środa, 28 września 2016. Imieniny Libuszy, Wacławy, Wacława

Ja nie umiem stać na baczność

2014-10-04 17:10:19 (ost. akt: 2014-10-04 17:04:50)
Mietek Jurecki, były basista Budki Suflera

Mietek Jurecki, były basista Budki Suflera

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

— Wchodzę do sklepu, podoba mi się jakiś ciuch, to biorę. A potem mówią że to dla kobiet, że guziki odwrotnie zapinane. To przecież nie ma znaczenia! — mówi Mietek Jurecki, były basista Budki Suflera.

— Obchodzi pan w tym roku jubileusz. 40 lat na scenie. To dużo to czy mało, Panie Mietku?
― W ogóle nie biorę kwestii wieku pod uwagę. U lekarza byłem ostatnio na komisji wojskowej w 1976 roku. Jak mnie coś zaboli czasem, to znaczy, że jestem stary i nikomu nie będę w tej sprawie głowy zawracał. Wielu pewnie mówi w duszy „Panu już podziękujemy” i wysyła mnie do piachu, ale ja się jeszcze tam nie wybieram (śmiech). Większość artystów uważa, że najpiękniejsza płyta jeszcze przed nimi i ja się pod tym podpisuję. Tak mają optymiści, a ja zdecydowanie jestem optymistą.

― Jak świętuje pan "urodziny"?
― Obchody miałem krótkie, na festiwalu Solo Życia. Od rana do nocy grałem na gitarze basowej i to było najpiękniejsze.

― Duchem jest pan wciąż młody, o czym mogą świadczyć ekstrawaganckie stroje.
— Taki mam gust od zawsze, po prostu. Ubieram się tak, jak uważam, że powinienem wyglądać, nikt mnie do niczego nie zmusza. Choć były sytuacje, w Budce, że jeden z kolegów chciał nas przebrać po swojemu — wyglądałem, jakbym się urwał z dancingu (śmiech). Gdy aktor gra spektakl kostiumowy — ma strój z epoki. Muzyk na scenie jest właśnie trochę jak aktor.

― Podobno raz przyszedł pan w rajstopach żony?
― Była taka sytuacja… Mam takie zdjęcie na stronie internetowej. To było zdjęcie na plakat i tego plakatu w 1986 roku nikt w żadnym mieście Polski nie odważył się powiesić. Dzisiaj pewnie od razu zapisaliby mnie do Palikota. To były chyba leginsy… Ja się nie znam. Wchodzę do sklepu, podoba mi się jakiś ciuch, to biorę. A potem mnie hamują, bo mówią że to jest dla kobiet, że guziki odwrotnie zapinane. To przecież nie ma znaczenia! Ja patrzę na kolor, kontrast. Broń Boże, nie mam nic wspólnego z nowymi ideologiami — od trzydziestukilku lat mam żonę, dzieci. Są też takie zdjęcia z Paryża… Sam się po czasie przestraszyłem, jak je zobaczyłem.

― Grał pan wszędzie i ze wszystkimi. W ilu projektach brał pan udział?
― Nie wiem, na pewno ponad 300, z czego ileś multiplatynowych. Chyba mam wszystkie możliwe do zdobycia nagrody muzyczne w Polsce. To bardzo miłe, te wszystkie Fryderyki, SuperJedynki i Wiktory, ale wszystkie statuetki sprzedaję na aukcjach charytatywnych. Dowodem na to, że umiem grać, jest to, że biorę gitarę i gram, a nie, że na półce stoi kawałek żelaza, do którego modli się cała rodzina.

― Płyt było 300, więc koncerty pewnie idą w setki tysięcy. Podobno za komuny padały jakieś szalone rekordy?
― Za komuny zagrałem dwa razy 8 koncertów dziennie. Impreza nazywała się „Ludziom dobrej roboty”, to było w Pyrzycach koło Szczecina. Tam była taka sala, gdzie o wpół do 8 rano, pierwszy koncert, kurtyna się otwierała, a na widowni matki ze śpiącymi dziećmi na rękach... Graliśmy dokładnie godzinę dwadzieścia pięć minut, a potem przez pięć minut drzwiami z jednej strony sali ludzie wychodzili, a drugimi wchodzili już następni. I kolejny koncert. Przy czwartym nie wiedziałem już która zwrotka, kto następny… Z Budką w latach 80. przez miesiąc graliśmy codziennie trzy koncerty. W ustroju nieubłagalnej równości społecznej inaczej się nie dało, stawki dla muzyków były śmiesznie niskie — honorarium za jeden koncert to była równowartość trzech butelek wódki. Przeczytałem wtedy w „Jazz Forum” wywiad z Patem Methenym, który powiedział, że miał bardzo pracowity rok, bo zagrał 50 koncertów. Myślałem, że po prostu nie dopisali mu zera.

― Grał pan zarówno z Ewą Bem i Hanną Banaszak, Perfectem, Budką Suflera, jak i Stachurskym, Tercetem Egzotycznym i Markiem Torzewskim. Duży rozstrzał.
― Grałem też z Jerzym Połomskim i Ireną Santor. Wolę dobrze zagrać polkę niż słabo rockandrolla. Wygrałem kilka festiwali jazzowych w Polsce i zagranicą. To jest dużo trudniejsza harmonia, dużo trudniejszy warsztat, ale umiem to, w związku z tym współpracowałem z Ewą Bem i Hanną Banaszak. Ważne jest podejście, umiejętności, sposób zagrania. Tercet Egzotyczny gra moje piosenki, na przykład „Noc w Ekwadorze”. Nie wstydzę się tego, choć śmieję się z tekstów, bo bym na to nigdy nie wpadł. Jestem kompozytorem, więc staram się im wymyślić piosenki w ich stylu.
A ze Stachurskym to inna historia. Polsat wynajął kompozytora i tekściarza do utworu tytułowego serialu „Samo życie” (Mietek Jurecki jest także autorem poprzedniego utworu w „M jak miłość” – red.). Słowa zrobił Andrzej Mogielnicki, muzyka się nie spodobała. Wzięli kolejnego kompozytora. Ja byłem piąty w kolejności. Ludzie wiedzą, że jestem solidny i umiem grać na wszystkich instrumentach. Na początku miałem zrobić muzykę pod Grzesia Markowskiego i Krysię Prońko. Grałem w Perfekcie, więc wiedziałem, że Grzesiek nie zaśpiewa wyżej niż w „Niewiele ci mogę dać”. Okazało się, że Markowski zaśpiewał z Liroyem w „Ekstradycji”, a miał go zastąpić Gawliński. Potem okazało się, że jednak Stachursky. Nie znałem go. Zadzwoniłem do niego i powiedział, że chce najpierw empetrójkę z muzyką — nabrałem do niego szacunku, bo to znaczy, że szanuje swoją pracę. Wysłałem mu — powiedział, że podoba mu się, ale nagramy to w studiu, w którym zawsze nagrywa. Szacunek wzrósł jeszcze bardziej. Teraz gra to na koncertach i mówi, że nie musi w ogóle śpiewać słów — wszyscy znają.

― Który z tych wszystkich zespołów jest dla pana z perspektywy czasu najważniejszy? Budka? Spędził tam pan ponad 20 lat.
― Z Budką rozstawałem się i wracałem. Zacząłem w 1981 roku, w 1984 nagrałem z nimi "Gratest Hits" z okazji 10-lecia i stwierdziłem, że nic nowego mnie z nimi nie czeka. Graliśmy gdzieś nad morzem, po śniadaniu poszedłem sobie na plażę. Ktoś słuchał radia z małego odbiornika tranzystorowego. Tam grali Keith Jarrett i Jan Garbarek. Pomyślałem: „Jezu, co ja tu robię, to jest prawdziwa muzyka”. Odszedłem. Ale dwa lata później zadzwonił Romek Lipko i zgodziłem się wrócić, żeby nagrać płytę, potem zostałem na jeszcze jeden koncert i jeszcze jeden… W końcu znowu odszedłem. Później znowu Romek mnie namówił — ta Budka wracała jak bumerang, pomyślałem, że chyba jestem skazany na ten zespół i w takim razie będę grał tam, dopóki mnie nie wyrzucą. No i wyrzucili.

― Odejście pana i Marka Radulego z zespołu w 2003 roku odbiło się szerokim echem w świecie muzycznym. O co wtedy poszło? O pieniądze?
― Oczywiście, że tak. Sprawa jest prosta — łatwiej się dzieli na trzech i na pięciu. Koledzy wzięli wtedy młodszych i tańszych muzyków. Tylko zapomnieli, że koncerty to nie wszystko, trzeba jeszcze nagrywać płyty.

― A jednak zakopał pan topór wojenny.
― Budka obchodzi 40-lecie i raczej skończy działalność — tak to z mojej perspektywy wygląda. Oni szanują się, ale znają się od podstawówki, ponad 50-lat przebywają non stop ze sobą. Wiele małżeństw tego nie wytrzymuje. Zaprosiłem ich na „Solo Życia”, na swoje 40-lecie, w końcu grałem z nimi ponad 20 lat. Z różnych względów ze wszystkimi się nie dało.

― Na Przystanku Woodstock „Jolkę” śpiewało ponad pół miliona gardeł. Jakie to uczucie?
― Być może było tam nawet 750 tys. osób, ale to już tylko kwestia liczb, nie są aż tak istotne. Nagrywałem „Jolkę” w 1982 roku, tuż po nagraniach brałem ślub. Lipko, który był moim świadkiem, wiózł nas do ślubu i puścił kasetę w samochodzie, więc słuchałem jej jadąc do ślubu. To ponadczasowy przebój, śpiewają ją pokolenia i pokolenia przy niej zostały poczęte. W takich sytuacjach, jak ta, człowiek jest dumny z tego, co robi. Jako księgowy, a byłem na studiach ekonomicznych, takiego poczucia bym nie miał.

― Wspominaliśmy o festiwalu "Solo Życia". Robi go pan społecznie, dla młodych?
― Najważniejsze, że on jest skuteczny. To mój autorski pomysł, taka alternatywa dla telewizyjnych show, w których chodzi o pieniądze i promowanie jury. Czy któryś z laureatów nagrał płytę z przebojami, które nuci cała Polska? To jest oszustwo. U nas jest inaczej, pomagamy młodym ludziom, choć tak naprawdę oni sami sobie pomagają. Wojtek Pilichowski dwa lata temu grał z Kasią Kowalską. Powiedział mi: „Wiesz, Kaśka chce zmienić gitarzystę, to może być trudne”. Powiedziałem, żeby przyjeżdżał do nas, a dobierze sobie gitarzystę pod kolor włosów. I rzeczywiście — w ubiegłym roku „Solo Życia” wygrał Michał Trzpioła, gitarzysta z Radomia, o którym nikt nigdy nie słyszał. Dziś gra z Wojtkiem. Wcześniej był na przykład Mateusz Owczarek ze Zduńskiej Woli. Nikt o nim wcześniej nie wiedział. Zagrał, a Zbyszek Hołdys z miejsca wziął go do zespołu. Mamy zdolną młodzież, tylko nikt tego nie wykorzystuje. My staramy się to jakoś zmienić.

― Dzisiaj ten pana charakterystyczny kucyk podskakuje w rytm bluesrockowych taktów formacji Riders, która do mainstreamu się nie przebije...
― To wszystko przez Jurka Styczyńskiego z Dżemu, on czasem z nimi grywał. Mieli grać na Śląsku, ale wypadł im basista. Jurek mówi: „No słuchajcie, nie można się załamywać, znam takiego, co się szybko wszystkiego nauczy”. Zadzwonił do mnie z rana. Mówię, mu, że mam „Kawę i herbatę” i o 3 w nocy wstaję, żeby jechać do Warszawy. A on mi każesz do Wałbrzycha? „No ale przyjedź, oni fajnie grają”.
Po drodze słuchałem ich empetrójek. Gdy usłyszałem „Summertime”, myślałem, że to była Janis Joplin, a to nasza Ola Łysiak. Zagrałem, oni podskoczyli z radości, bo ja lubię głośno grać, a im tego brakowało. No i tak zostało. Dzięki nim dojechałem na Festiwal Ryśka Riedla, dzięki nim trafiłem na zloty motocyklowe.
Oni, tak jak ja, żyją muzyką. Nie skandalami, marketingiem i show-biznesem, a żywą, energiczną muzyką na scenie. A ja nie umiem stać na baczność. To wszystko, te moje sceniczne ruchy, dzieje się niezależnie od mojej woli, muzyka mną porusza. Uważam, że to tak powinno się wszystko odbywać. I oby odbywało tak się zawsze.

― Życzę kolejnych 40 lat na scenie.
― Nie wiem, czy 40. Nawet nie ze względu na to, że się za dużo od ZUS-u nie spodziewam (śmiech). Tak się szczęśliwie składa, że to moje hobby i praca. Mogę robić to, co kocham.


O NIM
Mieczysław Jurecki urodził się 3 października 1956 we Wrocławiu. Polski basista, gitarzysta, kompozytor i aranżer, najbardziej znany ze współpracy z Budką Suflera, w której z przerwami występował 22 lata.
Współpracował także między innymi z takimi wykonawcami, jak Romuald i Roman, Halina Frąckowiak, Test, Banda i Wanda, Perfect, Wojciech Gąssowski, Stachursky, Marek Torzewski, Zdzisława Sośnicka, Jan Kaczmarek, Tercet Egzotyczny, Urszula oraz Vintage, a także brał udział w niezliczonych projektach jako muzyk sesyjny. Nagrał trzy solowe płyty.
Obecnie występuje w bluesrockowej formacji Riders, współtworzy z Jackiem Królikiem i Ryszardem Sygitowiczem zespół Giganci Gitary oraz organizuje w Lublinie festiwal "Solo Życia".


Rozmawiał Łukasz Wieliczko
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB