Niedziela, 8 grudnia 2019. Imieniny Delfiny, Marii, Wirginiusza

Nie ma możliwości, żebym się ukrył na ulicy

2014-11-08 14:40:00 (ost. akt: 2014-11-08 14:34:49)

Autor zdjęcia: Albert Pabijanek

— Faktem niezaprzeczalnym jest to, że lepiej być artystą rozpoznawalnym medialnie niż anonimowym — mówi Piotrem Rogucki. Z wokalistą zespołu Coma, rozmawiamy o wąsach, różowych crocsach i innych elementach medialnego świata.

— Piotrze, niedługo zawitacie do Olsztyna. Zagracie materiał z nowej-starej płyty. Skąd pomysł na drugie „Pierwsze wyjście z mroku”?
— Po pierwsze jest okazja: mija 10 lat od naszego najważniejszego, bo pierwszego i bardzo mocno wyczekiwanego wydawnictwa. Jako zespół czekaliśmy 5 lat, by móc tę płytę uwolnić publicznie w całym kraju... Drugi powód jest taki, że przygotowujemy nowy materiał, który jeszcze nie ujrzał światła dziennego i pewnie nie ujrzy również w przyszłym roku, a zawsze w oczekiwaniu na nową płytę szukamy jakiegoś pomysłu na trasę koncertową. Kiedy jest nowy materiał — ludzie przychodzą słuchać nowych kawałków. Kiedy jest okres przygotowawczy ― trzeba wymyślić coś dla fanów. Były koncerty akustyczne, koncerty z orkiestrą symfoniczną... Za każdym razem chcemy zrobić coś, żeby ludzie poczuli się docenieni.

— Czyli powiązana z trasą nowa-stara płyta, którą wydaliście w ten poniedziałek to nie odcinanie kuponów, a ukłon w stronę fanów? Macie na tyle silną markę, że możecie sobie pozwolić na takie szaleństwa jak internetowe DVD za 9 zł?
Nikt nie pomoże młodym zespołom, jeżeli same sobie nie pomogą. Nie ma u nas alternatywnych rozgłośni radiowych, których w Wielkiej Brytanii jest całe mnóstwo, ambitniejsza muzyka pojawia się tylko w programach autorskich o 2 w nocy.
— To ukłon w stronę fana, który lubi sobie ponarzekać, a mamy takich fanów, którzy narzekają bez względu na to czy płyty wydajemy, czy nie wydajemy. Ostatnio spotkałem się z takimi utyskiwaniami, że wydaliśmy płytę symfoniczną czy koncertową tylko po to, by zarabiać grube pieniądze. Dementuję te fakty: nawet tak duże zespoły jak zespół Coma na sprzedaży płyt nadal nie zarabiają. Stwierdziliśmy więc, że skoro uwolniliśmy się od jakichś tam zobowiązań z wytwórniami, to możemy zrobić materiał, który nie będzie miał wyrazu zarobkowego. Chcieliśmy to zrobić całkowicie za darmo, ale okazało się, że nie ma takiej możliwości ― stąd te symboliczne 9 zł. Swoje zrobiły koszta produkcji, transferu danych i ZAiKS-u, których nie dało się ominąć.

— Cofnijmy się nieco w czasie. 2003 rok, Coma jest na chwilę przed debiutem i eksplozją popularności. W Olsztynie młody student, Piotr Rogucki, z gitarą, solo, kameralnie wykonuje swój utwór na zamkowym dziedzińcu… Nie tęsknisz do tych przedmedialnych czasów?
— Ta eksplozja popularności to za dużo powiedziane... Może tak to wygląda z perspektywy lat, ale wychodziliśmy z tego mroku tak naprawdę jeszcze przez 4-5 lat po debiucie. Przez pierwsze dwa lata graliśmy nie dla kilkuset osób, a dla kilkudziesięciu i nie za pieniądze, a za darmo, ewentualnie za piwo albo zwrot kosztów. Dopiero rok po roku setki zagranych koncertów ukształtowały naszą renomę jako dobrego koncertowego zespołu... Festiwal w Olsztynie to było takie ukoronowanie mojej działalności solowej, bo od 1998 roku grałem sam z gitarą na festiwalach poezji śpiewanej, którą rozpatrywałem przez pryzmat właśnie Spotkań Zamkowych w Olsztynie i festiwalu w Krakowie. Nie ukrywam, że sam występ na Spotkaniach Zamkowych był wtedy jednym z moich największych marzeń, tymczasem udało mi się zająć pierwsze miejsce.
Do przedmedialnych czasów nie tęsknię, bo prowadzę również inne aktywności, alternatywne dla Comy. Gram utwory z solowej działalności, sięgam też po te z okresu fascynacji poezją śpiewaną, także ten czas, tamten czas, tak naprawdę dla mnie nie minął...

— No tak, ale czy dziś anonimowość na ulicy w twoim przypadku jest jeszcze w ogóle możliwa?
— No, niestety po wkroczeniu do gwardii polsatowskiej ― nie. Od roku nie ma możliwości, żebym się ukrył na ulicy.

— Kiedyś sprzeciwiałeś się takim programom, długo opierałeś się przed udziałem w nich... A jednak...
— Zadecydowały kwestie typowo utylitarne. Najzwyczajniej w świecie straciliśmy jako zespół zainteresowanie ze strony mediów. Nie byliśmy w stanie za pomocą własnych środków dotrzeć do fanów z informacją o tym, że wydarzają się nowe rzeczy, a już na pewno nie byliśmy w stanie zainteresować nowych fanów swoim wizerunkiem, bo ten wizerunek nigdzie nie istniał. Jesteśmy zespołem, który nie za często pojawia się w publicznych rozgłośniach, telewizja już muzyki nie puszcza... Stwierdziłem, że to może być jakaś metoda. Okazuje się, że miałem rację, bo od roku obserwujemy wzmożoną aktywność na naszych koncertach. To jest cena, jaką się płaci, jeśli chce się robić swoje i chce się tym dzielić z ludźmi. Faktem niezaprzeczalnym jest to, że lepiej być artystą rozpoznawalnym medialnie niż anonimowym. Bo efektem romantycznego okresu tworzenia, natchnienia, kreowania, jest produkt, lepszy, gorszy, bardziej natchniony albo mniej, który ostatecznie trzeba sprzedać.

— To forma promocji także, a może przede wszystkim, dla zespołów, które się tam pokazują. Wy zdobyliście popularność w odmienny, oddolny sposób, koncertując. Takie programy mają sens?
— W tych czasach jak najbardziej mają. Tak naprawdę nikt nie pomoże młodym zespołom, jeżeli same sobie nie pomogą. Nie ma u nas alternatywnych rozgłośni radiowych, których w Wielkiej Brytanii jest całe mnóstwo, ambitniejsza muzyka pojawia się tylko w programach autorskich o 2 w nocy. Nie ma undergroundowego ruchu muzycznego... Nawet offowe festiwale, które mienią się odkrywcami niezależnych trendów, typu Off czy Opener, podejmują się niecnych praktyk z poziomu wielkich korporacji ― działają przede wszystkim na swoje konto. Młode zespoły muszą pokazać się ludziom. Samo granie koncertów nie wystarczy. Możesz rozwiesić 50 tys. plakatów na mieście, ale ludzie, którzy nie wiedzą, co grasz, nie przyjdą na twój koncert. Telewizja pozwala do nich dotrzeć.

— Mówiłeś kiedyś, że udział w Must Be The Music to część pewnego planu. Czy wąsy, które zapuściłeś i crocsy (piankowe klapki ogrodowe ― red.), w których występujesz na scenie to część tego samego planu? To taka prowokacja a la Freddie Mercury?
— Tak naprawdę trochę opisuję całym swoim zachowaniem nawyki publiczności, które mnie niezmiennie dziwią. Niektórzy są w stanie odkryć, że ironicznie naśmiewam się i bawię tym, jak ludzie traktują show-biznes. Dla wielu liczy się to, co jest powierzchowne. Ta moja zabawa w wąsy i te różowe crocsy pozwala mi oddzielać tych ludzi, dla których jest istotne to, co ja robię naprawdę, to, co jest dla mnie rzeczywiście ważne, od tych, którzy lawirują na poziomie odcyfrowywania powierzchownych, prowokacyjnych, tak naprawdę nieistotnych znaków. Ludzie, którzy zachwycają się, albo oburzają tego typu kwestiami, obnażają się jako ci, którzy dają się złapać w pułapkę marketingowego chwytu, w pułapkę mass-mediów. Tacy ludzie, którzy komentują na Facebooku zachowanie jurorów w Must Be The Music, zamiast skoncentrować się na przykład na tym, że w poprzedniej edycji zagrał niesamowicie utalentowany zespół Straight Jack Cat, określają się sami. Z jednej strony uczestniczę w show-biznesie, z drugiej — staram się obnażać jego złudne prawa. Ludzie mają swobodę, mogą wydostać się z tego uwikłania, ale często nie mają ochoty dowiadywać się, jak jest w rzeczywistości i wolą żyć w tej ułudzie i wierzyć, że jeśli Rogucki pokłócił się z Korą, to stało się to naprawdę, a nie dlatego, że tak jest w scenariuszu dlatego, żeby brukowe media miały o czym pisać, co zwiększy oglądalność. Cały ten medialny, komercyjny świat opiera się na pewnego rodzaju fikcji, mirażu, złudzeniu.

— A nie jest to pewna wojna wydana hejterom? Taki pokaz niezależności: Mogę być, jaki sobie chcę. Jestem dla siebie, nie pod wasze dyktando.
— Te wszelkie obraźliwe komentarze w internecie nie mają dla mnie znaczenia. Jeśli na naszym facebookowym profilu zdarzają się takie sytuacje zwyczajnie banujemy takich ludzi. Fanpage nie jest po to, żeby zbierać obrzydlistwa i wulgaryzmy, tylko po to, żeby gościć ludzi, którzy rozumieją nasz sposób bycia. Ale nie mam zamiaru wywoływać wojny. Jestem raczej obserwatorem niż czynnym uczestnikiem wydarzeń, które bywalców internetu interesują. Pozycja hejtera, czy też internetowego trolla z góry skazana jest na porażkę, ci ludzie z definicji są nieszczęśliwi.

— Dlaczego Coma tak dzieli ludzi? Nie brakuje wam fanów, w Polskim Topie Wszech Czasów byliście najwyżej sklasyfikowanym zespołem z debiutem po 2000 roku (19 miejsce — red.), ale też na profilu facebookowym Trójki pod waszym utworem wylało się morze jadu...
— Nie wiem, naprawdę nie wiem (śmiech). Tacy ludzie chyba wychodzą z założenia, że nie zasługujemy na swoją pozycję, że to, co robimy, oni zrobiliby lepiej od nas... Bezapelacyjnie jednak dochodzę do wniosku, że ci, którzy nas tak hejtują, również są naszymi fanami. Poświęcają nam swój czas, piszą obszerne komentarze na nasz temat, jesteśmy dla nich bardzo ważni. Być może poświęcają nam nawet więcej energii niż nasi fani (śmiech).

— A może twoje trudne, zmetaforyzowane teksty są dla niektórych za trudne? Na przykład „Los cebula i krokodyle łzy”. Jak ten absurdalny zestaw interpretować?
— Nie uważam, że to absurdalny zestaw. To raczej zestaw pobudzający wyobraźnię. A ponadto uważam, że tekst “Los cebula…” jest bardzo prosty w przekazie, dziwi mnie, że mógł ci sprawić trudność. Tu znowu w miejscu rozmowy o tekście powstaje podział na tych, którzy traktują tę materię naszej twórczości powierzchownie i wolą dostać kawę na ławę, banalne hasła i wytarte klisze, i na tych, którzy wiedzą, że istnieje pewna głębia, podskórna tkanka we wszystkim co robimy. Moje teksty są dla tych, którzy nie boją się sami wykonać nad nimi pracy. Wymagają posiadania pewnego warsztatu, często odnoszą do innych tekstów, by się z nimi polubić trzeba mieć pewną wiedzę, ale nie tylko. Trzeba mieć predyspozycje do zgłębiania treści, najpierw jednak życzliwość, chęć poznania mojego oglądu rzeczy, potrzebę uważnego słuchania. Miałem kiedyś taki przypadek, że przyszła dziewczyna, robiła ze mną wywiad i powiedziała „Podobno pan jest grafomanem...”, gdy zapytałem ją o definicję tego słowa ― nie potrafiła powiedzieć, co ono oznacza.

— Wydaje mi się, że pewien warsztat posiadam, ale „Los cebuli” nie rozgryzłem.
— No, to bardzo mi przykro, bo jeżeli utrzymujesz że masz pewien warsztat, to jednak źle świadczy o tobie. Z drugiej jednak strony z tekstami jest trochę jak z zamkniętym domem: jeśli nie masz do niego kluczy, to będziesz musiał sterczeć przed drzwiami. Widocznie nie masz kluczy do tego tekstu.

— „Spodziewam się, że po tym, co wydam razem z Comą oraz mojej solowej płycie stracimy mnóstwo fanów” — powiedziałeś w jednym z ostatnich wywiadów. Kolejna płyta będzie próbą wytrzymałości i elastyczności publiczności?
— Cały czas pytasz o publiczność... Myślę, że kładziesz na to zbyt duży nacisk. To nie jest temat, który spędza mi sen z powiek. Nie tworzę z myślą o tym, jak zostanie odebrane to, co robię, tworzę z myślą o temacie, który mam do zrealizowania. Dla mnie najistotniejsze jest to, co robię i jak to robię. Tak naprawdę nie dla fanów. Są mi potrzebni, żeby spotkać się, żeby nabrać energii, żeby zrozumieć, w jakim miejscu jestem, jak ewoluuje moja osoba jako twórcy i sama twórczość. Ważne jest miejsce, w którym się znajduję i miejsce, w którym znaleźć się może każdy, kto będzie spełniał kryteria, o których rozmawialiśmy: życzliwość, predyspozycje i doświadczenie. Jeśli wykonałem rzetelną pracę artystyczną, w zgodzie z samym sobą, to zawsze znajdą się fajni ludzie, którzy będą się chcieli z tym zidentyfikować.

Łukasz Wieliczko

O NIM
Piotr Rogucki urodził się 5 maja 1978 w Łodzi, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, od 1998 roku wokalista łódzkiego zespołu rockowego Coma. Karierę sceniczną rozpoczął występując z autorskim programem na przeglądach i festiwalach poezji śpiewanej. Solową działalność kontynuuje w ramach projektu „Loki — wizja dźwięku”. Występuje również jako aktor. Zagrał m.in. w filmach „Skrzydlate świnie” oraz „Miasto 44”, a także serialach „Trzeci oficer” i „Czas honoru”. Od 2014 pełni funkcję jurora w talent show telewizji Polsat – „Must Be the Music. Tylko muzyka”.

W poniedziałek, 3 listopada, Coma wydała koncertowe DVD z zapisem jubileuszowego koncertu z Jarocina, na którym muzycy w całości odgrywają swój pierwszy album — „Pierwsze wyjście z mroku”. W ramach kontynuacji tej formuły 14 listopada zespół wystąpi olsztyńskim klubie Andergrant.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. munio #1539592 | 188.33.*.* 9 lis 2014 22:39

    fajne wąsy

    ! - + odpowiedz na ten komentarz