Wtorek, 15 października 2019. Imieniny Jadwigi, Leonarda, Teresy

Paparazzi nie chcą mnie śledzić

2014-10-28 12:08:40 (ost. akt: 2014-10-28 12:14:36)

Autor zdjęcia: arch. prywatne

— Cieszę się z tego, co zdarzyło się do tej pory, ale to mnie nie satysfakcjonuje. Chciałbym więcej — mówi aktor Marcin Korcz. Rozmawiamy z nim o debiucie na dużym ekranie, prywatności i ciamajdowatym Dagmarze z serialu "Przyjaciółki".

— Przystojny, młody i do tego aktor. Zauważa pan wyjątkowe zainteresowanie kobiet swoją osobą?
— Przede wszystkim zauważam płeć przeciwną (śmiech). Ale jeśli chodzi o zainteresowanie z ich strony, to niespecjalnie o to zabiegam. Zresztą mój zawód sam w sobie nie uwodzi. Nie jestem aż tak rozpoznawalnym aktorem, przynajmniej nie w zagonionej i wciąż spieszącej gdzieś Warszawie, w której mieszkam.
Każdy bohater jest po części mną. Każdemu z nich oddałem jakąś cząstkę siebie. Jeśli jednak miałbym wskazać tę jedyną, najbliższą mojej osobie rolę, to wskazałbym Kazika, co Deyną chciał być…

— Czy jest takie miejsce, do którego chce pan zawsze wracać?
— Dom rodzinny. Rodzice, siostra, babcia, psiak, kominek, las za oknem. To taka oaza ciepła, spokoju, wyciszenia, miłości.

— Jedną z form odpoczynku są dla pana wakacje po żaglami.
— Wiadomo. Chociaż w tym roku zdradziłem żagle na rzecz windsurfingu. Świetny sport. Żałuję, że tak późno go zasmakowałem. No i Półwysep Helski... jedna wielka impreza.

— Nie ma pana na okładach prasy plotkarskiej. Chroni pan swoją prywatność?
— Kamery paparazzich niespecjalnie chcą mnie śledzić (śmiech). Ale nie mam nic przeciwko, żeby tak zostało. Po co komu wiedzieć, w jakich majtkach przyszedłem dziś do pracy…

— O tym, że zostanie pan aktorem, zdecydował pan jeszcze w liceum. To prawda?
— Do drugiej klasy byłem przekonany, że moja przyszłość będzie związana z matematyką. Zbieg okoliczności sprawił, że stało się inaczej.

— To znaczy?
— Pojechaliśmy z klasą do Teatru Stu w Krakowie na przedstawienie „Wszyscyśmy z jednego szynela” Rafała Kmity. Nie pamiętam już, o czym było przedstawienie, ale wiem, że wyszedłem z niego absolutnie oczarowany, z jedną myślą w głowie: — Ja też chcę się tak „wygłupiać” jak oni. Następnego dnia, wchodząc do szkoły, zobaczyłem plakat informujący o kursach przygotowujących do egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej. Odebrałem to jako znak! Pojechałem się sprawdzić i… tak już zostało.

— Czy z którąś z dotychczas zagranych ról jakoś szczególnie się pan utożsamia?
— Z każdą, bo każdy bohater jest po części mną. Każdemu z nich oddałem jakąś cząstkę siebie. Jeśli jednak miałbym wskazać tę jedyną, najbliższą mojej osobie rolę, to wskazałbym Kazika, co Deyną chciał być…

— Dlaczego?
— Bo tak (śmiech).

— Co oznacza tatuaż na Pana przedramieniu?
— Nie mam tatuażu. Był on każdorazowo malowany podczas zdjęć do „Pierwszej miłości”.

— No właśnie, dużo gra pan w serialach. Czy grając w nich, można się czegoś nauczyć?
— Dużo się nauczyłem w „Pierwszej miłości”. Między innymi szybkiego zapamiętywania tekstu, bycia elastycznym. Ale przede wszystkim pozbyłem się napięcia, które do tej pory nieodzownie pojawiało się po komendach: — Kamera! Akcja! Przy tak natężonej pracy nie można pozwolić sobie na marnowanie energii na niepotrzebny stres. Zresztą zwyczajnie nie ma na to czasu.

— Pamięta pan jakąś ciekawą historię z planu filmowego?
— Dużą frajdę sprawia mi praca na planie serialu „Przyjaciółki”. Aura, jaka roztacza się wokół ciamajdowatego Dagmara, często powoduje liczne perturbacje. A to podczas ostatniego dubla, wbiegając do gabinetu, zahaczę garniturem o klamkę, rozrywając przy tym oczywiście pół rękawa. Albo skacząc na piłce w trakcie ujęcia, nagle słychać „krrryt” i... ni stąd ni zowąd pojawia się półgodzinna obsuwa, bo trzeba zszyć rozprute na tyłku spodnie, a potem kolejna, bo trzeba zdusić śmiech Anity Sokołowskiej (śmiech).

— Marzy pan o jakieś roli?
— Uwielbiam „Debiutantów” Mike’a Millsa. Ze względu na rodzaj poetyki tego obrazu. Byłoby pięknie móc kiedyś zagrać w filmie tego pana. A jeśli jeszcze przez plan zdjęciowy przewinąłby się Ralph Fiennes...?

— Planuje pan przyszłość?
— Tę najbliższą — tak. Bo wiadomo, pasje trzeba realizować.

— A tę dalszą?
— To jest jeden z minusów mojego zawodu — absolutny brak stabilizacji, który przekłada się na pewną bezradność w planowaniu długoterminowym.

— Gdy film „Być jak Kazimierz Deyna” z panem w roli głównej wchodził do kin, mówił pan, że nie mógł spać przez kilka dni. Dlaczego?
— Film był moim debiutem, a debiut, jak wiadomo, jest bardzo emocjonujący. Zdajesz sobie sprawę, że twoje pierwsze dzieło zaraz ujrzy światło dziennie. W dodatku bezpośrednio wiąże się to z akcją promocyjną: udzielaniem wywiadów, pojawianiem się w programach śniadaniowych. Dla kogoś, kto nie ma w tej materii doświadczenia, jest to stresujące.

— Krytykuje pan czasem siebie?
— Po premierze filmu "Miasto 44" pomyślałem sobie (odnośnie epizodu, w którym zagrałem oficera żandarmerii): — Kurde, no. Całkiem elegancko to wyszło! To był pierwszy raz, kiedy zaakceptowałem to, co zobaczyłem na ekranie. Generalnie oceniam się bardzo krytycznie. Analizuję, co nie wyszło, co mogłem zrobić inaczej, gdzie nie wybrzmiał założony temat. Przeważnie mam wtedy zawodowego kaca.

— Po lekturze jednego z wywiadów zauważyłam, że jest pan nieśmiały. Czy w show biznesie jest na to miejsce?
— Wiele osób ma swój patent na przebijanie się. Ja wciąż wierzę, że uczciwość i rzetelność wystarczy.

— Jest pan młodym aktorem i jeszcze dużo przed panem. Jak ocenia pan swoją dotychczasową karierę?
— Fajno jest. Ale zawsze może być lepiej. Cieszę się z tego, co zdarzyło się do tej pory, ale to na pewno mnie nie satysfakcjonuje. Chciałbym więcej. I mam nadzieję, że przyszłość mi to umożliwi.

— Czy odrzucił pan którąś z propozycji?
— Odrzuciłem.

— Nie bał się pan?
— Zaufałem intuicji i odrzuciłem. Później bałem się, że być może karoca już nie podjedzie, bo z założenia pojawia się tylko raz… Na szczęście zawsze można iść na piechotę, albo złapać inny powóz (śmiech). Z perspektywy czasu niektórych decyzji żałuję. Ponieważ jednak to już się stało, to nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Trzeba iść dalej. Albo jechać.

Weronika Makar

Marcin Korcz urodził się 15 listopada 1986 w Libiążu. W 2009 roku ukończył Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi. Najbardziej znany z roli Michała Kercza w serialu "Rodzina zastępcza" oraz roli Szymona Kmiecińskiego w serialu "Pierwsza miłość". Grał również m.in. w serialach "Przyjaciółki", "Ratownicy", "Rezydencja" i "Hotel 52". W 2012 r. zagrał w filmie fabularnym "Być jak Kazimierz Deyna", co było jego debiutem na dużym ekranie. Gra również w Teatrze Jaracza w Łodzi.
Źródło: Wikipedia

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. janina #1528454 | 81.190.*.* 31 paź 2014 17:27

    a taki sobie cyli wielki ar ty sta

    ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. observer #1524293 | 95.160.*.* 28 paź 2014 15:12

      Kto to jest?

      ! - + odpowiedz na ten komentarz