Piątek, 16 listopada 2018. Imieniny Edmunda, Marii, Marka

Maanam był magiczny

2014-08-24 16:20:00 (ost. akt: 2014-08-24 16:10:23)

Autor zdjęcia: Filip Ćwik

— Gdyby popularność Maanamu była taka dzisiaj, to przy obecnych stawkach zafundowałbym panu helikopter, żeby przyleciał pan do mnie na wywiad. Wtedy popularność nie dorównywała zarobkom — mówi Bogdan Kowalewski, basista oryginalnego składu Maanamu i grupy Tadeusza Nalepy. Rozmawiamy z nim o talencie mierzonym w szklankach, reaktywacji Złotego Maanamu i… rezygnacji z udziału w tym projekcie.

— Jak się u pana zaczęła muzyka?
— W dosyć przypadkowy sposób i w dość zamierzchłych czasach, kiedy tylko w Radiu Luksemburg można było posłuchać zachodniej muzyki. To było zupełnie coś innego niż to, co słyszało się w polskich kołchoźnikach (śmiech). Gdy miałem 13 lat, mój kolega kupił gitarę. Tylko po to, żeby powiesić ją na ścianie. Pożyczał mi ją od czasu do czasu. Ja sobie zaczesywałem grzywkę, stawałem przed lustrem i bębniłem bez sensu, aż w końcu razem z bratem poszedłem na kurs gitary do ogniska muzycznego. Cały program trwał dwa lata. Nauczyciel, który to prowadził, powiedział, że jak zrobimy to wcześniej, pozwoli nam założyć zespół bigbitowy. Udało nam się w 3 miesiące.

— Ta pierwsza gitara to od razu był bas?
— Nie, pierwszy bas przyszedł później. Był zrobiony z mandoliny, gryf był przybity wielkim gwoździem do pudła, a struny się ledwo trzymały. Pierwszy bardziej profesjonalny instrument zrobił mój kolega z zespołu, bardzo zdolny manualnie człowiek. Dość długo go używałem.

— A kiedy muzyka zaczęła się na poważnie?
— Już wtedy było na poważnie. Wiedziałem, że nic nie będę innego robił.

— Jak doszło do pierwszego spotkania z Nalepą?
— Grałem w wielu układach amatorskich, czasem półprofesjonalnych, bo graliśmy też za pieniądze. Środowisko było dość małe, znaliśmy się wszyscy. W jednym z tych zespołów grałem z klawiszowcem, „Bohunem” Lewandowskim. On dostał angaż do Breakoutów wcześniej ode mnie. Myślałem, że go zjem z zazdrości. Chyba po roku czy dwóch latach zapukał do mnie do drzwi i powiedział: — Pakuj się, jedziemy do Józefowa, przedstawię cię Nalepie. Będziesz grał w Breakoutach. Wsiedliśmy w autobus, pojechaliśmy do Józefowa i w ciągu pół godziny byłem członkiem zespołu Breakout.



— To był 1975 rok. Miał miał pan wtedy 22 lata. Nalepa był już gwiazdą. Jak czuł się pan pośród wielkich?
— Cóż... byłem najmłodszy w zespole. Wtedy w Józefowie stałem przed Nalepą na baczność, bałem się cokolwiek powiedzieć. Tak samo bałem się przed pierwszym koncertem. Graliśmy dwa sety. Po pierwszym Tadek wziął mnie do garderoby, wypiliśmy po szklance... talentu i drugi poszedł już lepiej. Tę pierwszą trasę graliśmy w Holandii. To był duży szok cywilizacyjny. 1974 rok, ciężka komuna, a my gramy w klubie Paradiso, gdzie wcześniej występował Hendrix. Szok był na tyle duży, że... nic nie pamiętam (śmiech).

— Jak doszło do współpracy z Maanamem?
— Po Breakoutach, jako jeden z niewielu muzyków, odbyłem służbę zasadniczą w ludowym wojsku polskim w Wałczu. Grałem tam na dancingach. Wyszedłem z wojska, nie miałem co robić, więc znowu razem z „Bohunem Lewandowskim” zapisałem się do organizacji robotniczej przy Ursusie. Dostawaliśmy tam pensje za granie. Tam poznałem Pawła Markowskiego, perkusistę, który jako pierwszy dostał się do Maanamu. Po pierwszej płycie Krszysztof Olesiński, pierwszy basista Maanamu, przebranżowił się na jazz. Breakout dawał mi paszport do grania. Paweł skontaktował mnie z Markiem Jackowskim, a ten zaproponował mi posadę. Miałem długi, bo się zapożyczyłem na sprzęt. Wtedy gitary i wzmacniacze to były niewyobrażalne majątki. Cała rodzina się na to składała. Pojechałem do Tadka Nalepy zapytać, czy mogę, bo wtedy siedzieliśmy na walizkach i czekaliśmy na wypad do Rosji w dużą trasę koncertową. Tadek mi pozwolił, bo Rosja nie wypaliła. I tak trafiłem do Maanamu.

— Pierwszą płytę z pana udziałem otwiera utwór-żart, nazwany pana imieniem "Bodek", na którym słychać przełykanie napoju...
— Był pomysł, żeby przed pierwszym numerem na płycie ktoś powiedział: — O! I wypadło na mnie. Powiedziałem, że bez piwa tego nie powiem. Przynieśli całą skrzynkę. Po trzecim mi się udało.

— A tak swoją drogą... ktoś ze znajomych mówi do pana Bogdan, czy zawsze był pan Bodkiem?
— Tak, Bodek jestem. Niespecjalnie przepadam za pełną wersją swojego imienia.

— Stworzyliście ciekawy dźwiękowy kolaż. Nowofalowa Kora, melodyjny i oszczędny Marek Jackowski, szybka, dyskotekowa gitara Ryszarda Olesińskiego i pana pulsujący bas. Jaki był tamten Maanam?
— Magiczny. Zero kasy, dużo koncertów. Przyjeżdżałem do domu po dwóch tygodniach trasy, miałem trzy dni na przepierkę i musiałem wytłumaczyć jakoś mojej świętej pamięci matce, żeby mi dała parę groszy, bo jadę znowu w trasę. Nasz rekord to ponad 300 koncertów w ciągu roku. To był kierat, ale graliśmy... jak z nut.

— Byliście absolutnymi gwiazdami.
— Gdyby popularność Maanamu była taka dzisiaj, to przy obecnych stawkach zafundowałbym panu helikopter, żeby przyleciał pan do mnie na wywiad. Wtedy popularność nie dorównywała zarobkom. Mieszkałem w bloku, w jednym pokoju z rodzicami i nie stać mnie było na własne mieszkanie. Ale z drugiej, strony pieniądze, które wtedy zarabiałem, pozwoliły mi na bardzo swobodne przebywanie w polskich barach (śmiech).

— Stworzyliście zespół indywidualistów. Jaka była atmosfera za sceną w tamtym Maanamie?
— Spinki były, tego nie da się uniknąć, ale atmosfera była na tyle dobra, że wytrzymaliśmy ze sobą tyle lat. Bardzo miło wspominam te czasy. Przede wszystkim koncerty. To była jakaś magia, za którą bardzo tęsknię. W końcu ten zespół się rozpadł, bo nie mogliśmy na siebie patrzeć. Za dużo było tych koncertów. Organizatorzy zarabiali na nas kupę pieniędzy. Jeździliśmy do Katowic i przez dwa tygodnie mieszkaliśmy w hotelu Warszawa, grając koncerty na Śląsku. Jeden z organizatorów do pracy zaangażował całą swoją rodzinę. Wykupił połowę puli biletów po 50 zł, potem sprzedał je po 200 zł, a my graliśmy za 500 zł i była to i tak niezła stawka. Mieszkaliśmy w dobrych hotelach, ale nie stać nas było na obiad. Zupa grochowa z grzankami za 5 zł to był szczyt marzeń.

— Kto był liderem w Maanamie? Był w ogóle jakiś lider?
— Oczywiście. Absolutnym liderem był Marek Jackowski.

— Pana bas nie był jednak gdzieś w tle, jak to często bywa, a często wybijał się na pierwszy plan.
— Miałem pełną swobodę twórczą. Nikt mi nigdy basów nie pisał i nie sugerował, jak mam grać. To wszystko moje dźwięki.

— Oprócz fragmentu "Die Grenze".
— Oprócz solówki? No tak, ale to świadomy cytat z "Paint it black" Rolling Stonesów.

— Uważał się pan za wirtuoza? Był pan bardzo ceniony w branży.
— Nigdy takie głosy do mnie nie dotarły.

— W 2011 roku linia basowa z "Luccioli" w plebiscycie "Machiny" zajęła pierwsze miejsce, wyprzedzając wielu klasyków z Zachodu...
— To chyba dzięki mojemu jednemu głosowi, który na nią oddałem (śmiech). To była śmieszna historia. Znajomy napisał do mnie, że jest ten plebiscyt. Wszedłem na stronę i dowiedziałem się, że nazywam się Bogdan... Kwiatkowski. Napisałem wtedy do Piotra Metza, który organizował konkurs, że jest duże prawdopodobieństwo, że to ja tam gram, a nie Bogdan Kwiatkowski.

— Po Maanamie w 1987 roku los ponownie połączył pana z Nalepą. Szlagowski z Oddziału Zamkniętego i Lady Pank, Nowak z TSA, pan z Maanamu i Nalepa... W tamtych czasach to była supergrupa.
— Tak o nas mówiono. "Sen szaleńca" to świetnie nagrana płyta, dobrze zagrana i dobrze nagrana, choć może trochę niedoceniona.

— Jaka była atmosfera w tamtym zespole? Andrzej Nowak twierdzi, że stanowiliście jedną wielką rodzinę.
— Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Nie byliśmy łatwymi ludźmi, każdy z nas ciągnął w swoją stronę, ale Tadek potrafił to wykorzystać, związać, czuć było w tej formacji lidera. To był najcudowniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem.

— Czy da się porównać Nalepę i Jackowskiego?
— Obaj świetnie prowadzili swoje zespoły. Tadek, jak coś mu nie pasowało, potrafił ośmieszyć kogoś tak, że mu w pięty poszło i problem był zażegnany. Marek był inny, ale też czuło się jego charyzmę. Był bardzo kreatywny, przychodził z gotowymi utworami, grał to na gitarze i powstawał hit.

— W 1992 roku miał pan groźny wypadek samochodowy, który w zasadzie zakończył pana karierę gitarzysty basowego, a na pewno na wiele lat ją zawiesił. Co się wtedy stało?
— Przez trzy miesiące byłem przywiązany do łóżka. Gdy wyzdrowiałem, wypadek scenicznie ograniczał mnie na tyle, że nie mogłem tańczyć, ale też nigdy jakoś specjalnie na scenie się nie ruszałem. Choreografia zawsze była dla mnie rzeczą obcą. Większy problem był z tym, że po powrocie do zdrowia nie dostałem angażu do Maanamu. To spowodowało u mnie bardzo poważną depresję, która trwała wiele lat. Sprzedałem sprzęt, nie myślałem w ogóle o graniu...

— W szpitalu odwiedzał pana Nalepa.
— Mogłem sobie zegarek ustawiać według jego wizyt z Grażynką (druga żona Tadeusza Nalepy — red.). Tadek uratował mi życie. Przez te trzy miesiące, a także potem, nie chciało mi się zupełnie nic. On w prostych żołnierskich słowach wyjaśnił mi sytuację, w jakiej się znalazłem. Powiedział, żebym przestał pier... głupoty, a potem zaprosił mnie na koncert do Sopotu. Zająłem się pracą realizatorską. Zresztą to doświadczenie zdobyłem w Stanach też dzięki Nalepie. Jeszcze przed wypadkiem pojechałem z nim do USA, a właściciel klubu w New Jersey, w którym graliśmy, szukał realizatora dźwięku. Tadek powiedział mu: — No to słuchaj, Bodek zostaje u ciebie. Następnego dnia siedziałem za mikserem. Zostałem tam kilka lat, realizowałem między innymi Bajm, Lady Pank, Republikę, także Maanam.

— W Polsce współpracował pan między innymi z Leszkiem Możdżerem i Januszem Panasewiczem.
— Z Leszkiem Możdżerem pracowałem wspólnie z Rafałem Paczkowskim. To się nazywało "10 łatwych utworów na fortepian". Możdżer grał Preisnera. Potem, dzięki zdobytym kontaktom, realizowałem też wielką orkiestrę symfoniczną z 60-osobowym chórem. Totalny szok. Podjąłem się tego chyba tylko dlatego, że lubię ryzyko. W trudnych czasach bardzo pomógł mi Janek Borysewicz. Zamiast ryby dał mi wędkę. Byłem przez jakieś 11 lat akustykiem Lady Pank i miałem komfortowe warunki pracy. W międzyczasie wyprodukowałem też solową płytę Panasa.

— A jednak sięgał pan czasem po bas — linia basowa w utworze "Kamień i aksamit" De Mono jest pana autorstwa.
— Zostałem wynajęty przez Marka Kościkiewicza do pracy przy produkcji płyty. Wyszedł jakiś problem sekcyjny, wziąłem bas i zagrałem pilota. I właśnie to pierwsze próbne podejście poszło na płytę.

— Chyba tęsknota za sceną była dość duża, skoro zdecydował się pan na reaktywację Maanamu. Jak doszło do powstania Złotego Maanamu?
— Dwa lata przed śmiercią Marek Jackowski zaczepił mnie na Facebooku, składając życzenia bożonarodzeniowe. Porozmawialiśmy trochę, wypytał mnie, czy mam gitarę, czy gram. I tak od słowa do słowa postanowiliśmy spróbować jeszcze raz w oryginalnym składzie. Z Pawłem Markowskim na perkusji, Ryszardem Olesińskim na gitarze i Korą na wokalu. Marek składał to dwa lata. Udało mu się, ale Kora się wycofała. A potem ta bezsensowna śmierć... Cały czas siedzi mi to w głowie.

— Mimo to postanowiliście to kontynuować. Spodziewał się pan aż tak dużych kontrowersji?
— Szczerze mówiąc tak, ale chcieliśmy pociągnąć ten temat tylko ze względu na Marka. Chcieliśmy zaprezentować ponownie oryginalne brzmienie Maanamu. Tylko ludzie, którzy grali w oryginalnym składzie mogli to zapewnić. Marka nie było, ale solidnie przygotowywałem gitarzystę do grania jego partii. Zresztą kilka z nich tak naprawdę jest moich. Taki wolny blues o wojnie na przykład...

— "Jestem kobietą"?
— Tak. W przerwie nagrań w Krakowie pojechaliśmy w góry, gdzie Marek złamał rękę w nadgarstku. Wszystkie gitary, oprócz solówki, gram ja. Podobnie jak w "Wyjątkowo zimnym maju" z "Derwisza".

— Czy po wielu latach powrót do materiału był płynny? Nie musiał się pan uczyć tych utworów na nowo?
— Tego się nie zapomina, to jest jak z jazdą na rowerze. Drobne szczegóły, których nie pamiętałem, nadrobiłem w 5 minut.

— Zagraliście do tej pory tylko jeden koncert, dlaczego?
— Miała być trasa, niestety nic z tego nie wyszło, być może przez sponsora. W Kruszwicy myślałem, że zeżre mnie trema, ale okazało się, że w ogóle jej nie miałem. Brzmienie osiągnęliśmy bardzo podobne do oryginału.

— Będą kolejne koncerty?
— Jeśli będą, to beze mnie. Właśnie dzisiaj przyjęto moją rezygnację z zespołu.

— Dlaczego???
— Na początku podchodziłem do tego na dużych pozytywnych emocjach, później gdzieś to wszystko uleciało i stwierdziłem, że nie chcę jednak brać w tym udziału.

— Hejterzy?
— Nie, hejterzy na pewno nie, choć jest takich dwóch na facebookowym profilu złotego Maanamu, którzy krytykują, co się da. Zadecydowały względy prywatne.

— Będzie miał pan więc jeszcze więcej wolnego czasu. Co legendarny basista robi w wolnych chwilach?
— Głównie gram (śmiech). Mam w domu solidny warsztat muzyczny i po prostu gram. Ale też zajmuję się synem.

— Syn też gra?
— Gra, ale w piłkę. Ale lubi dźwięki — odróżnia moll od dur. Od czasu do czasu włączam mu gitarę, uruchamiam mu różne efekty dźwiękowe, pogłosy. Pobrzęczy 15 minut, aż mnie głowa rozboli i tyle z jego grania. Nauczył się jednego akordu i złapał bąbel na palcu. Co ciekawe — był z tego bardzo zadowolony.

— A w przerwie między grą i nauczaniem gry, papieros? Na archiwalnych klipach to pana nieodłączny atrybut.
— No tak. Palę praktycznie, odkąd gram na basie, czyli od 13 roku życia. Wychowałem się w trudnej dzielnicy — Praga Północ. Wszyscy palili, więc ja też. I tak mi już zostało.

Rozmawiał Łukasz Wieliczko
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Tomp #2562490 | 91.233.*.* 24 sie 2018 12:57

    Maanam to nie tylko Marek Jackowski i Kora. Każdy z członków zespołu miał duży wkład w rozwój zespołu. Niestety, niewielu o tym pamięta. Szkoda, że nie doszło do reaktywacji grupy jeszcze za życia Pana Jackowskiego. Szacunek dla WSZYSTKICH muzyków współtworzących Maanam w latach 80-tych i na początku lat 90-tych!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz