środa, 23 października 2019. Imieniny Edwarda, Marleny, Seweryna

Taką mam rolę, że odbieram porody

2014-07-06 12:00:00 (ost. akt: 2014-07-14 13:44:13)

Autor zdjęcia: Vanessa Kurmin

— Kobiety z piątką z przodu nie są już tak mile widziane na scenie. I ta zasada dotyczy praktycznie każdej pracy — mówi Małgorzata Grażyna Kurmin, 51-letnia aktorka musicalowa i modelka z Olsztyna. Udziałem w wyborach „Miss po 50ce” udowadnia, że życie nie kończy się po pięćdziesiątce, a z każdego kryzysu można się podnieść.

— Kiedy wpisuje się pani nazwisko w wyszukiwarkę, można znaleźć prawie pięć tysięcy wyników, w tym połowa dotyczy pani kariery aktorskiej i modelingu. Jest pani sławna?
— Naprawdę? Mi wyskakują jakieś dwie, trzy informacje dotyczące tego, że jestem w agencji aktorskiej. Nieliczne z nich dotyczą sztuki regionalnej, w której gram, produkuję i wystawiam. To „Godzina szczęścia” na podstawie twórczości Marii Zientary- Malewskiej. Może to dlatego, że szukam tylko takich informacji? Bo ja absolutnie się sławna nie czuję.

— Pani zdjęcia są jednak popularne w sieci.
— A to akurat oczywiste! Karierę zaczynałam w czasach, w których nieznana aktorka nie mogła zaistnieć w filmie polskim, dopóki nie pokazała swoich wdzięków. Podstawą było fizyczne obnażenie, a jeśli do tego miała talent, mogła rozpocząć karierę. Choć moje obecne zdjęcia są już zupełnie inne, bo mają służyć do innych celów.

— Takich jak udział w wyborach „Miss po 50ce”?
— Przede wszystkim takich, ale nie tylko.

— Start w takim plebiscycie pewnie wymagał niemałej odwagi. Stresuje się pani?
— Trochę tak, ponieważ widzę, że internauci nie do końca wiedzą, o co w tym chodzi. Wielu z nich wydaje się, że to po prostu konkurs piękności dla starszych kobiet, ale jest zupełnie odwrotnie. To pierwsze ogólnopolskie wybory i projekt społeczny, który dotyczy kobiet po 50-ce — mówi o ich problemach, odrzuceniu i ma ułatwić im integrację międzypokoleniową. A ponieważ moje życie obfitowało w różne wydarzenia, myślę, że jestem bogata w mądrość życiową, którą warto się dzielić. Doświadczyłam traumatycznych zdarzeń i dostałam drugą szansę od losu. To, że osoba, która chce pomagać, jest uśmiechnięta i dobrze wygląda, jest dodatkowym plusem. Bo uśmiech i optymizm to podstawa w życiu z problemami (śmiech).

— Poza modelingiem jest pani matką, aktorką musicalową, aktorką serialową i prowadzącą warsztaty z kuchni śródziemnomorskiej. Nie za dużo jak na jedną osobę?
— Nie, dlaczego? Wszystkie kobiety mają w sobie wiele pasji, a moje są teraz po kolei odkrywane. Pasja jest czymś, co jest moją siłą napędową do życia i dodaje mi skrzydeł. Dlatego teraz jestem tak bardzo aktywna, choć przyjęło się, że to młodość jest czasem rozpędu. Ale mnie właśnie teraz rozpiera energia i zamierzam ten czas wykorzystać jak najlepiej.

— Jedna z tych pasji, czyli tradycyjna kuchnia śródziemnomorska narodziła się we Włoszech.
— Przez 20 lat byłam zmuszona gotować po włosku, nic więc dziwnego, że stało się to jednym z moich nawyków. Obecnie prowadzę warsztaty z tradycyjnej kuchni śródziemnomorskiej połączonej z nauką języka włoskiego, ale nie są one moim priorytetem. Przede wszystkim chcę wrócić na scenę i zacząć robić to, co kocham najbardziej: grać.

— Jednak powrót na scenę nie jest taki prosty. Co jest największą przeszkodą?
— Metryka. Okazuje się, że kobiety z piątką z przodu nie są już tak mile widziane na scenie, jak te dwudziestoletnie. I ta zasada dotyczy praktycznie każdej pracy. Po powrocie do Polski zarejestrowałam się jako bezrobotna, cały czas szukając zatrudnienia. Muszę powiedzieć, że było ciężko — jak się okazało, nawet opiekunka do dziecka powinna być młodą dziewczyną. Starsze osoby są po prostu dyskryminowane. Nawet teraz, kiedy szukam dodatkowego zarobku, ciągle jestem pytana o wiek. A kiedy tylko pracodawcy dowiadują się, że mam 51 lat, od razu tracą zainteresowanie. Sytuacja na scenie jest dokładnie taka sama. Dla kobiet po 50-ce po prostu się nie pisze sztuk.

— Widziałam jednak panią w kilku najnowszych produkcjach. Role położnej w „Na wspólnej” czy Jadzi w „Klanie” pokazują, że chyba można pokonać tę dyskryminację.
— Można. Trzeba tylko pamiętać, że występowanie przed kamerami zawsze się będzie różniło od prawdziwej sceny. Jeśli chodzi o występy na żywo, byłam nawet w teatrze, jednak jak widać mnie nie chcieli. Cóż, w sumie ciężko się dziwić, skoro moje osiągnięcia są kojarzone z produkcją „Ballada o Januszku” z 1986 roku... Póki co cieszę się, że od pięciu lat mogę śpiewać w chórze przy Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej. Robimy dużo projektów, w których przydaje się moje obycie sceniczne nabyte po ośmiu latach pracy w teatrze muzycznym w Gdyni. To było jeszcze za czasów dyrekcji Jerzego Gruzy i pięknych polskich prapremier światowych musicali jak np. „Skrzypek na dachu” czy „Jesus Christ Superstar”, z którymi objeżdżaliśmy całą Polskę i zagranicę. Kocham bycie na scenie i cieszę się za każdym razem, kiedy mogę na niej występować.

— Ale w polskim kinie też znalazła pani swoje miejsce?
— Ja mam specyficzne miejsce w kinematografii polskiej. Najczęściej jestem obsadzana jako pani woźna, sprzątaczka... A nie, przepraszam, to obecnie jest „obsługa urządzeń sprzątających”. W „Na Wspólnej” po raz kolejny grałam położną, odbieram tam wszystkie porody. W „Blondynce” miałam mały epizod, w którym grałam salową. Mam więc swoją szufladkę w polskim kinie. I żadnej roli się nie boję!

— Czyli od początku ciągnęło panią na scenę?
— Edukację artystyczną zaczęłam od szkoły muzycznej I i II stopnia w Olsztynie, więc na początku był raczej śpiew i muzyka. Potem dostałam się do Studia Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Na 300 kandydatów przyjęto ok. 30, więc uznałam, że muszę z tego skorzystać. To była magia, prawie mistycyzm, spotkanie z perfekcją wykonawstwa i scenicznym temperamentem profesjonalnych aktorów musicalowych, nauka o przeszłości teatru muzycznego i kładzenie podwalin pod przyszłość tegoż teatru. To wszystko wciągnęło mnie jak narkotyk... Podczas 20 lat mojej nieobecności w Polsce próbowałam zapomnieć o tej mojej artystycznej pasji. Jak widać, bez skutku. Nawet moja córka Vanessa Kurmin na co dzień obcuje ze sztuką, studiuje malarstwo, rzeźbę i fotografię.

— Wspominała pani o 20 latach emigracji. Dlaczego wyjechała pani do Włoch?
— W tamtych czasach (koniec lat 80. przyp. red), najlepszą formą zarobkową dla artystów były kontrakty zagraniczne. Ja początkowo wyjechałam na paszport służbowy, żeby pracować w klubach nocnych i miejscach rozrywkowych. Na imprezach robiło się za tzw. VIP-y i zabawiało gości, a to dawało spore pieniądze. Na miejscu poznałam ojca mojej córki, który był tancerzem pochodzącym z Rumunii. Te mieszane korzenie dały jej zresztą bardzo ciekawą urodę. Kiedy pojawiło się dziecko, musiałam tam zostać. W międzyczasie przyszedł czas na drugi związek, tym razem z Włochem i wtedy chciałam już tam zostać na zawsze.

— A jednak pani wróciła.

— Wróciłam, ponieważ byłam ofiarą przemocy domowej. Byłam w bardzo toksycznym związku i to mocno odbijało się na moim zdrowiu psychicznym. Musiałam uciekać i ratować siebie. Do rodziny zadzwoniłam i poinformowałam ich o ucieczce, siedząc już w autokarze do Polski. Moja córka została tam chwilę dłużej, bo musiała skończyć szkołę. Miała oczywiście pretensje, ponieważ żadne dziecko nie chce być wyrywane ze znanego środowiska, jednak to było dla niej lepsze od patrzenia, jak jej matka jest bita przez partnera. Bo widziała to niejednokrotnie...

— Powrót pewnie nie był łatwy?

— Szukałam pracy, poddawałam się terapiom psychologicznym i starałam się odzyskać wewnętrzną równowagę. W pewnym momencie Urząd Pracy w Olsztynie dał mi do zrozumienia, że marnuję swoje zdolności i zmusił do napisania projektu artystycznego. Założyłam działalność, wróciłam do śpiewu i poczułam, że odżywam na nowo.

— Czy mimo wszystko tęskni pani za słoneczną Italią?

— Na pewno nie do pogody, bo zdecydowanie wolę olsztyński klimat! Słońce jest potrzebne, ale 40 stopni przez 3-4 miesiące non stop nie jest moim marzeniem. We Włoszech bardzo podobało mi się dziedzictwo kulturowe, zabytki, które tam są mocno widoczne i pielęgnowane. Brakuje mi świeżych owoców morza. Na pewno nie brakuje mi tego, że Włosi uważają się za pępek świata. I mimo iż mają w tym dużo racji, to jest to trochę odrzucające. Ja akurat trafiłam do regionu, w którym obcy są niemile widziani. Nie czułam się tam dobrze i wiedziałam, że nigdy nie będę jedną z nich, nawet mając obywatelstwo. Bardzo chciałam coś tam znaczyć, a cały czas musiałam podporządkowywać się partnerowi. A ja nie chciałam takiego życia, w którym nie mogłam mówić i myśleć ani nawet ubierać się tak, jak tego chciałam. Za każdym razem, kiedy protestowałam przeciwko temu, byłam bita albo maltretowana psychicznie.

— Jakie to uczucie powrócić do swojej pasji po 20 latach?

— To nie było powstrzymywanie. W tamtym okresie zupełnie straciłam głos i nie mogłam śpiewać, co było zewnętrznym odbiciem moich problemów. Mówiłam bardzo rzadko, a śpiewać nie byłam w stanie w ogóle. Dopiero, gdy wrócił wewnętrzny spokój i pogoda ducha, zaczęłam śpiewać i wychodzi mi to coraz lepiej. Wreszcie czuję się kompletna. — Czy wewnętrzny spokój i entuzjazm może być sposobem na drugą młodość? — Kto powiedział, że już nie jesteśmy młode? Dlaczego wszyscy tak bardzo przejmują się metryką? Dla mnie nie ma ona znaczenia. To jest jedyna rzecz, której nie możemy zmienić w życiu, a wszystko inne możemy kształtować. To, co mamy w środku, nie zależy od tego jak wyglądamy. I muszę przyznać, że teraz wyglądam fizycznie lepiej, niż w momencie powrotu do Polski. Właśnie wszystko zależy od wewnętrznego spokoju, entuzjazmu i samorealizacji. Jaka jestem naprawdę? Przede wszystkim czuję się wewnętrznie spełniona, bo jestem szanowana, coraz bardziej doceniana i jestem w rewelacyjnym towarzystwie pań po 50-ce (śmiech).
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB