Poniedziałek, 24 czerwca 2019. Imieniny Danuty, Jana, Janiny

Po jego obrazy przyjechał nawet David Lynch

2014-06-15 14:40:00 (ost. akt: 2014-06-15 14:40:35)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Kopalnia jest nawet dobra dla artysty, bo może w niej zakosztować prawdziwego życia — mówi Erwin Sówka, malarz z Katowic, który w czwartek otworzył w Olsztynie wystawę swoich prac. Jego obraz kupił m.in. amerykański reżyser David Lynch. Niedawno na ogródek działkowy pana Erwina przyjechał cały autokar Finów. Też coś kupili.

— Gdy kilka lat temu David Lynch (twórca "Twin Peaks" był wtedy w Polsce w sprawie studia filmowego - red.) przyjechał do Katowic spotkał się pan z nim. O czym panowie rozmawialiście?
— O zwykłych rzeczach. Pan David Lynch też maluje. Pogadaliśmy o sztuce. On po amerykańsku, a ja po śląsku. Śmieszne to było, ale się porozumieliśmy, bo tłumacz wszystko przetłumaczył. Ale głównie rozmawialiśmy o kobietach. On mówi:
— Widzę, że malujesz Murzynki, a ja jestem ożeniony z Murzynką… Więc ja z kolei: — To bardzo fajnie, ja też lubię brązowe baby! Opowiadałem mu nasz śląski kawał. On też mi jakiś kawał opowiedział. I tak rozmawialiśmy może z pół godziny. Bo wiadomo, on zabiegany, już na niego czekali. Zapraszał mnie do Ameryki. Chętnie odwiedziłbym Nowy Jork, ale kto by za to zapłacił?

— Inny mistrz kina, Lech Majewski namówił pana do wystąpienia w swoim filmie „Angelus”.
— Z Majewskim to było tak: chciał nakręcić komedię pozytywno-metafizyczną o Śląsku. Opowiedziałem mu, jak żyliśmy kiedyś na Śląsku i to go zainspirowało. Ale czerpał też z metafizyki artysty-malarza Teofila Ociepki, który brał swoją wiedzę z niemieckich pism okultystycznych. Wyszło jak wyszło.

— Jak pani przyjęła ten film? (zwracam się do towarzyszącej nam pani Irmgardzie, żonie pana Erwina)
— Za dużo seksu.

— Jest pan z zawodu górnikiem. Kiedy pan po raz pierwszy zjechał na dół? Ile pan miał wtedy lat?
— Chyba dwadzieścia… Powiem panu szczerze: Nie chciałem być nigdy górnikiem. Chodziłem do szkoły górniczej, ale tylko rok. Ciężko mi było się odnaleźć. Może z powodu dzieciństwa?

— A jakie ono było?

— Można powiedzieć, że tragiczne. Spędziłem wojnę w Niemczech, a tam wiadomo były bombardowania. Ale nasz pobyt tam miał też aspekt pozytywny: mój ojciec pracował w kopalni rudy żelaza. W Westfalii. Dzięki temu uniknął wojska, czyli Wehrmachtu. W 1945 roku wróciliśmy do Katowic.

— To jaki był ten pierwszy pana zjazd na dół…
— Przy pierwszym zjeździe na dół to najbardziej bolały mnie uszy od zmiany ciśnienia. Ale czułem ciepło, jak w środku Barbórki czyli św. Barbary! Czasem było ciężko. Jak to mówią: raz na wozie, raz pod wozem.

— Były takie momenty, kiedy pan czuł zagrożenie życia?
— Palec mi zgniotło.

— A tąpnięcia?
— Raz tak tąpnęło, że mój towarzysz zawołał: My zginęliśmy! Ja mu mówię: Nie zginęliśmy, przecież żyjemy!

— Długo pracował pan w kopalni?
— 30 lat.

— Myślał pan na dole o malowaniu?
— Myślałem o tym, żeby to pioruństwo namalować. Ale musiałem się z marzeniami pożegnać i skoncentrować na pracy, żeby zarobić i utrzymać rodzinę. Kopalnia jest nawet dobra dla artysty, bo można w niej skosztować twardego życia, kopalnia czyni z niego mężczyznę. Ale lata mijały i czułem się trybikiem tej maszyny. Ciężko było. I nie były to zarobki, które opisywali w „Trybunie Robotniczej”. Ale trzeba było z tym żyć. Kopalnia z jednej strony była przekleństwem a z drugiej dobrocią, bo dorobiłem się w niej emerytury.

— Bohaterkami pana obrazów są kobiety.
— Kobiety… ja się boję kobiet. Dziś są inne kobiety niż kiedyś. Chcą być niezależne. Nie wiadomo czy to jest droga w dobrym kierunku. Dzisiaj kobiety nie znają swojego miejsca. Jestem pełen poszanowania do roli kobiet, ale nie mamy szczęścia na tym świecie, ani kobieta, ani mężczyzna. A na kobiety trzeba mieć biblijny pogląd. Pan Bóg podzielił im jednak role: nam to, im to. Ja maluję kobiety takie jakie chciałbym żeby były. Kobiety z kosmosu. Takie boskie.

— Czy żona jest na pana obrazach?
— Jest wszędzie. Tu i tu (pan Erwin pokazuje obrazy). Przemalowuję ją (śmieje się). Ja maluję tak, żeby kobiet nie obrażać, by potem po łbie nie dostać!

— Kobiety nie krytykują pana malarstwa?
— Jeszcze nie. Nawet dzieciom się moje obrazy podobają.

— A kolekcjonerzy? Skąd o panu się dowiadują?
— Różnie. Tego nie dociekam. Kupują, nie powiem, ale przydałoby się więcej. Bo pieniądze nie uszczęśliwiają, ale pomagają żyć.

— Jeśli to nie tajemnica: jak drogie są pana obrazy?
— Różnie. Od dwóch i pół tysiąca.

— Do?
— Do kilku tysięcy. To zależy od obrazu.

— Gdzie jest pan najbardziej znany?
— W swoim środowisku, na Śląsku. Ja jestem artystą niezależnym, bo mam emeryturę. Z malowania nie muszę żyć.

— Jak rodzi się obraz? Czy od razu widzi pan obraz całości?
— Jak śpię, szczególnie nad ranem mam najlepsze są pomysły. Obraz najlepiej przeżyć wewnętrznym widzeniem. Potem otoczenie. Ono mnie pobudza. Architektura Katowic. Nikiszowiec. Z dziada pradziada jesteśmy związani z Nikiszem, z tym osiedlem górniczym, które jest sercem Śląska (Erwin Sówka ma na sobie koszulkę z Nikiszowcem).

— A sztuka współczesna? Jak pan ją widzi?
— Moim zdaniem nie ma nic wspólnego z głębokim humanizmem. Nie ma w niej esencji duchowej, esencji boskiej.

— Niektórzy traktują pana jako prymitywistę…
— Ludzie są bardzo prymitywni…

— W pana sztuce jest wiele ze sztuki klasycznej i mitologii hinduskiej. Wymaga pan od widza by trochę wiedział o tym świecie…
— Ale dzisiaj jest telewizja. Każdemu coś obiło się o uszy…

— Jest pan jedną z najbardziej popularnych osób na Śląsku. Jak by pan opisał Śląsk dzisiejszy…
— W moim dzieciństwie byli Ślązacy. Po wojnie Śląsk stał się eldorado i zaczęli przyjeżdżać kowboje. I stało się to co się stało.

— Czyli co?
— Śląsk stał się tylko miejscem zarobku. Zarobić i uciec. A ci co przyjechali nie mieli swojej tożsamości, bo stracili i zdradzili swoją tożsamość. Śląsk trzeba mieć we krwi. Prawdziwych Ślązaków już nie ma.

— Ale pan jest…
— To poza mną i innymi starszego pokolenia. Ale jesteśmy w mniejszości.

— Co pan myśli o tym współczesnym świecie?
— Ma się takie wrażenie, że człowiek współczesny nie żyje w świecie bożym tylko w świecie wytworzonym przez innych ludzi. Ale gdy chcemy gdzieś odpocząć, to gdzie jedziemy? Na łono natury. To jeszcze to co po Bogu zostało. Szczególnie młodzi powinni uważać żeby ciągle być ludźmi myślącymi, pełnymi miłości i wiary.

— A jakie ma pan przesłanie dla młodych artystów?
— Niech się nie wstydzą malować świata takim jaki by chcieli mieć. Współczesna sztuka jest pewnego rodzaju zagraceniem umysłu. Dzisiejsze akademie idą w tym kierunku żeby niszczyć talenty. Młodzi artyści mogą ukończyć szkoły, ale muszą spojrzeć na świat własnymi oczami.

— Czy ktoś panu pokazał jak ma malować?
— Nie. Robiłem błędy tak długo, aż wszedłem na właściwą drogę.

— W takim razie może pan powiedzieć, że jest pan samoukiem?
— Tak właściwie można określić.

— Wszystko co osiągnął pan w sztuce zawdzięcza pan sobie?
— Lubię patrzeć na malarstwo wielkich mistrzów jak Leonardo. Ja ich podziwiam. Ich technikę i wiedzę. Ale to było dobre w tamtych czasach. Dziś są inne czasy. Człowiek ma inne potrzeby. Tak zawsze będzie.

— Czyli to co pan maluje jest malarstwem na dzisiejsze czasy?
— Tak mi się wydaje. Moje malarstwo nie jest staromodne. Ja jestem malarzem współczesnym. Np. mojej żonie namalowałem trzy obrazy poświęcone Bogu Krisznie na tle góry Kajlas.

— Skąd bierze się taka intensywna kolorystyka pana obrazów?
— Pamiętam, jak po tych ośmiu godzinach pracy w ciemnicy na dole, szczególnie zimą, wyjeżdżało się na słoneczny świat, to od uderzenia jasności, światła i koloru można było dostać porażenia. Trzeba się było do tego przyzwyczaić.

— Czyli takie iluminacje po wyjeździe z kopalni wpłynęły na pana sposób patrzenia i malowania?
— Może tak było. Górnicy głównie malowali swoje marzenia. Każdy chciał mieć swój własny świat. Im bardziej się starzeję to szukam tego boskiego sacrum. Swojej własnej religii. Myślę że Pan Bóg się na to nie obrazi.


Marek Barański


Sonia Wilk z Muzeum Śląskiego w Katowicach, kurator olsztyńskiej wystawy Erwina Sówki
— Kim jest Erwin Sówka? Najprościej odpowiedzieć za Gombrowiczem: Erwin Sówka wielkim malarzem jest. Absolwenci akademii mogą mu pozazdrościć tego, że nie ma problemu ze zbytem swoich prac. Wręcz przeciwnie, jego obrazy natychmiast się rozchodzą. Niedawno na działkę pana Erwina przyjechał cały autokar Finów, emerytowanych pracowników muzeów. Pan Erwin powiesił swoje obrazy na siatce okalającej działkę by mogli je zobaczyć. Jeden obraz został natychmiast kupiony.
Kobiety Sówki mają kształty Wenus z Willendorfu, matki-rodzicielki. To jest ideał kobiety na Śląsku. Przez wiele lat kobieta szczupła na Śląsku uważana była za kobietę chorą i zabiedzoną. Nie mówię tu o otyłości. Kobieta powinna mieć krągłe kształty, szerokie biodra i biust. Wtedy jest „apetyczna” nie tylko dla Erwina Sówki, ale i dla wielu mężczyzn, choć boją się do tego przyznać.
Jest dwóch żyjących autentycznych artystów nieprofesjonalnych z Polski zaistniałych w sztuce światowej. W malarstwie to Erwin Sówka, a w grafice Jan Nowak. Przyjaźnią się i obaj zawodowo wywodzą się z górnictwa.


Z Katowic do Olsztyna
Erwin Sówka urodził się 18 czerwca 1936 roku w Giszowcu (dzielnica Katowic), w rodzinie górniczej. Emerytowany górnik, który jako artysta-plastyk osiągnął światowy rozgłos. Ma swój biogram w Światowej Encyklopedii Sztuki Naiwnej. Jest jednym z bohaterów filmu fabularnego Lecha Majewskiego „Angelus” (2001 rok). Artysta mieszka w Katowicach na dziesiątym piętrze wieżowca z wielkiej płyty
W Galerii sztuki BWA w Olsztynie (budynek planetarium) w czwartek Erwin Sówka otworzył wystawę swoich prac liczącą 130 obrazów. Na wystawie, która będzie czynna przez całe lato, znalazły się prace z muzeów w Katowicach, Zabrzu, Radomiu, z kolekcji prywatnych i ze zbiorów własnych artysty.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB