Niedziela, 29 maja 2016. Imieniny Benity, Maksymiliana, Teodozji

Do domu wpadli Sowieci. "Już tutaj nie wrócisz”

2014-08-10 10:00:00 (ost. akt: 2014-08-09 13:59:32)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

Stawbury, powiat wileński. 21 kwietnia 1952 roku. Jest chłodna, wiosenna noc. O godzinie pierwszej w nocy zostaje wywieziona przez Sowietów rodzina Grażulów. Tego dnia skończyło się dzieciństwo 11-letniego Józefa Grażula, dziś księdza proboszcza z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pasymiu oraz 13- letniej Teresy, dziś siostry pallotynki, misjonarki na Ukrainie.

— Budzi nas walenie do drzwi. Mama otwiera. Do środka wpada siedmiu uzbrojonych Sowietów. „Masz godzinę”, mówią. „Zbierajcie swoje rzeczy i wychodzimy. Już tutaj nie wrócisz”. Posadzili nas przy stole, przyłożyli lufy do głowy i kazali spisywać życiorysy. Mama pakowała rzeczy — opowiada ksiądz Józef Grażul. — Byli dla nas życzliwi. Przy wyjściu cały czas pytali mamę, czy na pewno wzięła wszystko, co chciała. Kazali jej sprawdzać strych, piwnicę. Ale i tak wzięliśmy niewiele. Upchnęli nas do bydlęcego wagonu razem z 33 innymi rodzinami. Matki w ciąży, dzieci, starsi ludzie. Pociąg jedzie na wschód, potem na południe. Toaleta to wyrżnięta dziura w podłodze odgrodzona kocem. Nie ma okien, wodę pijemy tylko wtedy, gdy mężczyźni są po nią wysyłani na nielicznych stacjach. Na każdym przystanku jesteśmy przeliczani. Docieramy do Kazachstanu. Jest 1 maja 1952 rok. Wywożeni są wszyscy właściciele ziemscy, którzy nie zgodzili się oddać swoich posiadłości Sowietom, do kołchozu.

Dzięki Bogu, to nie Syberia
— Życie w kołchozie było ciężkie, ale i tak cieszyliśmy się, że nie wysłano nas na Syberię. Już w trakcie podróży wszyscy Polacy bali się, że pojadą właśnie tam. Każdy starał się zorientować, w jakim jedziemy kierunku. Ktoś miał mapę, komuś udało się dojrzeć znak stacji przez dziury w deskach wagonu. Tak zorientowaliśmy się, że przekroczyliśmy Wołgę i zmierzamy do południowego Kazachstanu — opowiada siostra Teresa. — Czasem na przystankach dawali nam coś, co miało być zupą, czasem dostawaliśmy wodę. Jeśli staliśmy gdzieś dłużej na bocznicy, żołnierze otwierali nam drzwi i mogliśmy pospacerować, oczywiście pod ścisłym nadzorem. Zawsze nas starannie przeliczali. Żartowaliśmy sobie z nich, parodiując ich wymowę, zmylając w liczbach. Byliśmy dziećmi, powaga sytuacji nie do końca do nas docierała — wspomina. — 1 maja wysiedliśmy na stacji w południowym Kazachstanie i zobaczyliśmy dziwnych ludzi: ciemne, skośne oczy, ciemna cera… Zaczęliśmy krzyczeć: ludojady! Później okazali się być naprawdę przyjaźni — dodaje.

Ksiądz Józef Grażul, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pasymiu, i siostra Teresa, która przyjechała do brata z Ukrainy
Przeczytałeś tylko 34% artykułu. Chcesz przeczytać całość?
Mam już konto Piano

Pozostała część artykułu dostępna jest dla abonentów Piano.
Pełen dostęp do tego i 44 innych serwisów internetowych w pakiecie Piano już od 9,90 zł tygodniowo.


Dostęp do Reportera, ciekawych wywiadów, obszernych reportaży oraz 40 innych czołowych portali w Polsce. Dołącz do czytelników ceniących dobrą informacje. Zarejestruj się w PIANO już teraz KLIKNIJ TUTAJ

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB