Niedziela, 26 maja 2019. Imieniny Eweliny, Jana, Pawła

Leningrad był naszym matecznikiem

2014-08-24 18:00:00 (ost. akt: 2014-08-25 16:25:30)

Autor zdjęcia: Archwium zespołu


— Nie wykluczam, że na którymś z naszych koncertów w Leningradzie był Władimir Putin. Działał tam przecież wtedy w radzieckich pionierach — mówi Jacek Zieliński, jeden z założycieli zespołu Skaldowie. Grupa szykuje się do jubileuszu 50-lecia, a we wrześniu wystąpi w Olsztynie.


— Panie Jacku, co słychać u Skaldów?
— Stara bida, oczywiście w cudzysłowie (śmiech). To znaczy, żyjemy i gramy koncerty. W sobotę zagramy w Nowym Tomyślu, w niedzielę koło Krakowa. I mam jeszcze taką ciekawostkę, że we wrześniu odbędzie się nasz koncert w Olsztynie. Tak więc proszę uważnie śledzić miejsce, gdzie wystąpimy i serdecznie zapraszam na koncert w imieniu całego zespołu!

— Za rok Skaldowie będą obchodzić jubileusz 50-lecia istnienia.
— No tak, rzeczywiście pięćdziesięciolecie przed nami w przyszłym roku. Pewnie będziemy organizować z tej okazji jubileusze. Myślimy o Wrocławiu, Krakowie, bo to przecież w końcu nasze rodzinne miasto. A może Zakopane, bo też były już takie rozmowy? Myślę, że troszeczkę tych jubileuszowych koncertów będzie... Bardzo szybko to zleciało, a poza tym im człowiek starszy, tym czas szybciej leci. Wydaje się, jakby to było wczoraj albo przedwczoraj.

— Przetrwaliście próbę czasu. Tyle czasu gracie w jednym składzie.
— Trzymamy się razem w grupie. Wiadomo, że każdy w zespole ma czasami inne spojrzenie na pewne sprawy, ale mamy wspólne wartości muzyczne i te, dotyczące treści, i tego, o czym śpiewamy. To nas trzyma razem.

— Wasza kariera przypadła na zupełnie inne czasy. Świadczy o tym chociażby to, że spotykaliście się raz w roku w Opolu, kolebce polskiej muzyki.
— To były zupełnie inne czasy. Wiadomo także, że zupełnie inne pieniądze się wtedy zarabiało. Nie było jednak wyścigów, bo ktoś zagrał więcej koncertów, a ktoś mniej. A jeszcze ktoś inny miał inne stawki za te koncerty. Nie. Wtedy stawki były równe dla każdego, a liczyło się tylko to, kto i co gra oraz jak gra. Na festiwalach w Opolu nie było wyścigów szczurów, ale koleżeńskie spotkania z innymi zespołami. Z wykonawcami spotykaliśmy się podczas prób, a wieczorami towarzysko przy czymś mocniejszym… Były też koncerty, bo wiadomo, że opolski festiwal to konkurs. Była więc i rywalizacja, ale nie braliśmy udziału w specjalnych wyścigach. I to było fajne. Bardzo miło wspominam tamte czasy. Teraz to inaczej wygląda. Po latach byłem na kilku festiwalach w Opolu. Teraz każdy wykonawca przyjeżdża praktycznie tylko na swoją próbę, po której w ogóle go nigdzie nie widać. Dzisiaj to, niestety, mniej towarzyska sprawa, a więcej w tym jest biznesu.

— Pański brat, Andrzej, studiował pianistykę i kompozycję. Pan z kolei studiował w klasie altówki. Rodzice nie wybrali wam innej ścieżki życiowej?
— Andrzej, który jest starszy ode mnie dwa lata, był już wtedy muzykiem. Więc, kiedy ja powiedziałem w domu, że też chcę kształcić się w kierunku muzycznym, mój ojciec zaproponował mi, że może ja bym coś innego studiował... Jednak ja uparcie przy tym muzykowaniu obstawiałem. I postawiłem na swoim (śmiech).

— Na początku mieliście w piosenkach poetycki styl, a młodzież w latach 60. stawiała na mocniejsze brzmienie. W końcu zmieniliście styl. Połączenie bigbeatu z muzyką symfoniczną to było coś!
— Tak mi się wydaje, że byliśmy prekursorami w Polsce z tym poetyckim stylem. I słusznie pan zauważył, że nie od razu młoda publiczność w pełni to akceptowała i kupowała. Oni woleli wzorce, typu Czerwone Gitary czy Niebiesko-Czarni, gdzie dominowała gitara i perkusja. A my mieliśmy troszkę inną publiczność, czyli studentów czy — jak ja to nazywam — ludzi wyrobionych muzycznie. Później się wymieszało to wszystko, ponieważ inne zespoły również zaczęły korzystać z brzmienia orkiestry.

— Mieliście także szczęście do autorów tekstów. Moczulski, Młynarski, Osiecka...
— Ooo, to na pewno! Przecież te nazwiska to czołówka polskich autorów, piszących teksty piosenek, a można nawet powiedzieć, że to czołówka polskich poetów. Rzeczywiście, w tamtych czasach była to najwyższa półka.

— I byliście także jednymi z pierwszych zespołów młodzieżowych, które koncertowały w ZSRR. Nie baliście się tych wyjazdów?
— Nie baliśmy, skądże! Byliśmy wtedy młodzi, to była dla nas przygoda. Swoją drogą w ZSRR byliśmy wspaniale przyjmowani, ponieważ tamtejsza młodzież, może nie traktowała nas jako zespół zza żelaznej kurtyny, ale na pewno byliśmy dla nich zespołem zachodnim. Pamiętam z opowieści, że w ZSRR była taka polityka, że jak ktoś chciał kupić bilet na Skaldów, to musiał jednocześnie kupić bilet do filharmonii. Nasi fani z tamtej strony granicy opowiadali, że taka właśnie edukacja muzyczna w ZSRR panowała. Ale faktycznie, to był okres, w którym graliśmy mnóstwo koncertów. Były pełne sale, hale, a nawet stadiony! Można zatem powiedzieć, że rynek tam był bardzo chłonny. Nawet płytę w ZSRR nagraliśmy z naszymi piosenkami w języku rosyjskim. Jeździliśmy do różnych republik, bo i na Ukrainę, Białoruś, Litwę, Łotwę, Estonię, a nawet do Kazachstanu.

— W1969 roku zagraliście ponoć 90 koncertów w Leningradzie. W jeden miesiąc...
— (śmiech)

— Wiedzieliście, że tyle ich zagracie?
— Leningrad był wręcz naszym matecznikiem. Nasza publiczność jeździła z jednej dzielnicy do drugiej. Byli wśród nich i tacy, którzy słuchali nas podczas kilkunastu koncertów. I te 90 koncertów mogło być zupełnie możliwe do osiągnięcia, ponieważ graliśmy dwa, trzy koncerty dziennie. A czasami nawet więcej.

— A finansowo jak to wyglądało?
— Powiem tak: trochę lepiej niż w Polce, ale nie dużo. Za to liczbą koncertów na pewno nadrabialiśmy.

— Podobno na jednym z waszych koncertów był syn Breżniewa? Tak wspominał Ryszard Kozicz, były menedżer Skaldów.
— To całkiem możliwe. Chociaż ja akurat takiego zdarzenia nie pamiętam. Ryszard mógł o tym wiedzieć, ale może nam nie powiedział celowo, żebyśmy się nie zestresowali. I żebyśmy normalnie grali, a nie mieli w głowie to, że mamy obstawę. Powiem panu więcej, nie wykluczam nawet tego, że na którymś z naszych koncertów był Władimir Putin. Działał wtedy przecież w okolicach dzisiejszego Petersburga, w radzieckich pionierach.

— A w Polsce cenzura chyba nie dawała się Skaldom we znaki?
— Kilka przypadków było. Na przykład nasza płyta „Szanujmy wspomnienia” z 1976 roku. W pierwszej wersji na okładce tejże płyty znalazła się fotografia starej przedwojennej rodziny. Tu dziadek, tam małe dziecko. No i było to fajne, bo ktoś zaprojektował to tak, żeby szanować wspomnienia. I co się okazało? Że to była rodzina Lenina, a jednym z tych malutkich dzieci z przodu siedzących był kto? Ano Włodzimierz Lenin. Płyta się ukazała, ale oczywiście cenzura się zorientowała i płytę usunęła. Zmieniliśmy okładkę, a na zdjęciu pojawiły się nasze podobizny. I już wszystko było w porządku.

— To skąd to zdjęcie z małym Leninem zdobyliście?
— Ktoś, kto zaprojektował tę płytę, zrobił sobie najwyraźniej żart. Stwierdził pewnie, że w Polsce nikt się nie pozna. Ale ktoś się jednak dopatrzył.

— Jeszcze jakieś wspomnienia z cenzurą pan ma?
— Mieliśmy jedną piosenkę „A wójta się nie bójta” z tekstem Wojciecha Młynarskiego. Tam były słowa, że jak nie ten wójt, to przyjdzie inny z całkiem innej wsi. I piosenkę nam cenzura wstrzymała.

— A który z panów jest bardziej zdolny muzycznie? Pan czy brat Andrzej?
— No, ja to bym powiedział, że brat. Andrzej od dziecka miał słuch absolutny, a poza tym komponował początkowo wszystkie piosenki dla zespołu i aranżował je. Ja dopiero później włączyłem się do działalności kompozytorskiej. Więc skromnie mówię: brat jest bardziej zdolny muzycznie.

— Skoro jesteśmy już przy pańskim bracie. W 1981 roku pojechaliście na koncerty do Stanów Zjednoczonych, a pan Andrzej zrobił zespołowi psikusa i został tam do dzisiaj...
— Już nie do dzisiaj, ponieważ od kilku ładnych lat głównie w Polsce przebywa. W tym roku na przykład Andrzej jeszcze nie był w Stanach Zjednoczonych. Tak więc koncerty gra z nami.

— Pańskie dzieci również grają w Skaldach.
— Córka gościnnie śpiewa, a syn gra na gitarze oraz czasami łapie za bas i gra z nami kameralne koncerty.

— Wrócę jeszcze do tych Stanów Zjednoczonych. Nie miał pan żalu do brata, że został za oceanem w tym 1981 roku?
— Wie pan co, my pojechaliśmy tam całym zespołem i tam właśnie zastał nas stan wojenny w Polsce. I pierwszym możliwym samolotem, który został puszczony do Polski wróciłem razem z basistą Konradem Ratyńskim. A reszta zespołu wracała na raty. Brat został także dlatego, że jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego doleciała do Stanów Zjednoczonych jego ówczesna żona. I tam próbowali układać sobie życie. Zresztą, jak wielu innych Polaków. A później różnie to było. Andrzej przenosił się z Chicago do Nowego Jorku, miał nawet swój zespół. Aż w końcu, w 1990 roku, po raz pierwszy przyleciał do Polski na jubileusz 25-lecia istnienia naszego zespołu. I od tego momentu co roku przylatywał.

— To brat przyleciał już wtedy do wolnej Polski.
— Pamiętam, że w 1990 roku byliśmy w tzw. solidarnościowej trasie koncertowej. Było z nami wielu innych wykonawców, objechaliśmy kawał północnej Polski. A jeszcze wcześniej, w 1987 roku, kiedy wznowiliśmy działalność Skaldów (zespół formalnie nie istniał w latach 1982–1987 — red.), byliśmy na koncercie w Sopocie, który nosił tytuł „Czy nas jeszcze pamiętasz?”. A w skrócie to się nazywało „Dinozaury polskiego rocka wracają”. (śmiech)

— I od 1987 roku gracie nieprzerwanie. A w dzieciństwie kłóciliście się z bratem?
— Tak. Oczywiście nie zawsze, bo dlaczego mielibyśmy się zawsze kłócić? Ale były różne spory, czasami nawet rękoczyny. Myślę, że było to normalne. Dzisiaj za to już się w ogóle nie kłócimy. A o rękoczynach to już nawet mowy nie ma!

Rozmawiał Mateusz Przyborowski

Skaldowie
Zespół założony w Krakowie 1965 roku. Założycielami grupy byli: Andrzej Zieliński, Jacek Zieliński, Zygmunt Kaczmarski, Janusz Kaczmarski, Feliks Naglicki i Jerzy Tarsiński. Nazwa zespołu nawiązuje do skaldów, postaci nadwornych poetów w kulturze skandynawskiej. W latach 1982–1987 zespół formalnie nie istniał. W 1987 roku Jacek Zieliński (jego brat Andrzej zamieszkał w 1981 roku w Stanach Zjednoczonych) reaktywował grupę. Skaldowie są laureatami wielu nagród. Przez prawie 50 lat działalności nagrali 19 płyt w Polsce, trzy za granicą oraz sześć tzw. albumów nadprogramowych. W czerwcu 2006 roku zespół został odznaczony orderem Gloria Artis. Obecnie zespół tworzą: Andrzej Zieliński, Jacek Zieliński, Konrad Ratyński, Jerzy Tarsiński, Jan Budziaszek oraz Grzegorz Górkiewicz.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentowanie wyłączone

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB