Czwartek, 25 kwietnia 2019. Imieniny Jarosława, Marka, Wiki

Szklana pogoda ma swój urok

2014-07-20 09:30:00 (ost. akt: 2014-07-19 18:40:01)

Autor zdjęcia: Jacek Gulczyński

— Zastanawiam się nad powrotem do muzyki bardziej rockowej — mówi "Gazecie Olsztyńskiej" Małgorzata Ostrowska. Na razie jednak piosenkarka relaksuje się pielęgnując swój ogród. Opowiada nam także, dlaczego nie została biologiem.

— Podobno obecnie Małgorzata Ostrowska zamieniła mikrofon na grabie i pielęgnuje ogród?
— Zgadza się. Już od wielu lat jest powszechnie wiadome, że każdą wolną chwilę poświęcam na prace w moim ogrodzie. Może nie mam dla niego wystarczająco wiele czasu, pewnie nie jest wystarczająco zadbany, ale lubię go.

— Zamiłowanie do przyrody to nie przypadek, miała być pani biologiem, to prawda?

— Faktycznie miałam taki plan. Całe szczęście nic z tego nie wyszło. W swoim życiu miałam wiele rożnych pomysłów na zawodową karierę, jednak biologia była tym najbardziej rzeczywistym. Właściwie, to brakowało naprawdę niewiele, żeby ten plan zrealizować. A właściwie interesowała mnie biochemia, biologia molekularna i na którymś z takich kierunków chciałam studiować. Teraz, kiedy zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym dostała się na biologię… Nie mogę sobie tego wyobrazić. Natura jest mi bardzo bliska, ale satysfakcjonujący jest dla mnie kontakt z nią poprzez zajmowanie się ogrodem czy opiekę nad moimi zwierzętami. Tyle mi wystarczy.

— Biochemia, biologia molekularna to dziedziny ścisłe, a jest pani artystką. Niecodzienne połączenie.

— To kompletnie się ze sobą nie łączy i nie układa. I dlatego to naprawdę dobrze, że nie zostałam biologiem. Nie jestem umysłem ścisłym, nigdy nie byłam chemicznym czy biologicznym geniuszem. Po prostu mam przekorną naturę i pewnie myślałam o biologii, bo miałam świadomość, że przewyższa ona moje możliwości. Przypuszczam, że nie poradziłabym sobie na studiach biologicznych.

— W takim razie całe szczęście wygrała muzyka. Kiedy odkryła pani w sobie talent?

— Praktycznie od dziecka, czyli od 7 roku życia chodziłam do szkoły muzycznej. Była w mojej rodzinie taka tradycja. Wszystkie moje kuzynki i kuzyni uczyli się w szkołach muzycznych. Oczywiście nie wszyscy związali się z muzyką zawodowo, ale muzyka w naszej rodzinie zawsze była bardzo ważna. Kiedy miałam 11 lat moja starsza siostra, która właśnie kończyła szkołę muzyczną, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do szkolnego big-bandu, w którym do tej pory śpiewała. Miałyśmy tak podobne głosy, że rozmawiając przez telefon rodzice mylili nas ze sobą. To była więc zupełnie logiczna podmiana. Zastępując moją siostrę związałam się z big-bandem Koliber przy szkole muzycznej w Szczecinku, który prowadził Krzysztof Powalisz. To był bardzo ważny etap dla mojego dalszego życia zawodowego.

— Lombard powstał jeszcze w Estradzie Poznańskiej. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, zespół ekspresowo zyskał popularność i uznanie.
— Na pewno były to czasy, kiedy bardzo wierzyliśmy w naszą muzykę i to co robiliśmy. Mieliśmy do spełnienia misję, śpiewaliśmy o tym, co było w tamtym czasie niezwykle ważne. Ta nasza wiara była siłą sprawczą, dzięki niej zaangażowaliśmy się w nasz zespół i muzykę bez końca. Byliśmy młodzi, szukaliśmy prawdy… Nie należy też pomijać odrobiny szczęścia. Bez niej pewnie wiele rzeczy by się nie udało.

— Początki zespołu przypadają na bardzo trudny czas dla Polski, dla zespołu wręcz przeciwnie.

— Nie wiem czy "wręcz przeciwnie"... To były trudne czasy dla wszystkich, także i dla nas. Mieliśmy problemy z cenzurą, z wyjazdami, z paszportami, a także ze zwykłą codziennością. Ale mieliśmy ważne cele przed sobą, o nich śpiewaliśmy i ludzie chcieli nas słuchać. Z biegiem czasu te ważne rzeczy zostały zrealizowane, a my i nasza publiczność dorośliśmy. Wówczas zaczęły być istotne inne kwestie, takie jak jakość tekstów i muzyki. Publiczność zaczęła weryfikować rzeczy, które wcześniej były dla niej na drugim planie. Część zespołów tego nie przetrwała, ich muzyka nie obroniła się. Natomiast Lombard sprawdził się też w nowych czasach, dzięki czemu byliśmy obecni na scenie kolejne lata.

— Kiedy zdecydowała się pani na karierę solową, trudno było pani oderwać od siebie łatkę Lombardu i przyzwyczaić publiczność do Małgorzaty Ostrowskiej?

— Do końca się to nie udało, tak samo jak Lombard do dziś nie oderwał od siebie łatki Małgorzaty Ostrowskiej. To nie jest dla mnie żadne obciążenie. W końcu Lombard to jest też moja historia, w dodatku bardzo brzemienna w skutkach. Mam swój udział w tym, co udało się osiągnąć zespołowi. Podobnie Lombard ma udział w tym, że ludzie wiedzą kim jest Małgorzata Ostrowska. Do tej pory jestem kojarzona z Lombardem, a on ze mną. Na koncertach wykonuję dawne piosenki zespołu, a on moje. Nie widzę w tym niczego złego. Najwyraźniej nasz historyczny związek jest nieśmiertelny i już tak zostanie.

— Tak jak nieśmiertelna jest „Szklana pogoda”. Nie denerwuje to pani?

— Są chwile, kiedy rzeczywiście mam jej dość. Ale nie zmienia to faktu, że do tej pory wykonuję ją podczas koncertów i za każdym razem ta „Szklana pogoda” jest nieco inna i ma swój urok. W chwilach, kiedy jestem nią zmęczona, myślę sobie, że wielu bardzo dobrych artystów chciałoby mieć przebój, który publiczność będzie kochać tyle lat. Poza tym, proszę pani, nie ma co się zżymać czy obrażać. Trzeba się z tego cieszyć.

— Rozpoczynając karierę solową zmieniła pani również swój wizerunek i muzyczne brzmienie. Dlaczego?

— Jestem człowiekiem, który lubi zmiany i kiedy ich w moim życiu nie ma, czuję się źle. Zmiany sprawiają, że nie stoimy w miejscu, dlatego nigdy się ich nie bałam ani nie unikałam. Oczywiście, kiedy wracałam na scenę po siedmioletniej przerwie miałam obawy. Zastanawiałam się czy te zmiany i mój powrót się udadzą. Nie wiedziałam czy publiczność mnie jeszcze zechce słuchać. Okazało się, że tak. Fani zgotowali mi wielkie przyjęcie i zaakceptowali zmiany, które zaszły w moim wyglądzie i muzyce. Jestem im za to wdzięczna.

— To kiedy następne zmiany?

— W sensie zawodowym raczej nie planuje rewolucji. Rekompensuję to sobie za to na innych polach. Próbuję wielu rzeczy w muzyce bardziej popowej. Choćby od czasu do czasu biorę udział w projekcie „Grechuta”, ostatnio śpiewałam piosenki Andrzeja Zauchy… Nie ograniczam się do jednego gatunku. Natomiast jeśli chodzi o moją muzykę, to zastanawiam się nad powrotem do muzyki bardziej rockowej, czyli trochę powrotu do korzeni. Nie chcę o tym za dużo mówić, bo moje plany nie nabrały jeszcze określonego kształtu, ale myślę o tym.

— Pani ostatnia płyta to płyta koncertowa „Gramy” (2012 rok). Natknęłam się informację, że wiele osób odradzało pani nagrywanie płyty koncertowej. Jak pani ocenia to teraz?

— Myślę, że nagrałam tę płytę za późno. Ona powinna ukazać się kilka lat wcześniej. Płyty koncertowe są dość trudnym tematem, bo zwyczajnie kiepsko się sprzedają, szczególnie w Polsce. Odbiorcy wolą ulegać czarowi produkcji muzycznej, która jest tworzeniem fikcji. Pięknej, ale wciąż fikcji. Bo tylko słuchając artystów na żywo można poczuć ten ich specyficzny nerw, który posiada każdy muzyk. Dzięki temu czujemy artystę i to jaki jest naprawdę, a nie widzimy wizję producenta.

— W Polsce artyści coraz częściej wybierają playback zamiast grania muzyki na żywo.

— Nie oceniam nikogo, ale wolę występować na żywo. Kocham koncerty, dają mi niezwykłą energie.

— Obecnie scena muzyczna roi się od wykonawców różnych gatunków, jest też duża rotacja artystów. Pani pozycja chyba jednak pozostaje niezagrożona?

— Mam nadzieję, że tak jest (śmiech). Jednocześnie wiem, że z czasem wszystko blednie i na topie są młodzi ludzie. To prawo naturalnego następstwa.

— Smutno to zabrzmiało…

— Ale nie ma w tym niczego przygnębiającego. Takie jest życie. Wciąż pojawiają się nowi artyści, scena muzyczna zmienia się dynamicznie. Cieszę się, że mam fanów, którzy wciąż są ze mną i chcą mnie słuchać.

— Zawodowo współpracuje pani ze swoim synem Dominikiem. Czy trudno występuje się z rodziną?

— Wcale nie jest trudno, bo mam wspaniałe dziecko. Pracujemy ze sobą już jakieś 8 albo 10 lat. Niestety znowu zapomniałam ile dokładnie, pewnie Dominik się obrazi, bo zawsze mylą mi się te lata (śmiech).
Na początku syn pracował ze mną jako pracownik techniczny, a drugi sezon gra w zespole. Ale miał i cały czas ma swoją kapelę. Może za wiele o nich nie słychać, bo grają za mocną muzykę, żeby sprzedać ją szerzej. Jednak z tego co wiem, do końca im to nie przeszkadza. Wracając do jego udziału w moim zespole, to myślę, ze dojrzał to tego żeby występować razem ze mną. Wnosi do zespołu bardzo dużo energii i charyzmy. Jest nam ze sobą bardzo dobrze.

— Czyli syn idzie w ślady znanej mamy?
— Nigdy nie było z jego strony żadnej wielkiej chęci pójścia w moje ślady. Nie było też przekory czy chęci buntu, żeby kompletnie odciąć się od muzyki. Podobnie jak z zawodem jego ojca, który jest plastykiem i fotografikiem. Syn skończył studia w kierunku grafiki użytkowej, więc wziął coś również z niego. Dominik próbował swoich sił w różnych dziedzinach, do czego zawsze go zachęcałam. Uważam, że powinien znaleźć swoją drogę i cieszę się, że on również tak myśli. Mam nadzieję, że będzie jeszcze eksperymentował. Ale teraz bardzo się ciesze, ze gra ze mną.


Urodzona 2 maja 1958 roku w Szczecinku. Studiowała w Studiu Sztuki Estradowej przy Estradzie Poznańskiej, gdzie śpiewała wraz z grupą wokalną Vist (z Wandą Kwietniewską, Andrzejem Sobolewskim i Grzegorzem Stróżniakiem).

Jest laureatką Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, gdzie w 1975 roku zdobyła główną nagrodę Złoty Samowar za interpretację piosenki „Słowiki” („Соловьи”). W roku 1981 została wokalistką zespołu Lombard, który przez lata znajdował się w czołówce polskich zespołów rockowych. W tym okresie Małgorzata Ostrowska kilkakrotnie zdobyła tytuł „wokalistki roku”, zagrała ponad 1100 koncertów w Polsce i za granicą, nagrała 10 płyt. Album Lombardu „Śmierć dyskotece” uzyskał status złotej płyty i sprzedał się w nakładzie przekraczającym 400 tys. egzemplarzy, co wedle obecnej klasyfikacji stanowi poczwórnie platynową płytę. W filmie „Podróże Pana Kleksa” pojawiła się jako królowa Aba śpiewając „Meluzynę”.

Największe przeboje Lombardu z Małgorzatą Ostrowską to między innymi „Taniec pingwina na szkle”, „Szklana pogoda”, „Znowu radio”, „Adriatyk, ocean gorący”, „Stan gotowości”, „Mam dość”, „Gołębi puch.” Jej współpraca z zespołem trwała przez dziesięć lat. W roku 1999, po siedmioletniej przerwie, rozpoczęła karierę solową.
źródło: Wikipedia
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB