Piątek, 21 lutego 2020. Imieniny Eleonory, Lenki, Kiejstuta

Żeby żyć, nie muszę kręcić filmów

2014-10-05 12:00:00 (ost. akt: 2014-10-06 08:37:42)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Po „Potopie” zaproponowano mi pozostanie w Hollywood. Zdaniem amerykańskich krytyków byłem najbardziej hollywoodzkim reżyserem w Europie — mówi Jerzy Hoffman. Reżyser jest ambasadorem pierwszej edycji WAMA Film Festival w Olsztynie, który zakończy się w niedzielę.

— Często mówi się dzisiaj o możliwości wojny z Rosją. Wierzy pan w to? Pytam, bo spędził pan w tym kraju trochę czasu i zna pan Rosjan.
— W sumie ponad 10 lat. A Rosja jest nieprzewidywalna. Tam zawsze była ogromna różnica między ludźmi i władzą. To dzięki ludziom przeżyliśmy w Rosji — ludziom, którzy w ogromnej większości odnosili do nas ze współczuciem i zrozumieniem. Wielu z nich to byli zesłańcy albo potomkowie zesłańców, albo tacy, co już siedzieli albo mieli w rodzinie kogoś, kto siedzi. Wtedy mówiło się, że ludzie składają się z tych, co siedzieli, siedzą albo będą siedzieli. Wszystko, co było okrutne, złe i nieludzkie spotkało nas ze strony władz. Byłem niedawno na zaproszenie Międzynarodowego Uniwersytetu w Moskwie z filmem „Bitwa Warszawska”. Sala przepełniona, kilkaset osób. Siedem lub osiem z nich zaatakowało mnie za stronniczość, za to, że wszystko, co polskie, pokazałem pięknie, a to, co ich, pokazałem nieobiektywnie. Ale ponad 700 osób urządziło mi owację na stojąco, dostałem mnóstwo kwiatów i niesamowity prezent — małe złote serduszko z miniaturą najświętszej w Rosji ikony Matki Boskiej. Ludzie dziękowali mi za prawdę, za to, co pokazałem i powiedziałem. Oczywiście ten uniwersytet jest specyficzny. Wokół niego gromadzi się opozycja, wykłada Michaił Gorbaczow i inni tego typu ludzie. Ale to mniejszość. Nie oszukujmy się, bo bardzo wielu wybitnych artystów okazało się Wielkorusami. Taki jest Nikita Michałkow, taki był Aleksander Sołżenicyn. Popularność Putina po inwazji na Krym i awanturze ukraińskiej wzrosła niesłychanie.

— W 1950 roku rozpoczął pan studia w Moskwie na Wszechrosyjskim Państwowym Uniwersytecie Kinematografii i też obracał się pan wówczas wśród rosyjskich elit.
— O polityce się nie rozmawiało w ogóle. Studiowałem na bardzo międzynarodowym roku, najliczniejszym w historii WGIK-u. Było nas 37: siedmiu Rumunów, siedmiu Węgrów, dwóch Polaków, jeden Czech, jeden Mongoł, dwóch Niemców, Litwin, Łotysz, Estonka, Gruzin, Ormianin i tak dalej. Ja miałem wtedy 18 lat i na pierwszym roku na wielkiej przerwie wygłosiłem referat. Był to czas, kiedy mówiło się, że wszystko wynaleźli Rosjanie, na przykład klatkę schodową Schodow. Mój wykład zaczynał się tak: — Umarł Lenin, został leninizm, umarł Onanow, został onanizm

— Powiedział pan to głośno?!
— Głośno! I powiedziałem, że wbrew temu, co twierdzi nauka zachodnia, onanizm jest wynalazkiem rosyjskim. I proszę sobie wyobrazić, że nikt na mnie nie doniósł, nikt mnie nie sypnął. To jest zdumiewające jak na tamte czasy, ale świadczy o tym, że nie tylko z zagorzałych komunistów składało się wówczas tamto społeczeństwo. Dziś nie odważałbym się czegoś takiego wygłosić, ale inaczej się myśli, kiedy się ma 18 lat.

— Dzisiaj by panu nie wypadało. Wszyscy spodziewamy się po panu rzeczy ważnych i poważnych.
— Nie należy przesadzać z powagą, zwłaszcza w zbyt poważnym traktowaniu samego siebie. Ja siebie traktuję poważnie tyle, o ile. A dlaczego o tym mówię? Bo w tym czasie we WGIk-u zaginęło dwóch ludzi. Nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Później okazało się, że tych dwóch kolegów aresztowano i oskarżono o próbę zamachu na Stalina. I chociaż okno pokoju, w którym mieszkali, nie wychodziło na żadną z tras, którą przejeżdżał Stalin, to udowodniono, że z tego okna chcieli go zastrzelić. Skazano ich na wiele lat łagru. Wyszli dopiero po amnestii ogłoszonej przez Chruszczowa. Miałem w Rosji bardzo wielu przyjaciół i często bywałem w ówczesnym Sojuzie, a potem w Rosji, bo człowieka ciągnie gdzieś nie ze względu na krajobraz czy architekturę, tylko ze względu na ludzi.

— Był pan pewny już jako osiemnastolatek, że film to jest to, co pan chce robić?
— Rodzice bardzo chcieli, żebym studiował medycynę, bo byli lekarzami. Ale ponieważ ja byłem działaczem ZMP, kierownictwo tej organizacji chciało, bym poszedł na studia polityczne. Ja chciałem pójść na studia filmowe. Zamiłowanie do literatury i poezji, zwłaszcza romantycznej, wszczepiła mi matka. Ale też w Rosji chodziłem jakiś czas do polskiej szkoły. Po powrocie z ZSRR do Polski poszedłem do gimnazjum w Bydgoszczy. Zacząłem pisać wiersze i nawet zaczęto je drukować. Ale na szczęście dzięki mamie zrozumiałem, że więcej pisać ich nie powinienem. Potem w bydgoskim radiu wygrałem konkurs na słuchowisko „Bitwa pod Lenino”, które napisałem na podstawie opowieści ojca. Ich echa znalazły się w moim filmie „Do krwi ostatniej” w sekwencji dotyczącej historii batalionu sanitarnego. Zacząłem też brać lekcje u reżysera teatralnego Muskata.

— Lekcje aktorstwa?
— Nie, reżyserii. Aktorstwo przyszło później we WGIk'-u, gdzie w "Szelmostwach Skapena" zagrałem Sylwestra. To mnie nauczyło nie tylko pracy z aktorem, ale i rozumienia go. Jeszcze w Bygdoszczy zrozumiałem jednak, że nie jestem miniaturzystą, że nie jestem portrecistą, że potrzebna jest mi przestrzeń i w teatrze się nie mieszczę. Żeby dostać się do szkoły filmowej w Łodzi trzeba było mieć ukończone już jakieś studia, a ja nie chciałem na to marnować czasu. W Moskwie przyjmowano po maturze.

— Było łatwo?
— Odpowiem tak. Wiktor Zborowski, wznosząc toast, mówi tak: — Nie życzę wam zdrowia, bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi; nie życzę wam pieniędzy, bo na Titanicu wszyscy byli bogaci. Życzę wam fartu! I ja paradoksalnie miałem w życiu fart. Wywózka do Rosji była jednocześnie moim ocaleniem, bo inaczej zginąłbym w Holocauście. Wprawdzie babcia, dziadek i ciotka leżą gdzieś tam na Syberii i w Kazachstanie, ale myśmy wrócili. I jeszcze kilka razy w życiu miałem taki fart. Największy to ten, że udało mi się spełnić marzenie i zrealizować Trylogię Sienkiewicza. A nie każdemu udaje się spełnić marzenia. Fart miałem też na egzaminie przed komisją w Ministerstwie Kultury i Sztuki, od czego zależały studia w Moskwie. Na pytania z literatury, odpowiedziałem bardzo dobrze, rosyjski oczywiście też poszedł dobrze. Nauki polityczne? Byłem obkuty jako działacz. Ale jeśli chodzi o film, to pływałem. Siedzi przewodniczący w okularach z grubymi szkłami, przegląda moje papiery i mruczy: — Hoffman, Hoffman... A Zygmunt Hoffman z I Dywizji to nie pański krewny? Powiedziałem, że to mój ojciec. I usłyszałem: — Dziękuję panu. Człowiekiem w okularach był prof. Stanisław Wohl, świetny operator i reżyser, bliski kumpel mego ojca z frontu. Więc jak mnie pytają, jak się pan dostał na studia, odpowiadam: — Przez kumoterstwo! I to jest prawda.

— Rozumiem, że literatura polska była panu bliska, a więc i Sienkiewicz.
— Ojciec przysłał mi Trylogię na Syberię. Najpierw dotarł do mnie „Pan Wołodyjowski”, potem „Potop”, a „Ogniem i mieczem” zatrzymała cenzura, więc tę część przeczytałem dopiero po powrocie do Polski. Zakochałem się w Trylogii.

— A czy to prawda, że w 1968 roku, kiedy kręcił pan „Wołodyjowskiego”, władze namawiały pana do wyjazdu z Polski? To absurd, bo jest pan arcypolskim reżyserem.
— Nie tyle nawiały, co chciały mnie skłonić do wyjazdu. Zaczęło się od rewizji, najpierw w moim mieszkaniu, potem w hotelu. Potem były przesłuchania, które trwały do 3, 4 rano.

— O co pana pytali?
— W czasie rewizji znaleziono u mnie scenariusz autorstwa emigracyjnego pisarza, dotyczącego losu Żydów w czasie okupacji. Scenariusz był niedobry, nie nadawał się do realizacji ze względu na jakość. Zarzucali mi antypolskość i syjonizm. A najgorsze dla nich było to, że najbardziej polski film, jakim jest „Pan Wołodyjowski”, realizowali reżyser Hoffman, operator Jerzy Lipman i kierownik produkcji Wilhelm Hollender. Przecież można się zabić! Lipman nie wytrzymał tego wszystkiego i wyjechał.

— Aleksander Ford, reżyser arcypolskich „Krzyżaków”, też wyjechał.
— Ford to osobna stronica polskiego kina. Na pewno dobry reżyser, a jednocześnie satrapa. Jak trzeba było, podnosił słuchawkę i było tak: — Olek? Tu Olek. Tak się zwracał do Aleksandra Zawadzkiego, przewodniczącego Rady Państwa. I dalej: — Olek! Jakiś generał nie chce dać mi wojska! Komu jest ten film potrzebny?! Wam? Czy mnie? Zróbcie z tym porządek! I robiono porządek. Wojsko było. Ale w 1968 wyjechało bardzo wielu ludzi, dla których było to dramat, bo czuli się Polakami. A ja postanowiłem nie dać się wyjechać.

— Jak pan to zrobił?
— Kręcę szturm Kamieńca Podolskiego pod Chęcinami, ogromne przedsięwzięcie, a oni mnie pytają o kontakty z syjonistami i czy podejmując ten temat, nie kamufluję czegoś. Skończyło się tym, że któregoś ranka mówię: — Chcecie, żebym wyjechał? Towarzyszom zabłysły oczy. Mówię: — Dobrze. Moja żona Walentyna jest obywatelką radziecką, ja skończyłem studia w Moskwie, wyjadę do Związku Radzieckiego. I to było ostatnie przesłuchanie. Ale była jeszcze próba zorganizowaniu strajku ekipy i musiałem zrezygnować z serialu.

— Czy bał się pan podczas przesłuchań?
— To było upokarzające i męczące, ale wtedy za samo pochodzenie nie wykańczano. Poza tym miałem mocne poparcie w Moskwie. Ze stowarzyszenia filmowców w Sojuzie przyszedł list z wyrazami zaniepokojenie moim losem. To było coś. I finał — po premierze „Pana Wołodyjowskiego” Mieczysław Moczar na dużym bankiecie wzniósł toast za moich rodziców, którzy wychowali takiego Polaka patriotę, chociaż właśnie ojciec, wojskowy lekarz, który nie znał słowa w jidysz, został usunięty z wojska „za syjonizm”.

— Ale być może w pana przypadku emigracja byłaby korzystna? Dostał pan propozycje pracy we Włoszech i Hollywood.
— Po „Panu Wołodyjowskim”, który z powodzeniem był we Włoszech wyświetlany, zaproszono mnie do Włoch, żebym nakręcił albo „Kuriera carskiego” według Verne'a, albo „Córkę kapitana” według Puszkina. Włosi podsunęli mi kontrakt z kwotą na owe czasy nie do pomyślenia. Gdy powiedziałem, że nie, przy mnie ją podwyższono. Wytłumaczyłem im, że ja chcę zrobić „Potop”. Wtedy rozłożyli ręce. A po „Potopie” zaproponowano mi pozostanie w Hollywood. Byłem, zdaniem amerykańskich krytyków, najbardziej hollywoodzkim reżyserem w Europie.

— I...?
— Praca w Hollywood oznaczała, że nigdy już nie przyjadę do Polski i nigdy nie zobaczę rodziców ani przyjaciół. Rozmawialiśmy o tym z żoną całą noc i postanowiliśmy, że zostajemy. Wtedy upadku komunizmu nikt nie przewidywał.

— A poza tym zostało do zrobienia „Ogniem i mieczem”, prawda?
— To osobna historia. W poprzedniej epoce było to tabu. Ale prof. Aleksander Krawczuk, minister kultury, w rozmowach z Sojuzem na temat likwidacji białych plam w historii „przeboksował” temat „Ogniem i mieczem”. Przyznał mi dotację, powstało studio Lauda i rozpoczęliśmy przygotowania. Wolność, która przyszła w 1989 roku, przyniosła nowego ministra kultury — Izabelę Cywińską. Jednym z jej pierwszych posunięć była likwidacja mojego projektu i cofnięcie dotacji. I zaczęło się 11 lat walki o „Ogniem i mieczem”.

— Trudno zrozumieć, dlaczego miał pan takie kłopoty, bo każda część Trylogii to film kasowy.
— O co innego chodziło. Ja nie należałem do „tego” obozu. Dzisiaj się śmieję, że był to pierwszy objaw myślenia partyjnego. Teraz nie ma już myślenia państwowego. Myśli się kategoriami — w najlepszym przypadku — partyjnymi, a coraz częściej prywatnymi. Ale ja jestem uparte bydlę. Po raz kolejny zacisnąłem zęby i wygraliśmy. Wygrał przede wszystkim Sienkiewicz. Ale na festiwalu polskich filmów w Gdyni „Ogniem i mieczem” dostało tylko nagrodę za montaż.

— Tylko?!
— Tak! Nawet za kostiumy nie, a były fenomenalne. Koledzy nie mogli przeżyć, że film odniósł taki sukces kasowy.

— Co by pan jeszcze chciał nakręcić? Czytałam, że film o syberyjskim dzieciństwie.
— Chciałem. Napisaliśmy nawet kilka wersji scenariusza, ale chyba były zbyt subiektywne. Zwrócono się do mnie z propozycją wyreżyserowania „Syberiady polskiej”. Ale ja uważam, że takiego filmu w Bieszczadach nakręcić się nie da. Trzeba jechać najbliżej pod Moskwę, a jeszcze lepiej pod Ural. Jednak jeśli chciałoby się pokazać w filmie cztery pory roku, to przy dzisiejszych cenach lotów, koszty są ogromne. I ja bym się nie podjął spędzania w Rosji wielu miesięcy.

— Czyli nic?
— Jeżeli pojawiłby się ciekawy tekst i pieniądze, to dlaczego nie. Ale ja już nie mam czasu na walkę o fundusze.

— Podobno jest pan z długowiecznej rodziny.
— Ojciec zmarł w wieku 81 lat przy 7 zawale, matka dożyła setki bez 3 miesięcy. Ale jeden światowej sławy profesor z Kijowa, który podłączył mnie do przedziwnej aparatury, powiedział tak: — Genetycznie pochodzi pan z bardzo długowiecznej rodziny, ale trybem swojego życia zrobił pan wszystko, żeby to zniwelować. Ja odpowiedziałem: — Tak jest, panie profesorze! Bo to prawda. Ale widzi pani, w najlepszej formie psychofiycznej to ja już byłem. Chwała Bogu, żeby żyć, nie muszę kręcić filmów. Jest mnóstwo nieprzeczytanych książek, nieobejrzanych jeszcze filmów. Widzi mnie pani z laską, ale nie używam jej stale. Na premierze „Poptopu redivivus” w Warszawie, wchodząc na scenę po schodach, potknąłem się i mocno potłukłem. Ale za 10-14 dni będę na chodzie. Laska nie jest dowodem stetryczenie. Na dowód pokażę pani coś ciekawego. (Jerzy Hoffman odkręca gałkę laski i wyjmuje szklaną probówkę). Do czego to służy?

— Pewnie do różnych rzeczy.
— Tylko do jednej. Najczęściej jest to dobry koniak lub brandy.



Ewa Mazgal
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB