Piątek, 30 września 2016. Imieniny Geraldy, Honoriusza, Wery

Do domu wpadli Sowieci. "Już tutaj nie wrócisz”

2014-08-10 10:00:00 (ost. akt: 2014-08-09 13:59:32)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

Stawbury, powiat wileński. 21 kwietnia 1952 roku. Jest chłodna, wiosenna noc. O godzinie pierwszej w nocy zostaje wywieziona przez Sowietów rodzina Grażulów. Tego dnia skończyło się dzieciństwo 11-letniego Józefa Grażula, dziś księdza proboszcza z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pasymiu oraz 13- letniej Teresy, dziś siostry pallotynki, misjonarki na Ukrainie.

— Budzi nas walenie do drzwi. Mama otwiera. Do środka wpada siedmiu uzbrojonych Sowietów. „Masz godzinę”, mówią. „Zbierajcie swoje rzeczy i wychodzimy. Już tutaj nie wrócisz”. Posadzili nas przy stole, przyłożyli lufy do głowy i kazali spisywać życiorysy. Mama pakowała rzeczy — opowiada ksiądz Józef Grażul. — Byli dla nas życzliwi. Przy wyjściu cały czas pytali mamę, czy na pewno wzięła wszystko, co chciała. Kazali jej sprawdzać strych, piwnicę. Ale i tak wzięliśmy niewiele. Upchnęli nas do bydlęcego wagonu razem z 33 innymi rodzinami. Matki w ciąży, dzieci, starsi ludzie. Pociąg jedzie na wschód, potem na południe. Toaleta to wyrżnięta dziura w podłodze odgrodzona kocem. Nie ma okien, wodę pijemy tylko wtedy, gdy mężczyźni są po nią wysyłani na nielicznych stacjach. Na każdym przystanku jesteśmy przeliczani. Docieramy do Kazachstanu. Jest 1 maja 1952 rok. Wywożeni są wszyscy właściciele ziemscy, którzy nie zgodzili się oddać swoich posiadłości Sowietom, do kołchozu.

Dzięki Bogu, to nie Syberia
— Życie w kołchozie było ciężkie, ale i tak cieszyliśmy się, że nie wysłano nas na Syberię. Już w trakcie podróży wszyscy Polacy bali się, że pojadą właśnie tam. Każdy starał się zorientować, w jakim jedziemy kierunku. Ktoś miał mapę, komuś udało się dojrzeć znak stacji przez dziury w deskach wagonu. Tak zorientowaliśmy się, że przekroczyliśmy Wołgę i zmierzamy do południowego Kazachstanu — opowiada siostra Teresa. — Czasem na przystankach dawali nam coś, co miało być zupą, czasem dostawaliśmy wodę. Jeśli staliśmy gdzieś dłużej na bocznicy, żołnierze otwierali nam drzwi i mogliśmy pospacerować, oczywiście pod ścisłym nadzorem. Zawsze nas starannie przeliczali. Żartowaliśmy sobie z nich, parodiując ich wymowę, zmylając w liczbach. Byliśmy dziećmi, powaga sytuacji nie do końca do nas docierała — wspomina. — 1 maja wysiedliśmy na stacji w południowym Kazachstanie i zobaczyliśmy dziwnych ludzi: ciemne, skośne oczy, ciemna cera… Zaczęliśmy krzyczeć: ludojady! Później okazali się być naprawdę przyjaźni — dodaje.

Ksiądz Józef Grażul, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pasymiu, i siostra Teresa, która przyjechała do brata z Ukrainy

Pierwsze dni po przyjeździe
— Wyszliśmy z wagonów. Wozami przewieźli nas do kazachskiej wioski. Pierwszego dnia tubylcy przynieśli matce kociołek, żeby mogła zrobić nam jedzenie. Załamała ręce i zapytała: co mam im dać jeść? jak rozpalić ogień? Powiedzieli: nie martw się, w końcu sobie poradzicie. My wam damy ryżu, nauczymy gotować. I dotrzymali słowa — wspomina ksiądz Józef Grażul. — Nauczyli nas palić krowim nawozem, patykami i trawą, bo na stepie o drewnie można było tylko pomarzyć. Również nasze domy, małe, prymitywne lepianki zrobiliśmy z krowich odchodów. Kiedy wysychały, był jak cement. Wszystkie potrawy przygotowywaliśmy na zewnątrz, w środku nie było do tego miejsca. Żyliśmy w bardzo prymitywnych warunkach, a wszystko dało się wykonać z tłustej, lepkiej ziemi i nawozu. Przez pierwsze dwa lata ani ja, ani moje rodzeństwo nie mogło nawet marzyc o szkole. Pędzono nas do pracy na polach bawełny. Nawet później, kiedy zaczęliśmy uczęszczać do kazachskiej szkoły, cały czas musieliśmy pracować. Byliśmy głodni i wykończeni. Mama chorowała i chodziła opuchnięta z głodu. Mieliśmy tylko mały przydział chudego mleka i łysą działkę. Jeśli nasze uprawy uschły, głodowaliśmy.

Wróbel na obiad
— Mieszkając i pracując w kołchozie z czasem zaczęliśmy sobie radzić w prymitywnych warunkach. Było nam bardzo gorąco, w porze letniej woda była na wagę złota. Jedliśmy ptaki, które udało nam się złapać. Mieliśmy osobny sposób na łapanie wróbli: wystawialiśmy sznurek przez okno, a kiedy na niego siadały, były łapane w nieckę. To był jeden z naszych zwyczajnych posiłków — wspomina siostra Teresa. — Dbaliśmy też o ziemię, uprawialiśmy kartofle i ogórki. Jednak musieliśmy mocno pilnować nawadniania ziemi w tak gorącym klimacie. Pewnego dnia zostawiliśmy Józka z tą wodą. Kiedy wieczorem wróciliśmy do domu, wody nie było, a pole było uschnięte. Za to wszędzie stały fortece i zamki z błota. Józek z kazachskimi dziećmi zbudował własne królestwo — śmieje się.
— To było blisko 1955 roku, kiedy przyjechał do nas ojciec. Rok później wyjechaliśmy z kołchozu — dodaje ksiądz Grażul.

Widziałem czerwoną brodę
W 1944 roku wszyscy sprawni mężczyźni z kresów wschodnich zostali wcieleni przez Sowietów do pierwszego frontu białoruskiego. — Puszczano ich na pierwszą linię, aby wyginęli. Brano wszystkich sprawnych mężczyzn z grup partyzanckich i z AK. Nasz tata był wtedy na wojnie. Wrócił niedługo później. Nawet się nie spotkaliśmy, Sowieci od razu go zabrali. Został wywieziony do obozu jenieckiego w Mongolii. Budował tam linię kolejową do Chin. W 1953 roku, po śmierci Stalina pojawiła się nadzieja na powrót do domu. Tata został zwolniony w 1955 roku. Jednak trafić do nas musiał sam — opowiada Józef Grażul. — Został wypuszczony w województwie południowo- kazachskim, na bardzo rozległych terenach. Powiedziano mu: tu jest twoja rodzina, musisz ją znaleźć. Chodził i pytał o nas. W tym samym czasie kierownik naszego kołchozu powiedział do mamy „widziałem czerwoną brodę i to jest twój mąż”. Odparła: „mój mąż nie ma czerwonej brody”. Dwa tygodnie później przyszedł do nas ojciec. Był cały zarośnięty i wyblakły na brodzie od słońca tak, że rzeczywiście był rudy. Rzuciliśmy się na niego całą rodziną. Mama nie mogła uwierzyć — wspomina.

Powrót do Polski
— Pod koniec sierpnia 1956 roku wyjechaliśmy z Kazachstanu. Mogliśmy to zrobić tylko dlatego, że udowodniliśmy polskie pochodzenie i mieliśmy pieniądze. Tata zakamuflował książeczkę wojskową i carskie pieniądze w złocie.
— Kiedy wróciliśmy z Kazachstanu, zobaczyliśmy nasz stary dom w miejscowości Stawbury w powiecie wileńskim, ale już nic tam nie było. Mieliśmy rodzinę, było gdzie się podziać. Inni takiego szczęścia nie mieli. Obecnie ta miejscowość już nie istnieje. Została zniszczona przez Rosjan w latach 50. — wspomina losy rodzinnej miejscowości, w której przyszedł na świat w 1941 roku ksiądz Grażul.

— Pytaliśmy mamę, dlaczego jesteśmy różnych narodowości, choć z tych samych rodziców — opowiada siostra Teresa — Było to wynikiem polityki Stalina. Do 1941 roku zasada była taka: jeśli mieszkasz na Białorusi, jesteś Białorusinem. Mieszkaliśmy na pograniczu Litwy, gdzie w dokumentach do 1939 roku wstawiono narodowość polską. O sam wyjazd trzeba się było starać w różnych organizacjach: Czerwonym Krzyżu i urzędach, gdzie przedstawiało się dokumenty tożsamości. Nie wszyscy przesiedleńcy je mieli. Na szczęście mama zachowała wszystkie nasze metryki. Możemy jej dziękować, że udało nam się wrócić do Polski — podkreśla.

— Punkt repatriacyjny znajdował się w Białej Podlaskiej. Stamtąd trafiliśmy do Kochanówki koło Lidzbarka Warmińskiego. Szukaliśmy gospodarstwa, w którym moglibyśmy osiąść. Niedługo później znaleźliśmy opuszczone, poniemieckie gospodarstwo w Orzechowie koło Dobrego Miasta. Każdy z nas dostał 1000 złotych zapomogi z punktu repatriacyjnego, a sąsiedzi pomogli nam stworzyć gospodarstwo, dając kobyłę, cielaka i świniaka. Tuż po przyjeździe nie mieliśmy nic, więc chodziliśmy do sąsiadów na wykopki, żeby zdobyć kartofle na zimę. Teresa razem ze starszym bratem Jankiem zimą chodzili na młócenie zboża, żeby na wiosnę mieć pieniądze na własny zasiew. Kończyliśmy szkołę, pracując. Później gospodarstwo stanęło na nogi, a nam udało się pójść na studia. Ja wybrałem teologię, Teresa pielęgniarstwo, młodsza siostra nasiennictwo, a Janek budowę mostów. Rodzice byli dumni.

— To zasługa mamy, że razem z Józefem wybraliśmy taką drogę życiową — mówi siostra Teresa. — Wychowała nas w religijnym, chrześcijańskim duchu. Nawet w Kazachstanie co niedziela odprawiała symboliczne modlitwy. Ja już w wieku 20 lat wstąpiłam do zakonu, bratu zajęło to więcej czasu. Ostatecznie skończył teologię i przyjął święcenia.


Jesteśmy blisko mimo odległości
Ksiądz Józef Grażul do parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pasymiu trafił w 1987 roku i błyskawicznie zyskał sympatię parafian. — Podczas wizyty księdza, późniejszego biskupa Edmunda Piszcza w Kochanówce w mojej parafii dostałem propozycję przeniesienia się do Pasymia — tłumaczy ksiądz Józef. W ciągu 27 lat w Pasymiu pobłogosławił ok. 320 ślubów, ochrzcił 980 dzieci, udzielił sakramentu pierwszej komunii 1800 dzieciom, ok. 2100 dziewcząt i chłopców przyjęło sakrament bierzmowania. Odprawił około 12 600 mszy świętych. W tym czasie siostra Teresa jeździła po świecie „według potrzeb zgromadzenia”. — Każdy z nas dostaje przydział misji w różnych miejscach na świecie. Oczywiście może się nie zgodzić, ale rzadko nam to nie odpowiada — tłumaczy. Pierwsze trzy lata spędziła na misji na Białorusi, kolejne sześć w Bolonii we Włoszech. Obecnie od sześciu lat przebywa na Ukrainie, gdzie posługuje w parafii dla Polaków. — Do Polski przyjeżdżam tylko do lekarza i w odwiedziny do rodzeństwa. Mimo odległości jesteśmy ze sobą blisko — podkreśla.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB