwóch złodziejach, co to ukradli kasę pancerną i wywieźli ją gdzieś daleko. Namęczyli się z nią, otworzyli, a ona pusta. Mówię do niego: „Panie reżyserze, to jest jednocześnie dramatyczne i śmieszne”. I kazał mi zaśpiewać jakąś piosenkę. I przyszedł mi do głowy ten wakacyjny utwór. Zacząłem śpiewać i widzę, że reżyserowi gęba się śmieje. Myślę sobie: już jest dobrze. I obsadził mnie w roli kelnera. Zresztą, ta piosenka towarzyszyła mi przez długi czas. Miałem ksywę „Sibą”. Nie przeszkadzało mi to. Po roli w serialu „Dom” ludzie mówili do mnie na ulicy „panie Heniu”. Cieszyło mnie to i nie poprawiałem nikogo, że mam na imię Zbigniew. Zawsze uważałem, że my, aktorzy, powinniśmy być dla ludzi. A nie odwrotnie. Bo to wy nas oglądacie, lubicie nas albo nie, przyjmujecie nas w swoich domach. Jedna pani kiedyś do mnie powiedziała: „Panie Zbyszku, my to byśmy zjedli pana po kawałku, tak pana lubimy. Tylko niech pan nie gra takich ról”. Miała na myśli łobuzów. Uważam, że jeżeli aktor zagra bandziora, którego widz nienawidzi, to tylko chwała mu za to. A, niestety, niektóry widz tego nie rozumie i chce widzieć tylko miłego Henia z „Domu”.

— Odrzucał pan role zbirów?
— W którymś momencie nie przyjmowałem ról typów spod ciemnej gwiazdy. W jednym z filmów zagrałem nawet księdza, żeby przełamać stereotyp twardego i mocnego faceta. Ale wie pan, ciągle być takim miękkim lalusiem też nie jest dobrze. Aktor powinien umieć zagrać każdą rolę.

— W młodości chciał pan zostać lotnikiem. Jak tata.
— Miałem takie marzenie. Chciałem pojechać do szkoły lotniczej do Wrocławia. Mama jednak absolutnie mi tego zabroniła. Powiedziała: „Już jeden lotnik w domu był. Twój ojciec”.

— Chciałby pan zagrać pilota w jakimś filmie fabularnym?
— Oczywiście. W hołdzie mojemu ojcu, który był pilotem. Moja mama, niestety, już nie żyje. Ale była ze mnie dumna, kiedy obserwowała rozwój mojej kariery. Stwierdziła, że lotnika będę mógł sobie zagrać w filmie. Może kiedyś go zagram? Tylko widzi pan, takich filmów niestety dzisiaj się nie robi.

— Oddał pan już hołd tacie. W 2010 roku w Tuszynie w województwie łódzkim odsłonił pan pomnik pamięci kapitana Mariana Buczkowskiego, załodze i 12 pasażerów samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT, którzy zginęli w tym miejscu w 1951 roku.
— I wtedy spadł mi kamień z serca. Wszyscy tragicznie zmarli piloci mają gdzieś swoje pomniki, a ta katastrofa była zapomniana. Między 1945 a 1955 rokiem w archiwach nie było żadnej lotniczej katastrofy w Polsce! Została wykreślona z pamięci. Józio Wojtowicz, mój przyjaciel i emerytowany pilot, powiedział do mnie: „Wiesz, Zbyniu, ten twój ojciec patrzy na ciebie w niebie i na pewno jest z ciebie bardzo dumny”. To są dla mnie bardzo ważne słowa. Szkoda, że moja mama nie dożyła odsłonięcia tego pomnika.

— Przez lata grał pan w filmach, ale egzamin estradowy zdał pan eksternistycznie w 1986 roku. Pewnie po to, żeby stawki za role były większe?
— To były zupełnie inne czasy. Dzisiaj bierze się człowieka z ulicy, który za chwilę jest okrzyknięty gwiazdą. I najczęściej są to gwiazdy jednego serialu. A później jest tragedia. Bo ci młodzi ludzie się zapożyczają, kupują lepsze samochody czy mieszkania, a tu nagle ciach i do widzenia. W moim przypadku musiałem zdać egzamin aktorski, bo nie mogłem liczyć na większe stawki za role. Dzisiaj nikt nie wie, ile zarabia aktor. Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią, a poza tym nie możemy o tym mówić. Kiedyś była książka aktorska od A do Z. Zbigniew Buczkowski zarobił tyle. Roman Wilhemi miał 2500 tysiąca złotych za dzień, to najwyższa stawka była. Ja miałem 1500 zł, stawka ministerialna, a na swoim koncie miałem już ze 100 filmów. I wiceminister kultury powiedział, że jeżeli zdam egzamin, to wskoczę na najwyższą półkę. I w jeden dzień z półamatora stałem się zawodowcem. Dzisiaj tak nie jest, z drugiej strony mamy dużo zdolnych ludzi. A talent trzeba dostać od Boga.

— Stwierdza pan w autobiografii, że porzucił teatr, bo ciągnęło pana do filmu. Jest pan pierwszym aktorem, który otwarcie mi mówi, że teatr nie jest jego „życiem”.
— Bo taka była prawda, wie pan. I nie tylko ze mną tak było, ale także z Leonem Niemczykiem. Na początku grał w teatrze, a kiedy zaczął grać w filmach, to do teatru już nie wrócił. Mimo że miał mnóstwo propozycji. Z Leonem mieliśmy także propozycje wspólnych występów w teatrze. Nic z tego nie wyszło, bo albo Leon nie miał czasu albo ja. Oczywiście teatr to przyjemna praca, ponieważ jest kontakt z publicznością, która bije brawa. Tylko gorzej jest, jak ma pan inne zajęcia i wyjazdy. Do Bułgarii, Armenii, na Krym, do Moskwy. Nie można połączyć jednego z drugim. Janusz Rewiński powiedział mi, żebym się tym nie przejmował, bo do teatru zawsze mogę wrócić.

— A wróci pan do teatru?
— Nie zastrzegam się, że nie. Może sobie zagram? Jest taki plan, żeby pojeździć po Polsce z taką fajną sztuką czteroosobową. I może przyjadę z nią do Olsztyna. I wtedy pan do mnie przyjdzie i powie: „Panie Zbyszku, pamiętam, że pan nam to obiecał. To jestem ja, który z panem rozmawiałem”. I będzie fajnie!

— Jedną z historii, jaka została na dłużej w mojej głowie z pańskiej autobiografii, to fakt, że nie zaprosił pan Jana Himilsbacha na swoje wesele. Ma pan jeszcze wyrzuty sumienia, że zabrakło przyjaciela na jednym z najważniejszych wydarzeń w pańskim życiu?
— Nie mam dzisiaj tych wyrzutów. Janek powiedział do mnie, żebym zaprosił go na poweselną wódkę. Zaprosiłem i się zrehabilitowałem. Powiem panu, że o takich rzeczach z przeszłości nie myślę. Oczywiście dzisiaj Janka bym zaprosił i niczym bym się nie przejmował. A wtedy byłem taki młody żonkoś. Obawiałem się, że narozrabia. I kiedy Janek przyszedł do mnie na tę poweselną wódkę, to zachował się elegancko. Wypił dwie lufy i podziękował grzecznie, co było dla mnie zaskoczeniem. Tak, jakby chciał mi udowodnić, że tak samo by się zachował na moim weselu. Janek z powodu tego braku zaproszenia na nasze wesele nigdy nie miał do mnie pretensji. Do końca życia mówił do mnie „Sibą”. I to między innymi on ciągnął mnie do tego, żebym zdobył dyplom. Był moim przyjacielem.

Mateusz Przyborowski

O nim
Zbigniew Buczkowski urodził się 20 marca 1951 roku w Warszawie. Przez wielu uznawany jest za najlepszy przykład aktora "naturszczyka". Wystąpił w ponad 300 filmach, m.in. Dziewczyny do wzięcia", "Złote Runo", "Porno", "Dzień świra", "Pan Kleks w kosmosie", "Smażalnia story" i serialach, m.in. "Dom", "Graczykowie", "Barwy szczęścia", "Święta wojna", "Alternatywy 4". W latach 1983-1985 był aktorem Teatru Komedii w Warszawie.
Źródło: Filmweb.pl
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB