środa, 23 października 2019. Imieniny Edwarda, Marleny, Seweryna

Rozmowa w amerykańskim stylu z synem Majki Jeżowskiej

2014-08-03 12:00:00 (ost. akt: 2014-08-03 11:32:33)

Autor zdjęcia: Mirosław Mamczur

— Amerykańskie filmy, nawet jeżeli historia, o której opowiadają, jest tragiczna, kończą się zazwyczaj dobrze. Gdy człowiek na takich filmach się wychowuje, to wyrasta w przekonaniu, że wszystko jest możliwe — mówi Wojtek Jeżowski, reżyser i producent, syn piosenkarki Majki Jeżowskiej.

— Trudno pana złapać. Czym pan jest tak zajęty?
— Robię spoty promocyjne dla klienta ze Stanów Zjednoczonych. Pod koniec sierpnia kręcimy teledysk do remiksu piosenki mojej mamy „Marzenia się spełniają
”.

— Kim pan właściwie jest? Producentem filmowym?
— Producentem i reżyserem.


— Jest pan twórcą krótkiego, ale znaczącego filmu, pokazywanego na YouTube, który miał ponad 3 mln 200 tys. odsłon. To „There Is a City” — rejestracja godziny "W" w Warszawie, gdy całe miasto się zatrzymuje. Jest pan młodym człowiekiem, który część życia spędził w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego zainteresowało pana powstanie warszawskie?
— To było po moich 30 urodzinach. Postanowiłem zacząć robić projekty, które mnie cieszą i kręcą. Pomysł był taki, by pokazać, jak wielkie miasto zamiera. Warszawa to przecież ruchliwa, zajęta sobą europejska metropolia. Bardzo chciałem, by ten film trafił odbiorcy zagranicznego, stąd angielski tytuł i napis na końcu „Find out why we do it” („Sprawdź, dlaczego to robimy”) z adresem strony internetowej o powstaniu. Wiele osób pracowało nad tym, by wizja tego momentu w filmie była jak najlepsza i to między innymi dzięki nim projekt odniósł sukces.


— Czy film dotarł do zagranicznego widza?

— Tak, sprawdzałem wyniki oglądalności na YouTube i ponad 60 proc. wyświetleń pochodziło z zagranicy.

— Jaki jest pana stosunek do powstania?

— Nie jest biało-czarny. Uważam, że gdybym ja żył w okupowanym sterroryzowanym państwie, to po kilku latach wyszedłbym na ulicę, żeby walczyć. Rozumiem, że powstanie wybuchło, bo ludzie mieli nadzieję, że przygotują się w ten sposób na wkroczenie Armii Czerwonej. Ale ze strategicznego punktu widzenia należało je być może inaczej zaplanować i zorganizować. Przecież Warszawa została zniszczona i bardzo dużo ludzi zginęło. Powstanie było tragedią, ale gdy spojrzymy na nie pod kątem emocji, widzimy, że potrzeba wolności była ogromna. Powiedziałbym, że zachowanie powstańców było amerykańskie, pełne optymizmu i poświęcenia się dla wolności. I to było bardzo piękne. Wiele wydarzeń w polskiej historii jest właśnie takich — z jednej strony są piękne i romantyczne, z drugiej tragiczne.

— Czym, pana zdaniem, polski patriotyzm różni się od amerykańskiego?
— Na pewnym poziomie, bardzo podstawowym, jest taki sam. Amerykanie, tak jak Polacy są romantyczni i reagują żywo na hasło „za wolność waszą i naszą”. W kulturze amerykańskiej poświęcenie się dla wolności czy innej wielkiej idei, jest kultywowane. Ale Amerykanie potrafią lepiej tę ofiarność ludzi przedstawić — i w filmach, i w literaturze.

— Może dlatego, że najczęściej wygrywali?
— Na pewno. Myśmy byli w trudnej sytuacji przez co najmniej ostatnich 200 lat. Ale dzisiaj powinniśmy wydobyć z naszych doświadczeń coś pozytywnego. Amerykańskie filmy, nawet jeżeli historia, o której opowiadają, jest tragiczna, kończą się zazwyczaj dobrze. Wszyscy się z tego śmieją. Ja jednak uważam, że gdy człowiek na takich filmach się wychowuje, to wyrasta w przekonaniu, że wszystko jest możliwe. Wiem, że nie będzie łatwo, ale jeśli będę ciężko pracował, poświęcę się i nawet jeśli poleje się krew, to wygram. W kulturze polskiej, przynajmniej jeśli chodzi o filmy, jednostka walcząca z systemem, przegrywa. Amerykanie mają film o Erin Brockovich, aktywistce walczącej na rzecz ochrony środowiska, a my mamy „Drogówkę”.


— I co z tą „Drogówką”?

— Film bardzo mi się podobał, bo jest pod każdym względem bardzo dobrze zrobiony. Ale ja trzymałem kciuki za bohatera. Bardzo chciałem, żeby wygrał. Wydaje mi się, że ludzie otoczeni przykładami sukcesu, zaczynają w siebie wierzyć. Natomiast przesłanie polskiej kultury jest takie, że najlepiej się nie wychylać.

— Rozumiem, że nie wyobraża pan sobie polskiego filmu o „okrągłym stole”? Choć to przecież sukces, ukoronowanie długiej drogi do wolności.
— Widziałem „Czarny czwartek” o grudniu 1970 roku. Film był słaby, ale ja podczas oglądania przeżywałem ogromne emocje. Chciałem ruszyć na tych strasznych zomowców. I bolało mnie, że złym ludziom się upiekło. Mamy takie fajne, ciekawe historie, ale nie potrafimy ich opowiadać. I boję się, że gdyby powstał film o okrągłym stole, to byłby zbyt dokumentalny i od razu podzieliłby widzów, na tych którzy są „za” i na tych, którzy są „przeciw”. Może jest jeszcze za wcześnie? A może po prostu trzeba by mieć fajny pomysł, żeby o okrągłym stole opowiedzieć. Widziałem, na razie tylko trailer, "Miasta44" Jana Komasy i bardzo się cieszę, że powstał taki film. To coś innego, nie tylko jeżeli chodzi o efekty specjalne, ale i o sposób opowiadania. Jest bardziej amerykański niż polski. Trzymam kciuki za ten film.

— Wychowywał się pan w Ameryce i w Polsce. Jak się wychowuje małych Amerykanów, a jak małych Polaków?

— O, to „grube” pytanie! Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że w amerykańskiej kulturze są propagowane pewne elementy, których u nas nie ma. Tam jest „American dream”, czyli przekonanie, że jeśli się wysilisz, to w końcu coś dobrego cię spotka. U nas tego nie ma. I mimo upływu 25 lat wolności, mentalność PRL-u, choć w małych dawkach, jeszcze się Polaków trzyma. Oczywiście, Amerykanie są mocarstwem, wygrywają wojny, latają w kosmos, więc jest im łatwiej. Ale jestem przekonany, że za kolejne 25 lat, może za 50 lat, w Polsce też będzie zupełnie inaczej.

— Jak pan wspomina amerykańską szkołę?

— Chodziłem do amerykańskiej i polskiej podstawówki.

— I jaka jest największa między nimi różnica?

— Może taka, że amerykańscy uczniowie muszą często występować przed klasą, przedstawiając raporty czy sprawozdania, prezentują jakieś idee. Osobno uczą angielskiego, czyli gramatyki i pisowni, a osobnym przedmiotem jest literatura — czytanie ważnych książek.


— A jak uczą się matematyki?
— Z matematyki nie byłem dobry — ani tu, ani tam.


— Czy amerykańska szkoła nauczyła pana samodzielności i kreatywności?

— Samodzielności na pewno tak, chociażby poprzez to, że częściej w amerykańskie szkole musiałem przygotowywać różne wystąpienia, na przykład o historii stanu. Nie przypominam sobie podobnych zadań w polskiej szkole.

— Pana mama robi bardzo amerykańskie wrażenie. Jest pełna energii, optymizmu i świetnie wygląda. Dobrze ją odbieram?

— Tak! Mama dużo robi, w bardzo wiele rzeczy się angażuje, może mniej niż kilkanaście lat temu, ale się nie poddaje. Nadal jeździ po Polsce i świecie z koncertami, a ja staram się pomagać jej w nowych projektach.

— Czy to ona miała wpływ na pana życiową postawę?

— Na pewno mniejszy niż by chciała. Ale to chyba normalne u rodziców. Odkąd pamiętam, obracałem się wśród znajomych mamy — artystów muzyków, ludzi bardzo ekspresyjnych i może przez to przez długi czas byłem nieśmiały. Na szczęście wyrosłem z tego.

— W jednym z wywiadów powiedział pan, że marzy o nakręceniu kolejnej części „Gwiezdnych wojen”. Rozumiem, że pana marzeniem jest po prostu kino.

— Tak, ale to już nie musi być nakręcenie fabularnego filmu, który dla wielu młodych filmowców jest takim świętym Graalem. Ja odkrywam różne inne formy opowiadania historii, na przykład seriale internetowe. Zrobiłem, chyba pierwszy na świecie, korporacyjny serial science fiction, zatytułowany „2020”, dla jednej z firm. Zaprosiliśmy do udziału angielskich aktorów, którzy przyjechali do Warszawy. Dostaliśmy kilka nagród, o filmie pisano m.in. w „USA Today” i „PC Magazine”. Czuję, że internet to przyszłość. Uwielbiam go, telewizji prawie w ogóle nie oglądam. I wierzę, że za pięć lat większość filmów będzie się kręcić z myślą o internecie, a rzadziej do telewizji.

— Przepraszam, ale jak się na tym zarabia? Istotą internetu, przynajmniej na razie, jest bezpłatny dostęp do treści.

— I tak, i nie. Nie mogę za dużo zdradzać, ale staram się tym zarabiać. W internecie dociera się do ogromnej liczby szczególnie młodych osób. Firmy z tego korzystają. Nie robią po staremu reklam, które lecą w telewizji i trafiają do określonej grupy osób. Można zrobić to samo, ale dotrzeć do o wiele szerszej, zróżnicowanej publiczności. Sztuką jest przekazanie treści tak, by stała się hitem internetu. To jeszcze nie jest nauka, jak w przypadku reklamy telewizyjnej, w której wykorzystuje się badania focusowe, ale to jest przyszłość. I ja tam celuję.


— Psychologia, którą pan skończył, w tym się panu przydaje?
— Nie aż tak bardzo, jak można by sądzić. Psychologia była fajną dziedziną ogólnorozwojową. Dużo dowiedziałem o metodach manipulacji i wpływu, ale ja ich nie stosuję.

Wojtek Jeżowski

Absolwent Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie, reżyser i producent, założyciel i szef firmy Black Rabbit. Pracował w TVN24, współpracował z CNN, France24 i BBC. Autor reklam telewizyjnych, video klipów, seriali internetowych, filmów krótkometrażowych i dokumentów. Laureat nagród branżowych: Webby Award Honoree, World Media Festival Grand Prix, Grand and Gold Awards, KTR Silver Award oraz Social Campaign of the Year.


MZG
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB