Poniedziałek, 19 listopada 2018. Imieniny Elżbiety, Faustyny, Pawła

Rola nie musi być główna, ważne, żeby była ciekawa

2014-08-09 13:40:58 (ost. akt: 2014-08-09 13:36:41)

Autor zdjęcia: Katarzyna Marcinkiewicz

— Traktuję aktorstwo zadaniowo. Tak widzą mnie reżyserzy, takie polecają mi zadania, a ja wykonuje je najlepiej, jak potrafię. Nie obrażam się, bo z tymi często głupowatymi postaciami można naprawdę sporo dobrego zrobić — mówi Sławomir Pacek, aktor filmowy, serialowy, dubbingowy i teatralny

— Wie pan, że dla mojego pokolenia jest pan aktorem kultowym?
— Tak? Dlaczego?

— Była taka scena w jednej z polskich komedii, znamienna zwłaszcza dla tych wszystkich nieszczęśników, którzy poszukują pracy...
— A, rzeczywiście. „Poranek kojota”. Bardzo dużo ciepłych słów spotyka mnie za tę rolę.

— Przypomnijmy: gra pan tam zestresowanego aktora na castingu do filmu, który nieudolnie próbuje wcielić się w postać gangstera, grożąc wyimaginowanej ofierze, że pokaże jej, gdzie raki zimują. „Oddzwonimy do pana” — mówi grany przez Stefana Friedmanna reżyser. I wcale nie przejmuje się tym, że grana przez pana postać nie ma telefonu… To mała, epizodyczna rola, a jednak odcisnął pan na niej swoje piętno.
— Tak się czasem udaje. Jak coś jest dobrze napisane, to niesie aktora na dodatkowych emocjach i na ogół wychodzi to efektownie. A ta scena rzeczywiście była bardzo ładna i zgrabna.

— Czy castingi istotnie bywają aż tak irracjonalne?
— Ta sytuacja była dosyć przerysowana, niemniej jednak castingowa rzeczywistość nie odbiega specjalnie od tej sceny. Casting to mocno improwizacyjna i dość stresująca forma. Nie zawsze to wychodzi.

— Pana egzamin do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie też tak wyglądał?
— Wydawało mi się, że przyszedłem przed komisję na dużym luzie, ale gdy potem rozmawiałem ze swoimi pedagogami, mówili mi, że byłem kłębkiem nerwów. Mając jednak przed oczami plejadę gwiazd znanych z filmów, telewizji i teatru, trudno się było nie zestresować. Andrzej Łapicki, Gustaw Holoubek, Jan Englert, Maja Komorowska… — każdemu ugięłyby się kolana.

— Do Warszawy przyjechał pan ze Starachowic. To był duży przeskok?
— No tak. Starachowice to sympatyczne i miłe, ale jednak prowincjonalne miasto. Od Warszawy dzieliła je przepaść. Ale gdzieś po drodze wymyśliłem sobie, że spróbuję. I nie żałuję, bo naprawdę robię to, co lubię.

— Jest pan raczej aktorem drugoplanowym. Łatka aktora charakterystycznego to dar czy przekleństwo?
— Nigdy nie zadawałem sobie tego pytania. Traktuję aktorstwo zadaniowo. Tak widzą mnie reżyserzy, takie polecają mi zadania, a ja wykonuje je najlepiej, jak potrafię.

— I nie ma pan żalu o brak głównych ról w filmach?
— Zawsze jest miło zagrać dużą rolę, więc oczywiście pewien niedosyt ciągle jest. Ale myślę sobie, że taki odpowiedni dla mnie scenariusz, jeśli jeszcze się nie pisze, to już jest w głowie jakiegoś scenarzysty.

— A jaką rolę chciałby pan zagrać?
— Jest kilka filmów, które są fantastyczne. Będę banalny, mówiąc o „Ojcu chrzestnym” czy „Rozmowie” Coppoli... A typ bohatera, jaki by mi odpowiadał? Myślę, że bardzo bliski jest mi Wojak Szwejk ze specyficznym Haszkowskim sposobem myślenia.

— Zazwyczaj jest pan obsadzany w rolach mało rozgarniętych obywateli…
— Tak mnie postrzegają reżyserzy. Widocznie się w tym sprawdzam, bo rzeczywiście takich propozycji nie brakuje. Nie obrażam się, bo z tymi często głupowatymi postaciami można naprawdę sporo dobrego zrobić. Tak jak choćby we wspomnianym „Poranku kojota” właśnie.

— Role główne też pan jednak grywa, choć nieco inaczej... To pan użycza głosu Asteriksowi.
— Tak, dubbing to taka gałąź, na której mocno siedzę. Rzeczywiście uzbierało się sporo takich ról. To specyficzny rodzaj pracy, ale bardzo przeze mnie lubiany.

— Łatwiejsza jest praca aktora czy dubbingowca?
— Nie oddzielałbym tych dwóch słów. Dubbing to też aktorstwo. W dubbingu jestem bardzo ograniczony. To swego rodzaju podwykonawstwo. Na to, żeby osiągnąć pełniejszy wyraz w tworzonej roli, składa się wiele czynników: tekst, dobry film, a reszta jest w rękach realizatorów i moich.

— Często bywa pan rozpoznawalny przez charakterystyczny głos?
— To się rzeczywiście zdarza. Choćby ostatnio, kiedy kupowałem pamiątki w Sandomierzu. Pani nie zwracała na mnie uwagi. Gdy usłyszała, jak zamawiam krzemień pasiasty, natychmiast się ożywiła i zaczęła mnie obsługiwać. (śmiech) To bardzo sympatyczne.

— W teatrze również bywa pan obsadzany w głównych rolach. Był pan lepszym Panem Tadeuszem od Michała Żebrowskiego, który zagrał Pana Tadeusza w filmie Andrzeja Wajdy?
— (śmiech) Żebrowski na pewno jest bardziej znanym Panem Tadeuszem. To było dość dawno. Spektakl reżyserował świętej pamięci Adam Hanuszkiewicz. Przygoda była fantastyczna. Zderzenie z tak wysoką literaturą to była rozkosz.

— Ma pan dość charakterystyczne zdjęcie na stronie warszawskiego Teatru Powszechnego. Wszyscy mają normalne zdjęcia typowo portretowe, natomiast Sławomir Pacek z rękami na głowie zdaje się pytać: Co ja tu robię?! Jak pan czuje się jako aktor teatralny?
— Z tego, co pan mówi, to chyba trzeba zmienić zdjęcie. (śmiech) Teatr jest moim podstawowym miejscem pracy i tu realizuję się najpełniej. Z wielką radością przyjmuję kolejne propozycje. Aktorstwo teatralne znacznie różni się od dubbingu i filmu. Tu jest więcej czasu, to takie pełniejsze ujęcie naszej pracy. Na deskach czuję jak ryba w wodzie.

— Najpierw był teatr, dubbing, czy telewizja?
— Na samym początku mojego myślenia o aktorstwie było radio. Słuchowiska Teatru Polskiego Radia chłonąłem intensywnie jako dziecko, być może nawet podświadomie. Drugim oknem, z którego sączyło się światło sztuki, był w moim wypadku Teatr Telewizji. Od czasu do czasu dochodził do tego jakiś film. Teatr był na końcu. Zawodowo było odwrotnie. Po skończeniu szkoły znalazłem się niemal od razu na deskach Teatru Nowego Adama Hanuszkiewicza.

— A potem?
— A potem to się wszystko przeplatało. Zagrałem w kilkudziesięciu spektaklach Teatru Telewizji w ostatnich latach jego świetności, równolegle trafiłem do Teatru Polskiego Radia. Potem był dubbing, reklamy, seriale i filmy.

— Jaki jest Sławomir Pacek prywatnie?
— A ja nie wiem, czy chcę mówić (śmiech). Prywatnie? Jestem taki jak większość. Przede wszystkim uwielbiam czytać. Jeśliby chcieć się czegoś uczepić, nie wypuszczam książki z ręki

— I jakie to są książki?
— Przeróżne. Ale z przyłożeniem środka ciężkości na ogólnie rozumianą historię.

— Wystąpił pan w filmie „Cudownie ocalony”, kręconym między innymi w Pasymiu. Często pan bywa na Warmii i Mazurach?
— Nie na tyle często, żeby uznać, że są to szczególnie bliskie mi rejony, chociaż każda wizyta jest... Hmmm… No, macie tam pięknie, nic dodać, nic ująć. (śmiech) Rzeczywiście, jakoś tak się złożyło, że zawodowo bywałem na waszych terenach dość często. Przed „Cudownie ocalonym” kręciłem w Jezioranach serial „Stacyjka”, w Ornecie — „Siłę wyższą”. Także zawodowo jestem bardzo związany z waszym regionem. A prywatnie... bywam od czasu do czasu. Ale nie tak często, jakbym chciał.

— Jakie ma pan najbliższe plany zawodowe?
— W Teatrze Powszechnym mamy dużą zmianę. Stanowisko dyrektora objął pan Paweł Łysak i wszyscy — ja również — jesteśmy podekscytowani, co to będzie. Od połowy sierpnia zaczynamy próby do przedstawienia „Wojna i pokój” według powieści Lwa Tołstoja w reżyserii Marcina Libera.

— Kogo pan zagra?
— Jeszcze nie wiem. Na razie zostałem zaproszony na pierwszą próbę. Nie wiem, czy obsada jest już wymyślona.

— A seriale i dubbing?
— Jeśli chodzi o seriale — na razie jest spokojnie pod tym względem. Więcej dzieje się w dubbingu. Chwilkę przed wakacjami podkładałem głos dla Optimusa Prime'a w „Transformersach”. Niedługo mam robić coś do „Pszczółki Mai”, ale jeszcze nie wiem, co...

—A śpiewa pan? Może trzeba nagrać na nowo piosenkę Wodeckiego?
— (śmiech) Czasem zdarza mi się śpiewać, w końcówce poprzedniego sezonu nawet rzeczywiście miałem premierę dwóch śpiewanych przedstawień, ale chyba oryginalna piosenka powinna zostać. Nie wyobrażam sobie, żeby można to było zrobić lepiej niż Wodecki.

— Pozostaje panu życzyć dobrej roli. Może wreszcie głównej?
— (śmiech) Rola nie musi być główna, ważne, żeby była ciekawa.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. mmm #1457897 | 82.139.*.* 9 sie 2014 23:48

    w '13 posterunku' grał z policjantami w kalambury. Był chyba krytykiem filmowym. 'Ostatni liść winogrona' pokazywał ;)

    ! - + odpowiedz na ten komentarz