środa, 23 października 2019. Imieniny Edwarda, Marleny, Seweryna

Nie mam pewności, że ja to Paweł, a nie Łukasz - Golec uOrkiestra

2014-08-02 14:00:38 (ost. akt: 2014-08-03 11:34:54)

Autor zdjęcia: B. Śnieciński

— Jak góral wychodzi na scenę i gra, jest zwyczajnie szczery — mówi Paweł Golec, jeden z liderów Golec uOrkiestry. Rozmawiamy o zabawnych pomyłkach bliźniaków, nagraniach z Norbim i urlopie w Grecji. 14 sierpnia zespół wystąpi w Działdowie.

— Na początku chciałbym upewnić się, czy na pewno rozmawiam z Pawłem, a nie Łukaszem. Łatwo mnie oszukać.

— Zapewniam, że jestem Pawłem (śmiech).



— Dziennikarze często was mylą?

— Pewnie, cały czas się to zdarza. Można powiedzieć, że jest to już na porządku dziennym, ale za bardzo się tym nie przejmujemy. Tak naprawdę jesteśmy jednak zupełnie inni. Być może fizycznie dużej różnicy między nami nie ma, ale charaktery mamy odmienne, mamy kompletnie inne temperamenty. Z bratem inaczej też mówimy, inaczej śpiewamy. Może to banał, ale nie ma na świecie takich samych ludzi.

— Dzieciństwo z bratem bliźniakiem było pewnie zabawne?

— Zwłaszcza kiedy byliśmy na studiach w Akademii Muzycznej w Katowicach mieliśmy całe mnóstwo wspólnych rzeczy. Komórkę, samochód, nawet konto. Było tak aż do momentu, kiedy każdy z nas poszedł w swoją stronę, czyli póki nie pojawiły się na horyzoncie żony. Nie ukrywam jednak, że tamten układ był bardzo oszczędny i wygodny, było to nam na rękę. Zawsze mówię, że to była po prostu czysta natura. Komu zaufać, jak nie bliźniaczemu bratu?

— Słyszałem, że był mały problem podczas waszego chrztu. To prawda?
— Opowiadaliśmy o tym z uśmiechem, ale faktycznie mamy w albumie rodzinnym zdjęcia z naszego chrztu, na których sami siebie nie poznajemy. Nie wiemy, który jest który. Nie mam pewności, że ja to Paweł, a nie Łukasz. Na jednym zdjęciu napisane jest "P" na drugim "Ł", ale nikt nie wie na sto procent, czy jest to prawda. Na początku rodzice wiązali nam nawet wstążeczki: niebieską i czerwoną. Starszy brat mówił, że mimo to często i tak dochodziło do pomyłek. Z biegiem czasu staraliśmy się jednak odrobinę różnić.

— Wkrótce zagracie koncert w Działdowie, ale teraz jesteście na wakacjach.
— Tak, wypoczywamy wspólnie w Grecji... Jest taka "lampa", że woda w morzu jest jak w wannie (śmiech).

— Znalazłem inny ciekawy wątek łączący was w Warmią i Mazurami. Wiele lat temu współpracowaliście z pochodzącym z Olsztyna Norbim.
— Tak było. Kiedy byliśmy studentami, na pierwszym czy drugim roku, byliśmy jednocześnie muzykami sesyjnymi. Często zapraszano nas w tym charakterze. Byliśmy bardzo sprawni, na poczekaniu wymyślaliśmy różne riffy, artykulacje, pomysłami sypaliśmy jak z rękawa. W pewnym momencie staliśmy się bardzo wziętymi muzykami sesyjnymi. A wszystko zaczęło się od współpracy z Kayah. I jak poszła w Polskę fama, że jest takich dwóch chłopaków, automatycznie pojawiły się kolejnej propozycje. Po drodze był Norbi, którego bardzo mile wspominamy. Zawsze jak się widzimy, wracamy do tamtych czasów. Pamiętam, że nagrywaliśmy dźwięki w studio przy Radiu Olsztyn. Ale nasze olsztyńskie kontakty, to nie tylko Norbi — także Grzegorz Piotrowski, z którym występowaliśmy w Alchemik Acoustic Jazz Sextet. Zawojowaliśmy z tym zespołem całą Polskę, a potem i Europę. W kraju wygraliśmy wszystko, co było do wygrania, jeśli chodzi o muzykę jazzową.

— Bycie muzykiem sesyjnym było też pewnie dla was dodatkowym zarobkiem.

— Oczywiście. Zarobkowo gramy praktycznie od 14. roku życia, kiedy zmarł nasz ojciec. Było wiele zespołów czy orkiestr, które płaciły za udział w próbach. Można więc powiedzieć, że już od wczesnych lat dziecięcych byliśmy w "show biznesie". Na małą skalę, ale jednak.

— W tym roku przypada 15-lecie działalności Golec uOrkiestry, ale już za rok panu z kolei stuknie 40. Jest stres?
— Nie, bo dla mnie to dopiero początek drogi. Te naprawdę wielkie rzeczy jeszcze przed nami. Rozkręcamy się, sam nie czuję w moim życiu jakiejś bariery związanej z licznikiem, bo dalej czuję się jak młody student. W świecie muzyki jest jeszcze wiele do powiedzenia i pokazania. Muzyka, czy sztuka to takie dziedziny życia, w których nie ma mety. Nie ma tak, że idziemy do konkretnego miejsca i dalej już się nie da. To kwestia wyobraźni, bo tylko ona może nas ograniczyć. Muzyka ma być przede wszystkim piękną rzeczą. Wokół nas jest dużo muzyki, ale jaka jej część tak naprawdę zostaje w naszym sercu?

— Wychował się pan z bratem w muzycznym domu. Może to dobrze, że w tamtych czasach nie było tylu komputerów i internetu, wasza uwaga została przy muzyce?
— Czy ja wiem, komputery też były. Już od czwartej klasy jeździliśmy jednak na festiwal jazzowy do Warszawy. Nasz starszy brat Rafał studiował wtedy w Akademii Sztuk Pięknych i fundował nam bilety. To było dla nas święto. Na festiwal przyjeżdżała światowa czołówka, miałem to szczęście, że widziałem tych muzyków, byłem blisko sceny. Po latach także oni byli dla nas źródłem inspiracji, co pokazujemy na naszych płytach. Jazz, tak samo jak muzyka góralska, jest muzyką wolności.

— Pana pokolenie wychowało się w dużej mierze na teledyskach z MTV. Wy nie zachłysnęliście się muzyką zachodnią i zostaliście przy rdzennych brzmieniach.
— Nasze utwory być może brzmią jak rdzenne, ale teksty i linie melodyczne są współczesne. Co najwyżej brzmią nieco archaicznie — taki był nasz zamysł. Przede wszystkim pokazujemy, że w muzyce góralskiej jest po prostu prawda. Tam są brzemienia, których wielu muzyków nie może odkryć czasami przez całe swoje życie. Poza tym, jak góral wychodzi na scenę i gra, jest zwyczajnie szczery, dzięki czemu zwykły Kowalski może niemal dotknąć tych emocji i czuć ciarki na grzebiecie. A po to jest przecież stworzona muzyka. A jak jeszcze można się przy niej wzruszyć, to cóż może być piękniejszego? To najcenniejsze rzeczy, chociaż nie jest łatwo kogoś wzruszyć piosenką.

— Jako zawodowy muzyk słucha pan pewnie wielu gatunków muzycznych. Jest jakiś, który kompletnie do pana nie trafia?
— Przez lata graliśmy z wieloma muzykami. Z Pawłem Kukizem nagraliśmy jego największe przeboje, występowaliśmy też z Kayah, Marylą Rodowicz, Michałem Urbaniakiem czy Urszulą Dudziak. Mam jednak zasadę, że nie odrzucam czegoś z zasady. Nawet piosnkę disco-polo — jakieś "Mydełko Fa" — można pokazać w taki sposób, że słuchacz to kupi. Nie można mówić, że klasyka jest be, tak samo disco-polo. Proszę bardzo, niech taka osoba zrobi pioseneczkę, która będzie potem włączana 40 milionów razy na YouTube — tak jak było w przypadku zespołu Weekend, który przecież i tak nie był praktycznie nigdzie promowany. Dla porównania, piosenki Lady Pank nie cieszą się w internecie takim wzięciem.

— Czyli nie może być zbyt skomplikowanie?

— Umówimy się: Polacy nie są zbyt wybredni, jeśli chodzi o gust muzyczny. Zresztą jak cały świat. Wystarczy powiedzieć chociażby o Niemcach czy Włochach, gdzie kiedyś też królowało disco, tylko że śpiewane po włosku. Każdy powinien mieć swój materiał, który trafia do przeciętnego słuchacza, ale też przemawiający do nieco bardziej ambitnych osób.

Golec uOrkiestra
Zespół powstał w 1999 roku, od początku jego istnienia liderami są urodzeni w Milówce bracia Łukasz i Paweł Golcowie. Debiutancki album pt. "Golec uOrkiestra 1" odniósł wielki sukces, to właśnie z tej płyty pochodzą takie przeboje jak "Crazy is my life" oraz "Lornetka". Do dziś nagrali łącznie jedenaście płyt, na których znalazły się takie znane utwory jak "Ściernisko", "Słodycze" czy "Pieniądze to nie wszystko".
Obecnie zespół świętuje swoje 15-te urodziny. Z tej okazji ukazał się nowy, dwupłytowy album zatytułowany „The best of Golec uOrkiestra”, stanowiący podsumowanie dotychczasowego dorobku. Oprócz największych hitów nagranych w nowych wersjach, zawiera również utwory premierowe, w tym piosenkę „Młody maj”.
Źródło: golec.pl


erbe
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB