Piątek, 18 października 2019. Imieniny Hanny, Klementyny, Łukasza

Zawsze będzie ktoś lepszy od ciebie

2014-08-10 18:30:54 (ost. akt: 2014-08-10 17:32:34)

— Już na studiach chciałem sprawdzić się jako facet. Sprawdzić, na ile jestem w stanie sam zadbać o swój własny byt. Udało się — mówi Kuba Badach, frontman zespołu Poluzjanci, prywatnie mąż Aleksandry Kwaśniewskiej.

— Wrócił pan właśnie z urlopu. Daleko pan był?
— Na Mazurach. (śmiech)

— We wrześniu wystąpi pan w Olsztynie. Co usłyszymy?
— Zaprezentuję repertuar pochodzący z płyty "Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny". Album ten nagrałem w 2009 roku razem z grupą wspaniałych instrumentalistów. Zawiera on zupełnie nowe aranżacje i interpretacje piosenek z repertuaru Andrzeja Zauchy z różnych okresów jego działalności artystycznej. Na wrześniowym koncercie zagramy bardziej i mniej znane kompozycje, momentami w bardzo odważnych wersjach i w dużej obsadzie instrumentalnej, bo oprócz regularnego składu siedmioosobowego wystąpi z nami kwartet smyczkowy. To będzie nasz muzyczny hołd złożony wybitnemu artyście.

— Pamięta pan początek swoich sukcesów muzycznych? Scena, wielkie nazwiska i pan, 12-letnie dziecko, razem z nimi. I zachowanie rówieśników, którzy pozazdrościli panu sukcesów.
— Te rzeczy są okryte mgłą niepamięci. Część obrazów już się niestety zatarła. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy artystycznej przejechałem setki tysięcy kilometrów i byłem w tysiącach różnych sytuacji. Pamięć coraz więcej z tych przeżyć wyrzuca i robi miejsce na nowe obrazy. Ale tak, pamiętam, jak zrządzenie losu rzuciło mnie na bardzo szerokie wody. Miałem 12 lat, kiedy zacząłem współpracę z Wiesławem Pieregorólką. I jako 12-latek znalazłem się wśród wybitnych muzyków. Rok później zagrałem w koncercie-hołdzie zorganizowanym z okazji utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego. Był tam Grzegorz Ciechowski, Czesław Niemen, Adam Makowicz, Urszula Dudziak, Michał Urbaniak, grupa Walk Away — cała masa wybitnych muzyków. I Roman Polański oraz genialny tancerz Michaił Barysznikow, którzy wprowadzali mnie tego dnia na scenę: wybrali mnie, żebym zaczął ten koncert. To był 1989 rok. Moi rówieśnicy zobaczyli mnie wtedy w telewizji, niektórzy z nich faktycznie zareagowali niechęcią. Ale to chyba taka nasza, Polaków, absurdalna cecha narodowa: bezinteresowna zawiść. (śmiech)

— A pan? Miał pan wtedy świadomość, że bierze udział w czymś niezwykłym?
— Trochę tak, ale bardziej ekscytowało mnie wtedy to, że będę miał możliwość zagrania na prawdziwym koncertowym Steinwayu. Co prawda fortepian wjechał na scenę dla Adama Makowicza, a nie dla mnie, ale usiadłem przy nim pierwszy. Prawda jest taka, że dla wszystkich tych wybitnych muzyków byłem po prostu dzieckiem, a oni dorosłymi. Pewnie gdybym był już dorosły, to i nerwy byłyby o wiele większe.

— Ile osób pokonał pan w rywalizacji o miejsce w Akademii Muzycznej w Katowicach?
— O ile pamiętam, kandydatów było około 150, a miejsca dwa. Oba zostały przyznane dziewczynom, które miały po pół punktu więcej niż ja. Ale władze uczelni uznały, że nie mają akurat śpiewającego faceta, więc zaproponowali mi, żebym wskoczył na rok zerowy. Przez rok chodziłem więc na zajęcia bez indeksu. Ale dzięki temu zrobiłem bardzo dużo i kiedy później zdawałem egzamin, żeby oficjalnie dostać się na uczelnię, był on już tylko formalnością. Dostałem się więc na Akademię Muzyczną trochę przypadkiem, ale to był bardzo dobry wybór. Chciałem, co prawda, studiować kompozycję i aranżację, a skończyłem wydział wokalny. I chyba tak naprawdę właśnie wtedy śpiewanie stało się moja pasją. Zgłębiałem techniki, uczyłem się, jak śpiewać, żeby się nie męczyć. Bo wyjść na scenę na trzy utwory to najmniejszy problem. Ale zagrać i zaśpiewać trzydzieści pełnowymiarowych koncertów dzień po dniu? Do tego potrzebne są treningi. I ja wtedy musiałem się nauczyć, jak trenować. Metod jest bardzo dużo, są to m.in. ćwiczenia oddechowe. Ale to już raczej temat na pracę naukową niż wywiad.

— Może teraz pan zostać Elżbietą Zapendowską w spodniach i uczyć śpiewu innych, młodszych.
— Na razie mam za dużo własnych spraw zawodowych, żeby się tym zająć.

— Pewnie jednak obserwuje pan młodych, którzy chcą śpiewać. Ma pan upatrzonego kandydata do zostania artystą przez duże A?
— Od czasu do czasu biorę udział w warsztatach wokalnych i obserwuję ludzi, którzy się tam zgłaszają. Są to zwykle osoby, które już coś potrafią, bo przecież jak ktoś ewidentnie nie ma słuchu, to śpiewać nie będzie. Ale tacy nie zgłaszają się przecież na warsztaty wokalne. Nie jestem w stanie odpowiedzialnie powiedzieć, że z tego czy z tamtego kandydata coś będzie. Widziałem ludzi zdolnych, którym zabrakło pracowitości. Widziałem również pracowitych bez talentu, którzy bardzo chcieli do czegoś dojść. Ale także widziałem zdolnych i pracowitych, którzy nie wytrzymali. Nie radzili sobie z wieloma zadaniami, które były przed nimi. To nienormowany czas pracy, to ciągła nauka, bo mnóstwo rzeczy jest do nauczenia. Bez tego nie da się utrzymać w branży na odpowiednim poziomie. Czy zaczynający teraz ludzie sobie z tym wszystkim poradzą i będą na scenie za dziesięć czy dwadzieścia lat? Nie mam pojęcia.

— Może jeśli będą mieli przy sobie przyjaciół. U pana taką rolę pełnili rodzice?
— Tak. Chociaż dawali mi wolny wybór i wolną rękę. Nie zabraniali, ale przestrzegali. Kiedy powiedziałem, że chcę być muzykiem, tata i mama mówili: — Decyzja jest po twojej stronie, ale my wiemy, z czym to się wiąże. Tata przestrzegał: — Wybierasz jeden z najpiękniejszych, ale także jeden z najtrudniejszych zawodów na świecie. Dlaczego? Dlatego, że zawsze będzie ktoś lepszy od ciebie.

— Podjął pan decyzję, wytyczył sobie drogę i z niej nie zboczył. Nie chodzi pan po telewizjach śniadaniowych. Nie stał się pan celebrytą.
— Od małego rodzice uczyli mnie brania odpowiedzialności za swoje czyny. Ale tak naprawdę dopiero studia pokazały mi, że jestem gotowy na to, żeby zostać muzykiem, żeby to był mój zawód. Przecież już na studiach w 1997 roku po piosence "Małe szczęścia" mogłem pójść w tę stronę, o której pani mówi, bo kariera stała przede mną otworem. Ta piosenka podbiła serca i mogłem iść w stronę muzyki popularnej. Ale wybrałem The Globetrotters. Dołączyłem do swoich profesorów Jerzego Główczewskiego i Bernarda Maselego. Zdecydowałem się wtedy na wieloletnią "tułaczkę" po polskich i zagranicznych klubach jazzowych. Przy nich nabierałem szlifów. Gdybym poszedł w drugą stronę, to bym tego wszystkiego nie przeżył. Teraz wiem, że wybrałem dobrze. No i fajnie jest utrzymywać się z tego, co się kocha. Z mojej pracy czerpię przyjemność, ale też potrafi zapewnić mi byt.

— Chyba nie od początku?
— Kiedy jechałem na studia do Katowic, pożyczyłem od rodziców kilkaset złotych, żeby przetrwać pierwszy miesiąc. Już wtedy postawiłem sobie za punkt honoru, że to ostatnie pieniądze, jakie pożyczyłem. To był październik, a już w listopadzie miałem pierwsze koncerty z Katarzyną Gaertner. Nagrywaliśmy w studiu reedycję "Śpiewnika śląskiego". I już wtedy utrzymywałem się z bycia muzykiem. To oczywiście było wyzwanie, ale co tu dużo mówić, chciałem się też sprawdzić jako facet. Sprawdzić, na ile jestem w stanie sam zadbać o swój własny byt.

— Wystarczało tylko na przeżycie od koncertu do koncertu czy pozwalał pan sobie także na ekstrawydatki?
— Wtedy jeszcze szału nie było, ale wystarczało mi pieniędzy na godne życie. Generalnie zawsze byłem zadowolony ze swoich zarobków. Musze przyznać, że od tego czasu, czyli już od wielu lat, jestem w komfortowej sytuacji. Ale to wynik ciężkiej pracy i żelaznej konsekwencji.

— Czy kiedy dzisiaj spotyka się pan z rodzicami, na przykład w święta, mówią, że są z pana dumni?
— Nie tylko w święta, bo nam nie potrzeba świąt do utrzymywania bliskiego kontaktu na co dzień. Mam z rodzicami ciągle bardzo dobre relacje. Wiele razy słyszałem od nich, że są ze mnie dumni.

— Często wspomina pan o swoim bracie. Zdarza się, że bierzecie we dwóch plecaki i jedziecie gdzieś spontanicznie?
— Zdarzało się, ale w ostatnich latach nie było już na to szans. Teraz każdy z nas ma własny kalendarz, a w nim plany i obowiązki. Na spontaniczne akcje nie ma już niestety miejsca. Wszystko musimy planować ze sporym wyprzedzeniem. Oczywiście czasami pojawia się pokusa, żeby gdzieś się po prostu wyrwać, ale byłoby to zbyt egoistyczne. Zarówno ja, jaki i mój brat, często działamy zespołowo. W naszą pracę jest zaangażowanych wiele osób i takie nieplanowane wyjazdy psułyby plany im wszystkim.

— Pan jest w komfortowej sytuacji, ale nie każdy muzyk ma tak dobrze. Wielu z nich nie opłaca składek i nie nabywa prawa do emerytury, bo im po prostu nie wystarcza pieniędzy. Myśli pan, że to dobry pomysł, aby emerytury fundował im budżet państwa?
— Przychylam się do opinii, że najlepsza emerytura to ta, na którą sami sobie odłożymy. A kiedy przyglądam się funkcjonowaniu niektórych instytucji państwowych, to tym bardziej nabieram obaw.

— Ma pan na myśli ZUS?

- Też. Jestem zasmucony tym, jak to wszystko wygląda. Widzę dysproporcje choćby pomiędzy wystawnością budynków zajmowanych przez publiczne instytucje a wysokością emerytur starszych osób. A czy powinniśmy wszyscy zrzucać się na emerytury artystów? Powiem uczciwie, że nie mam zdania na ten temat, bo po prostu nie śledziłem dyskusji. Przez ostatnie miesiące, z krótką przerwą na urlop, siedziałem w studiu i starałem się ograniczać dostęp do mediów. W telewizji i internecie większość informacji przygnębia. To nie dla mnie. Często ludzie wypowiadają się na tematy, o których nie mają pojęcia. Sam jestem przeciwnikiem takiego zachowania i jeśli jakiegoś tematu dobrze nie poznam, to nie wypowiadam się autorytatywnie.

— Na koncert do Olsztyna przyjedzie pan z żoną?

— Nie sądzę. Nasze plany bardzo dynamicznie ewoluują i nie wiem, co się do tego czasu wydarzy. Zazwyczaj jest przecież tak, że gram kilka koncertów pod rząd. To jest moja praca, a nie wakacje. Do takiego wyjazdu ciężko namówić kogoś bliskiego. Bo jak go zachęcić? Harmonogram zajęć nie jest zbyt atrakcyjny. (śmiech) Najpierw godziny spędzone w samochodzie, próby zespołu, obiad, później scena, koncert, a potem pakowanie sprzętu, hotel i od rana to samo. Nie namawiam więc Oli na takie atrakcje. Staram się, żeby dom był domem, a praca pracą. I o to dbam.


Kuba Badach ma 38 lat. Jest kompozytorem, wokalistą, aranżerem, producentem muzycznym. Dwukrotny laureat Fryderyka, nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Znany jest przede wszystkim z wieloletnich występów w zespole Poluzjanci. Od 1999 roku występuje w zespole Bernarda Maselego The Globetrotters.

Współpracował z czołowymi postaciami polskiej sceny, takimi jak Ewa Bem (2 albumy, w tym płyta "Mówię tak, myślę nie", którą współkomponował i produkował, otrzymała nagrodę Fryderyk w kategorii Album Roku), Robert Janson (2 albumy, w tym wielki przebój "Małe szczęścia"), Kayah, Grażyna Łobaszewska, Katarzyna Gaertner, Dorota Miśkiewicz, Henryk Miśkiewicz, Włodek Pawlik, Anna Szarmach, Adam Sztaba, Mieczysław Szcześniak, Carrantouhill, Krzysztof Ścierański i wielu innych.

W roku 2009 Kuba Badach wraz z pianistą i aranżerem Jackiem Piskorzem oraz grupą czołowych polskich muzyków stworzył album "Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny" będący hołdem dla wybitnego, tragicznie zmarłego artysty. Na płycie znalazło się 14 utworów pochodzących z różnych okresów działalności artystycznej Zauchy, przedstawionych w zupełnie nowych, odważnych aranżacjach. Koncerty z tym repertuarem zostały entuzjastycznie przyjętę przez słuchaczy. Wiosną 2013 roku album osiągnął status Złotej Płyty.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. jack #1458425 | 87.199.*.* 11 sie 2014 00:29

    Kuba to świetny, bardzo utalentowany muzyk, ale - jak wnioskuje po przeczytaniu wywiadu - również świetny, mądry człowiek

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz