środa, 21 listopada 2018. Imieniny Janusza, Marii, Reginy

Nie ruszajmy na Niemców z szabelką

2014-10-11 14:37:45 (ost. akt: 2014-10-11 16:13:30)
Tomaszewski broni strzał z rzutu karnego Uliego Hoenessa podczas mistrzostw świata w 1974 roku

Tomaszewski broni strzał z rzutu karnego Uliego Hoenessa podczas mistrzostw świata w 1974 roku

— Jeśli pójdziemy z Niemcami na wymianę ciosów, to nam walną „piątkę” i będzie po zabawie. Musimy zagrać jak Argentyńczycy w finale mundialu, którzy wyszli praktycznie w ustawieniu z bramkarzem, dziewięcioma obrońcami i jednym napastnikiem — z legendarnym bramkarzem Janem Tomaszewskim rozmawiamy o sobotnim meczu Polska-Niemcy.

— ,,W Polsce bez zmian, jak zawsze dupę ratują nam bramkarze" — to pana słowa o reprezentacji Polski. W sobotę też tak będzie?

— Wie pan, chciałbym żeby w sobotę nasza drużyna po prostu rywalizowała z najlepszą drużyną świata. Ta konfrontacja jest potrzebna przede wszystkim w kontekście tego, co wydarzy się kilka dni później, bo dla nas meczem roku jest spotkanie ze Szkocją, a nie z Niemcami. Jeśli myślimy o wyjściu z grupy, musimy realnie spoglądać na wyjście z drugiego miejsca, a nie z pierwszego. Już po losowaniu powiedziałem, że życzę Niemcom, żeby wszystkie mecze wygrali po 5:0, a z nami niech jeden mecz zremisują i będzie kwita. 


Ta konfrontacja jest potrzebna przede wszystkim w kontekście tego, co wydarzy się kilka dni później, bo dla nas meczem roku jest spotkanie ze Szkocją, a nie z Niemcami.

— No, ale przecież nasi piłkarze nie mogą położyć się przed nimi plackiem.

— A kto tu mówi o leżeniu plackiem, po prostu jest taktyka, która polega na tym, że albo gra się ofensywnie, albo defensywnie. My w tym meczu nie możemy wziąć szabelki w dłoń — Jan Tomaszewski z Dino Zoffem podczas losowania Euro 2012jak to często bywa nawet u nas w polityce — i nią machać, tylko musimy zagrać taktycznie. Jeśli pójdziemy na wymianę ciosów, to nam walną „piątkę” i będzie po zabawie. Musimy zagrać jak Argentyńczycy w finale mundialu, którzy wyszli praktycznie w ustawieniu z bramkarzem, dziewięcioma obrońcami i jednym napastnikiem. Wszyscy pamiętają tamten mecz, to był antyfutbol, ale my też musimy zagrać na Stadionie Narodowym antyfutbol. Potrzeba nam wyrachowania, bo do tego zmusza nas sytuacja w grupie. Gdybyśmy w pierwszym meczu grali ze Szkocją, a w drugim z Niemcami, to w obu powinniśmy iść na całość. A tak co z tego, że pójdziemy na całość z Niemcami i nie daj Boże przegramy 2:1 po pięknej grze, dając z siebie 300 proc., jak później zabraknie nam pary w najważniejszym meczu. Życzę naszym piłkarzom, żeby zagrali przeciwko Niemcom fenomenalnie dopiero podczas mistrzostw Europy we Francji. 



— Dlaczego nigdy nie potrafiliśmy wygrać z Niemcami? A graliśmy z nimi 18 razy.


Rozmowę przeprowadził: Rafał Bieńkowski



— Przegrywaliśmy, bo zawsze byli po prostu lepsi od nas, jeśli chodzi o organizację gry, boiskową kindersztubę, podejście do pracy. Tak było zawsze. Podejmowaliśmy z nimi często równorzędną walkę tylko dlatego, że mieliśmy akurat lepsze talenty, ale my przede wszystkim byliśmy samoukami. A Niemcy zawsze wszystko mieli poukładane. Świadczy o tym fakt, że kilkanaście lat temu dotknął ich kryzys i od razu kompletnie zmienili system szkolenia. Teraz w każdej niemieckiej drużynie, zaczynając od Bayernu Monachium, a kończąc na ostatniej drużynie w lidze, jest zatrzęsienie utalentowanych nastolatków. Trener Niemców ma taki mętlik w głowie, że na finałach mistrzostw świata taki żółtodzioby jak Schurrle i Goetze wygrali mu finał z Argentyną. U nas tego systemu nie ma, dopiero rusza. Jestem jednak przekonany, że za mniej więcej pięć lat przyjdą wyniki, bo nasze dzieci są zdolniejsze niż te niemieckie. 



— Przy okazji meczu kibice wracają do spotkania rozegranego przeciwko RFN podczas MŚ 1974 w roku. Tamta minimalna porażka w półfinale była najbardziej bolesna w pana karierze?
— Nie, to był wspaniały mecz. Łącznie w swojej karierze zagrałem trzy mecze przeciwko nim: dwa przegrałem, jeden zremisowałem. Ale wszystkie były dla mnie kluczowe. Pierwszy był najważniejszym w życiu (w 1971 r. Tomaszewski debiutował w meczu przeciwko RFN — red.), bo po tym meczu byłem najpopularniejszym człowiekiem w Polsce: pół kraju chciało mnie powiesić, a drugie pół wygnać na banicję. Wtedy my, Polaczki, średni zespół, graliśmy z RFN na Stadionie Dziesięciolecia i była istna psychoza: ,,musimy wygrać, trzeba zrewanżować się za wojnę!". Prowadząc w meczu po golu Roberta Gadochy, zamiast zagrać po cwaniacku, to myśmy z szabelką ruszyli do przodu. Dostaliśmy tak po karku, że skończyło się porażką 3:1. To był mój najważniejszy mecz życia, bo według fachowców powinienem zakończyć karierę, ale ja pokazałem im jednak, że tak nie jest. No i wróciłem do reprezentacji na 60 spotkań. 



— Ten najsłynniejszy mecz przeciwko nim rozegrał pan jednak we Frankfurcie, kiedy graliście podczas potężnej ulewy.

— Przypomnę, że pojechaliśmy na tamte mistrzostwa, żeby zagrać trzy mecze i z podkulonym ogonem wrócić do kraju. Do meczu z Niemcami wygraliśmy jednak pięć spotkań i staliśmy się godnym rywalem gospodarzy. Najważniejsze, że po tamtym meczu to piłkarze RFN wyrażali się w samych superlatywach o nas i nawet oni powtarzali, ,,co by było, gdyby". Ja od razu uciąłem to mówiąc: ,,a co, oni grali na suchym?". Też grali na mokrym, byli lepsi, strzeli nam bramkę. Taki mecz rozgrywa się jednak raz w życiu. Przegraliśmy go, ale dostaliśmy po nim więcej telegramów gratulacyjnych z Polski — bo wtedy nie było komórek, ani maili — niż przez pięć wcześniej wygranych spotkań. 



— Gdyby to od pana wówczas zależało, ten mecz odbyłby się w takich warunkach?

— Nie było takiej możliwości chociażby ze względów logistycznych. Po meczu jednak potrafiliśmy pozbierać się i ograliśmy w meczu o trzecie miejsce Brazylię.



— Mecz na wodzie był chyba jedynym, kiedy graliśmy lepiej od Niemców. 
Mimo porażki.
— Mieliśmy grę opartą na skrzydłach, czyli na grze Gadochy i Lato. Tylko że na tym boisku oni mogli tę swoją szybkość w buty włożyć, bo piłka zatrzymywała się w wodzie. A Niemcy zagrali taktycznie, przecież słynny Franz Beckenbauer chyba nawet raz nie przekroczył środka boiska. Bo nie musiał. Jednej tylko rzeczy nie mogę zapomnieć po tym meczu naszym władzom państwowym. Pół roku później był obchodzony okrągły jubileusz niemieckiej federacji futbolu. Zaproszono naszą reprezentację na rozegranie specjalnego meczu, ale nasze władze powiedziały: Nie. Nie mogę tego zrozumieć, bo Niemcy chcieli dać nam taką satysfakcję po tym wodnym meczu we Frankfurcie. Po odmowie zaproszono na jubileusz Holendrów.



— Po obronieniu we Frankfurcie rzutu karnego Uliego Hoenessa nie miał pan myśli, że tego meczu nie możecie już przegrać?

— Tego meczu nie sposób było wygrać. A przypomnę, że RFN wystarczył remis. Gdyby taki nas również urządzał, jestem przekonany, że nie doszłoby nawet do tego karnego. Na tym boisku nie można było strzelić bramki, a jednak okazało się, że w końcu Gerd Mueller trafił, miał na mnie abonament. Trzeba docenić zwycięzców. Kazimierz Górski powiedział nam, żeby każdy z nas po zejściu z boiska zadał sobie pytanie, czy zrobiłem wszystko, żeby to spotkanie wygrać. Myślę, że dziesiątka zawodników zrobiła wszystko, żeby tak się stało. 



— Dziesiątka?

— Wydaje mi się, że Robert Gadocha nie był dobrze przygotowany do tamtego meczu. Dlatego tak naprawdę graliśmy we Frankfurcie w dziesiątkę. 


— Wspomniał pan o Gerdzie Mullerze. Zły omen jest taki, że dziś też zagra w niemieckiej kadrze Mueller, tyle że Thomas.

— Tamten był nie tylko moją zmorą, bo był najlepszym snajperem świata. Cały futbolowy świat wiedział, że groźny jest tylko w polu karnym, bo chyba nigdy nie strzelił gola zza 16 metrów. No i co z tego, skoro był z niego taki skurczybyk, który potrafił urwać się kilku obrońcom i trafić do bramki. On nawet jak leżał już na boisku, to strzelał bramkę, jak siedział to samo. Taki król pola karnego rodzi się jednak raz na wiele lat.



— Warto wrócić też do Uliego Hoenessa, który nie potrafił pokonać pana z rzutu karnego. Jemu akurat życie potoczyło się fatalnie, został skazany na 3,5 roku bezwzględnego więzienia za oszustwa podatkowe.

— Sam przyznał się do tego po wielu latach i poddał karze. Swojego czasu zaapelowałem nawet do kanclerz Angeli Merkel, żeby go ułaskawiła, ponieważ nikt go nie złapał za rękę, tylko sam się przyznał. Zachował się jak sportowiec, przegrał z honorem. Trzymam za niego kciuki, żeby powiodło mu się w życiu, tak samo jak i Gerdowi Mullerowi, który miał pewne życiowe zakręty, poszedł w tzw. długą spirytusową. Ale koledzy pomogli mu i pracuje dziś w Bayernie Monachium. Zyskał nowe życie.



O nim

Jan Tomaszewski urodził się 9 stycznia 1948 roku we Wrocławiu. Bramkarz, trener, publicysta sportowy, wielokrotny reprezentant Polski medalista olimpijski, poseł. Stał się symbolem meczu eliminacyjnego z Anglią rozgrywanym 17 października 1973 r. na stadionie Wembley. Nazwany przed meczem przez angielskiego trenera Briana Clough clownem, Tomaszewski bronił skutecznie, przepuszczając w meczu tylko strzał oddany przez Allana Clarke’a z rzutu karnego. Zyskał przydomek bohatera z Wembley, a także człowieka, który zatrzymał Anglię. W 1974 r. brał udział w mistrzostwach świata w RFN, w których reprezentacja Polski zajęła trzecie miejsce. Dwukrotnie w tych mistrzostwach obronił rzuty karne (jako pierwszy bramkarz w historii na imprezie tego poziomu) — Staffana Tappera w meczu ze Szwecją oraz Uliego Hoenessa w meczu z RFN. Po mistrzostwach zdobył wielkie uznanie, a Pelé nazwał go najlepszym bramkarzem świata.
Źródło: Wikipedia.pl
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. lol #1505686 | 81.190.*.* 12 paź 2014 10:55

    i co?!...dwa zero;)

    ! - + odpowiedz na ten komentarz