środa, 21 listopada 2018. Imieniny Janusza, Marii, Reginy

Ja chcę być panem z „Familiady”

2014-09-27 14:15:00 (ost. akt: 2014-09-27 14:22:09)

Autor zdjęcia: TVP

— Jestem aktorem, ale w programie, broń Boże, nie mogę kogoś udawać. Muszę się sam otworzyć na dobre i złe. No i muszę liczyć się z tym, że widzowie będą we mnie bili, bo np. źle mówię po polsku, źle wyglądam albo źle opowiadam dowcipy — mówi Karol Strasburger, aktor, który najbardziej znany jest z roli... prowadzącego popularny teleturniej.

— „Familiada” ma już 20 lat. Piękny jubileusz. Uczcił pan go jakoś szczególnie?
— Prywatnie nie, bo nie jest to uroczystość prywatna. A jeśli chodzi o formę publicznego zaistnienia, to rozpoczął się Turniej Mistrzów, czyli najlepszych drużyn „Familiada”, które wygrywały ją dwu lub trzykrotnie. Finałem tego turnieju będzie właśnie odcinek jubileuszowy, który zostanie wkrótce wyemitowany. Wybranie zwycięzcy będzie połączone m.in. z urodzinami i wizytą władz telewizji. Jest wokół tego trochę szumu medialnego, ale cieszę się z tego. Zwieńczeniem urodzin była również nagroda, jaką „Familiada” otrzymała podczas Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku.

— Dwie dekady to — po pierwsze — kawał historii telewizji, a po drugie — szmat czasu. Nigdy nie czuł się pan zmęczony, wypalony programem?
— Na początku byłem bardziej zdenerwowany faktem odnalezienia swojego stylu i znalezienia dla siebie miejsca w tym wszystkim. Nie męczę się samą formułą, czasami najwyżej wykonaniem, bo jest tego dość dużo i wymaga to wyjątkowej koncentracji. Jak robimy kilka odcinków w ciągu jednego dnia, to jest to męczące, bo trzeba pracować średnio po 10 godzin dziennie. Mimo to bardzo lubię ten program, ekipę, z którą pracuję i towarzyszącą nam atmosferę.

— Ma pan swoją teorię na temat tego, dlaczego formuła programu odniosła sukces nie tylko u nas, ale i w wielu innych krajach, gdzie wcześniej realizowano ten program?
— Widzów można podzielić na dwie grupy. Jedni bardzo lubią teleturnieje wiedzowe, bo podczas nich się uczą. Pokazuje to jednocześnie, że ci ludzie są średnio wykształceni, bo średnio połowy rzeczy nie wiedzą. Czują, że program jest od nich mądrzejszych, dlatego przyglądają mu się z uwagą, licząc na jakieś informacje. U nas sytuacja jest poniekąd odwrotna — i uważam to za sukces — bo ludzie siedzący przed telewizorami niejednokrotnie mają wrażenie, że są znacznie mądrzejsi od tych, którzy tam występują. W związku z tym czują się lepiej, czują się dowartościowani, mają poczucie, że może nie jest jeszcze z nimi najgorzej. Uśmiechają się, że grupa występująca — czyli ten średni Polak — jest poniżej nich. Mają satysfakcję plus motywację, żeby samemu zgłosić się do programu i pokazać klasę. A z tą klasą różnie bywa, bo to nie jest takie proste, jak się niektórym wydaje.

— Czasami, kiedy w programie ktoś rzuci zabawną odpowiedź, widać, że ledwo powstrzymuje pan śmiech.
— Mam świadomość, że odpowiedzi pochodzą właśnie od tego średniego Polaka, więc czasami przychodzą komuś do głowy kompletne bzdury. Trzeba jednak pamiętać, że przychodzą one do tej głowy z powodu stresu, presji czasu i wielu innych czynników. Może to być jednak odpowiedź poniekąd... poprawna. Bo jeśli zapytamy, jak ma na imię Marks, bardzo dużo ludzi odpowie szybko, że Engels. Nie będą bowiem pamiętali, że pytanie dotyczyło imienia. Jeżeli takie odpowiedzi padały wśród ankietowanych, to odpowiedź będzie zaliczona w teleturnieju jako poprawna. Mimo, że ja sam się w środku uśmiechnę i będę wiedział, że to bzdura. W programie niepoprawna encyklopedycznie odpowiedź może być czasami poprawna. Mówimy jednak o grze.

— Kim są ci słynni ankietowani?
— Ludzie bardzo często o to pytają, ale ja sam nie przeprowadzam tych ankiet. Wiem tylko tyle, że dość dużą grupą ludzi, która bierze w tym udział, są również ci, którzy sami się do nas zgłaszają. Nasza ekipa, która jeździ po różnych miejscach w Polsce i robi nabory, jednocześnie zadaje pytania tym ludziom. Biorą w nich również udział osoby, które są "wydzwaniane" telefonicznie, spotykane na ulicach. Za każdym razem jest inaczej, bo są to przypadkowi ludzie. Pamiętajmy też, że czasami pytania są im zadawane w nieodpowiednich sytuacjach, kiedy ktoś gdzieś biegnie, więc tylko rzuci coś na odczepnego, bo nie ma na to czasu. Taki człowiek mówi, co mu ślina na język przyniesie. Potem ludzie łapią się za głowę, co powiedzieli, ale powiedzieli to, co czują.

— Niektóre źródła podają, że w 1994 r., kiedy program startował, pierwotnie miał go prowadzić inny aktor — Paweł Wawrzecki (znany z serialu "Złotopolscy" — red).
— To mnie pan zaskoczył, bo pierwszy raz o tym słyszę! Przynajmniej to do mnie nie dotarło. Nie byłoby jednak w tym nic złego. Pawła bardzo lubię, jest sympatycznym kolegą i świetnym aktorem.

— Właśnie. Z zawodu jest pan aktorem. Trudno było się przestawić?
— Oczywiście, bo aktorzy mają olbrzymią trudność polegającą na tym, że niektórzy takie zadanie podświadomie próbują realizować jako rolę. To może być jednak klęska całej zabawy. Ja byłem mądrzejszy, bo wiedziałem, że tego robić nie mogę. Musiałem robić coś zupełnie nowego. Różnica między rolą teatralną a osobą prowadzącą program polega na tym, że w roli mamy napisany tekst, gotowy kostium i trzeba grać. Ale cały czas chowamy się za kogoś innego. Jestem aktorem, ale w programie nikogo nie kreuję, broń Boże, nie mogę kogoś udawać. Muszę się sam otworzyć na dobre i złe. Jestem taki, jaki jestem naprawdę, ze wszystkimi wadami i zaletami. No i muszę liczyć się z tym, że widzowie będą we mnie bili, bo na przykład źle mówię po polsku, źle wyglądam lub źle opowiadam dowcipy.

— Słyszałem, że pana małżonka w połowie lat 90. miała poważne wątpliwości, czy pana nowa praca to dobry pomysł.
— Nie tylko ona, bo sam również miałem pewne opory. Oglądaliśmy pierwsze amerykańskie odcinki programu i muszę powiedzieć, że specjalnie mnie to nie zachwyciło. Moja małżonka była osobą, która wyjątkowo dbała o dobry gust i styl, nie lubiła tandety, tzw. wiochy, tego stylu jarmarcznego.

— Określenie „pan z Familiady” przeszkadza?
— Nie przeszkadza, chociaż ludzie często pytają mnie, czy nie mam z tym problemu, bo tak jestem kojarzony. Przecież ja 20 lat pracuję na to, żeby ludzie mówili, że jestem właśnie „panem z Familiady”. A jest bardzo wielu kolegów, do których nic nigdy nie przylgnęło.

— Od „pan z Familiady” nie wolałby pan być panem z wybitnych „Nocy i dni” czy znakomitych „Polskich dróg”?
— Ale ja jestem jednym i drugim, zależy tylko dla kogo. Ostatnio prowadziłem koncert muzyki z filmu „Noce i dnie”, więc byłem wtedy panem Toliboskim. I nikomu nawet do głowy nie przyszła „Familiada”. Z kolei kiedy jadę na spotkanie z widzami, to jestem Niwińskim, agentem numer 1 czy może nawet Karolem Wekslerem z serialu „Pierwsza miłość”. Robię i robiłem różne rzeczy. Poza tym nie ma przymusu oglądania „Familiady”, bo nikt nie podpisał takiego nakazu w ramach opłat za abonament. Oglądalność mamy jednak rzędu 3 mln widzów. To kwestia wyboru.

— Zanim wybrał się pan na studia aktorskie, uczył się — co ciekawe — w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie. Dlaczego nie został pan wilkiem morskim?
— Szukanie swojego miejsca w życiu to domena ludzi młodych. Chyba wszyscy nie wiemy na początku, czego oczekujemy od życia. Szukałem więc rzeczy mi bliskich, a bliskie było mi żeglarstwo, morze, sport i technika. Myślałem, że może to być mój zawód, ale czegoś tam jednak zabrakło. Znalazłem to wszystko później w aktorstwie, gdzie jestem trochę inżynierem, sportowcem i wszystkim innym po trochu. Dobrze się więc stało. Nie jestem może ekspertem, ale liznąłem po trochę każdego z tych tematów. Dzięki temu również w „Familiadzie” mam o czym pogadać, nie muszę sięgać do komputerów, posiłkować się tym, co ktoś mi napisze, bo pewne rzeczy wiem.

— Nie jest pan chyba przeciętnym majsterkowiczem, skoro potrafił zrobić własny kamper, który podróżuje.
— Majsterkuję, lubię narzędzia, pozostało mi to z dawnych, technicznych czasów. Lubię też fotografię, aparaty, nie jestem takim typowym użytkownikiem sprzętów. Nie myślę kategoriami amerykańskimi, to znaczy, że tylko widzę i słucham, ale nic więcej mnie nie interesuje, nie zastanawiam się, jak coś jest skonstruowane. Lubię zajrzeć do środka. Nie lubię być oszukiwanym gościem, który jest sterowany odgórnym trendem.

— To pewnie trudno pana naciąć w sklepie?
— Staram się, ale czasami człowiek ulegnie i, idąc do sklepu po masło, wyjdzie np. z kolejną łopatą, która potem i tak okazuje się zbyteczna. Sam fakt kupienia czegoś może być przyjemnością, ale czasami warto zastanowić się, czy dana rzecz na pewno jest nam niezbędna. Ale w sumie na tym bazuje handel, że kupuje się dużo niepotrzebnych rzeczy. Mamy potem masę różnego rodzaju chłamu, który kupowało się z nadzieją. Próbuję tego unikać.

— To może zakończymy rozmowę dowcipem? Jaki ostatnio pana rozbawił?
— Teraz nie mam w głowie takich rzeczy, ale... jak już specjalnie do czytelników, to może taki z okazji jesieni, chorowania i grypy. Mąż leży na kanapie przykryty kocem, nos trzyma za gazetą. Żona nad nim stoi i mówi: — Stasiu, ja wiem, że lekarz kazał ci leżeć i się leczyć. Szanuję to, ale przypominam, że to było 9 lat temu.

O nim

Karol Strasburger urodził się 2 lipca 1947 r. w Warszawie. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Od 1994 r. jest gospodarzem teleturnieju „Familiada” w TVP2. W 1971 r. skończył studia aktorskie i otrzymał angaż w stołecznym Teatrze Dramatycznym. Debiutował rolą Siwego w serialu „Kolumbowie” w 1970 r. Rok później zagrał w filmie sensacyjno-wojennym „Agent nr 1” Zbigniewa Kuźmińskiego, czym zapewnił sobie ogromną popularność. W 1973 r. pojawił się w serialu „Czarne chmury”, rok później z kolei wcielił się w rolę trenera w serialu dla młodzieży „Karino” w reżyserii Jana Batorego. W 1975 r. zagrał Józefa Toliboskiego w „Nocach i dniach” w reżyserii Jerzego Antczaka. Strasburger gra tam dawną miłość Barbary Niechcic. Do historii polskiego kina przeszła scena, w której Toliboski w jasnym ubraniu wchodzi do stawu, żeby zebrać nenufary dla Barbary. Karol Strasburger jest również autorem książki zatytułowanej „Apetyt na życie”. Jest członkiem Partii Dobrego Humoru.


Rozmawiał Rafał Bieńkowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB