Czwartek, 9 kwietnia 2020. Imieniny Mai, Marcelego, Wadima

Złotowski: Pierwszy ultramaraton przebiegłem przez przypadek

2014-05-18 18:10:00 (ost. akt: 2014-05-18 18:20:57)

— Pierwszy ultramaraton przebiegłem przez przypadek. Miałem pokonać 31 km i zejść z trasy. Ale tak dobrze mi się biegło, że zrobiłem 62 km. I tylko telefon od żony ściągnął mnie do domu — mówi Michał Złotowski, urodzony w Iławie ratownik medyczny, który kocha biegać na długich dystansach. Najdłuższy, jaki pokonał, miał 112 kilometrów i 147 metrów.

- Jest już popołudnie. Biegał pan dzisiaj?

- Tak, rano trenowałem prędkość. Przebiegłem w sumie około 12 km. Wieczorem mam zaplanowany bieg regeneracyjny, około 15-kilometrowy.

- Zastanawiam się, jak to możliwe, że jest pan w stanie pokonać np. 70 km biegiem. Część moich kolegów uważa, że to nadludzkie. Zapytam wprost, jest pan pod tym względem nadczłowiekiem?

- To nie jest nadludzka zdolność. Gdyby człowiek nie był w stanie przebiec takich dystansów, to najprawdopodobniej gatunek ludzki byłby już przeszłością. Tylko szybkie i sprawne ciało pozwalało przetrwać naszym przodkom. Teraźniejsza technika z jednej strony polepsza komfort życia, z drugiej jednak skutecznie zabija nasze pierwotne instynkty. Na szczęście możemy je sobie przypomnieć. Kluczem do opanowania sztuki pokonywania długich dystansów jest ciało i psychika. Trzeba nauczyć się panować nad jednym i drugim. Nie da się tego zrobić od razu. Jeśli się zapuściliśmy, to nie wstaniemy z fotela i nie przebiegniemy kilkudziesięciu kilometrów, ale trenując regularnie, da się to osiągnąć.

- Kiedy zaczął pan biegać?

- Biegam, bo ciężko mi się zatrzymać. A tak na poważnie, to moja przygoda z bieganiem zaczęła się jeszcze w Iławie, w szkole podstawowej. Pamiętam, że w tym okresie dobrze mi szły krótkie dystanse. W mojej rodzinie zawsze się mówiło, że jesteśmy sprinterami. Nie dyskutowałem z tym zagadnieniem, tylko biegłem na 100 czy 400 metrów, ile sił w nogach. Miałem wówczas problem z utrzymaniem tempa na dystansach 1500 czy 3000 metrów. To dość ciekawe, bo np. testy Coopera w tym okresie zaliczałem z wysokimi wynikami. W szkole średniej całkowicie porzuciłem biegi i życie sportowe. Liceum wspominam dobrze, choć nie miało to nic wspólnego ze sportem wyczynowym (śmiech). Na początku studiów rozpocząłem dość intensywny trening wspinaczkowy. Wróciło również bieganie. Początkowo było związane z potrzebą utrzymania formy wspinaczkowej. Mój trening stawał się coraz bardziej regularny. Dystanse i tempa coraz wyższe. Pojechałem na pierwsze zawody na dystansie półmaratońskim i bez większego przygotowania zrobiłem przyzwoity debiut w czasie 1 godzina i 28 min. 5 tysięcy metrów zacząłem pokonywać w czasie 16 minut.

— Co to jest ultramaraton?

— To bieg na dystansie powyżej 42.195 m, czyli powyżej klasycznego dystansu maratońskiego.

- Kiedy zdecydował pan, że zwykłe maratony to za mało?
- Maraton to nie jest mało. To w końcu ponad 42 km. To królewski dystans, ale jak dla mnie za bardzo klasyczny. Wszędzie mamy plany treningowe pod maraton, dużą otoczkę marketingową, duże pieniądze do wygrania. Ultra jest nieco z boku. To więcej kilometrów i większa niewiadoma. W ultra rzeczy z pozoru błahe stają się zmorą zawodnika. To duża przygoda, w trakcie której dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o sobie. Więcej kilometrów to więcej zabawy.

— W ilu biegach ultradystansowych pan startował?

— Mój pierwszy ultramaraton przebiegłem przez przypadek w ubiegłym roku. Miałem przebiec 31 km i zejść z trasy, ale tak mi się dobrze biegło, że zrobiłem 62 km. I tylko telefon od żony ściągnął mnie do domu. Mój synek zachorował i musieliśmy szybko jechać do lekarza. Podobno byłem najlepiej wyglądającym zawodnikiem po tym dystansie (śmiech). Źle, że synek zachorował (na szczęście nie było to nic poważnego), ale dobrze, że przerwałem bieg. Nie można biegać takich dystansów bez przygotowania. Po miesiącu, z następnego ultramaratonu wróciłem już z pucharem. W swojej kategorii zdobyłem drugie miejsce. W ubieglym roku przebiegłem 4 ultramaratony i kilka dystansów maratońskich, ale tylko treningowo.

— Jaki najdłuższy dystans pan przebiegł?

— 112 kilometrów i 147 metrów. Tyle udało mi się przebiec w ciągu 12 godzin. To było w ubiegłym roku. Dziś pewnie przebiegłbym więcej.

— Da się zabiegać na śmierć, umrzeć z wyczerpania jak pierwszy martończyk Filipides, czy to tylko legenda?

— Sprawa z Filipidesem to chyba jednak legenda. Jeżeli istniał i rzeczywiście był posłańcem, to był także biegaczem, bo w tamtych czasach na tym polegała jego praca. Zatem musiał pokonywać dużo większe dystanse i był do nich przyzwyczajony. Dlaczego akurat po takim biegu miałby umrzeć? Choć jak to w legendach bywa, może i w tej jest jakieś ziarenko prawdy? Ja w każdym razie nie słyszałem o nikim, kto by trenował i biegi go zabiły.

- Jak na taki wysiłek reaguje organizm? Biegacze długodystansowi często mówią o "ścianie" — syndromie wyczerpania...

- Syndrom ściany dotyka wielu biegaczy. „Ściana” to różnego rodzaju dolegliwości związane głównie z przeciążeniem i wyczerpaniem organizmu. U kilku moich znajomych „ściana” objawiła się halucynacjami. „Ściana” to efekty albo niewłaściwego treningu, albo nieodpowiedniego odżywiania i nawadniania podczas biegu. Jedzenie i picie to nasze paliwo i trzeba je organizmowi dostarczyć w odpowiednim czasie. Inaczej wpada na ścianę.

- Zderzył się pan ze "ścianą"?

- Tak, podczas pewnego biegu górskiego, który strasznie chciałem wygrać. Zacząłem widzieć na różowo, w końcu zupełnie przestałem widzieć. Omal się nie wywróciłem Byłem już dość blisko mety i zanim mnie to dopadło, miałem szanse na podium. Ostatecznie wola walki nie pozwoliła mi zejść z trasy i minąłem linię mety jako wygrany, tyle że... na ostatnim miejscu. To było pouczające doświadczenie.

- Bieganie nie zniszczyło panu stawów?

- Zapewne bieganie w jakimś stopniu ma wpływ na stawy, ale o ile nadmiernie się nie obciążamy to wydaje mi się że zmiany są minimalne. Mam co jakiś czas kontrole diagnostyczne rezonansem magnetycznym i inne badania. Na razie jest wszystko... stosownie do wieku.

- Jak się biega długie dystanse? Jest jakaś taktyka, np. na początku wolno, żeby potem przyspieszyć?

- Każdy biegacz ma swój sposób na pokonanie ultramaratonu. Zauważyłem, że chcąc ścigać się z najlepszymi, od początku trzeba utrzymywać z nimi chociaż kontakt wzrokowy i starać się kontrolować sytuację. Generalnie jednak prowadzimy nasze ciało w taki sposób, by zachować jak najwięcej sił. Należy słuchać swojego organizmu, który poinformuje nas, jeżeli tempo będzie za szybkie.

- Ile trwa regeneracja po biegu i co robi biegacz zaraz po pokonaniu np. 70 km. Kładzie się spać i przesypia 12 godzin, czy może robi coś innego?

- Regeneracja to dość skomplikowany proces i nie mniej ważny niż trening. Po takim biegu doprowadzenie organizmu do formy trwa kilka tygodni. Zaczynamy regenerację wkrótce po dotarciu do mety. Wiadomo, że zużyliśmy masę energii i że mamy deficyt energetyczny. Wątroba ciężko pracowała, by dostarczyć organizmowi energię. Teraz musimy ją wesprzeć, uzupełnić utracony glikogen. Ja po skończonym treningu czy zawodach zazwyczaj piję węglowodany. Po 15-30 minutach zjadam węglowodany w formie stałej. Białka i tłuszcze zostawiam na później. No i dbamy oczywiście o mięśnie. Jeżeli nie ulegliśmy żadnej kontuzji, to następnego dnia podejmujemy delikatny wysiłek. Może to być rower, basen, nawet bieg ale w bardzo wolnym tempie. Nasz organizm szybciej wróci do równowagi, jeżeli pobudzimy krążenie, a nie zalegniemy w fotelu na kilka dni.

- Jest jakaś specjalna dieta, która sprzyja ultramaratończykowi?

- Niektóre osób, patrząc na to, co jem, powiedziało, że moja dieta jest jakaś drakońska. Ja uważam, że normalna. Jem rzeczy zdrowe i łatwo przyswajalne. W sumie jem tego stosunkowo dużo. W okresie przygotowawczym potrafię zjeść na przykład od 3 do 5 tysięcy kilokalorii. W moim organizmie jest tylko 3 proc. tkanki tłuszczowej, muszę zatem o nią szczególnie dbać.

- Pije pan alkohol?

- Gdy mocno trenuję, nie piję. Gdy jestem zmęczony, mój organizm źle go znosi i regeneracja się wydłuża. Jeżeli piję, to tylko sporadycznie, w okresach lżejszego treningu.

- Ile dziennie pan przebiega?

- Raz czy dwa razy w tygodniu robię dłuższe, ok. 30-kilometrowe dystanse górskie. Reszta to treningi szybkościowe, wytrzymałościowe, siłowe i ćwiczenia stabilizujące. Raczej stawiam na jakość, a nie na ilość. Tygodniowo przebiegam ok 130 km, czyli nie jest to zbyt dużo. Powiedziałbym, że w stosunku do niektórych moich kolegów jest to śmiesznie mało.

- Liczył pan, ile już kilometrów przebiegł pan w życiu?

- Nie liczyłem, ale zapewne wielokrotnie dobiegłbym z Nysy, gdzie w tej chwili mieszkam, do Iławy i z powrotem.

- Startuje pan w Jeziorak Challenge. 7 czerwca w Iławie będzie pan musiał pokonać 70 km, pana przeciwnikiem będzie żeglarz i jego żaglówka. Żeglarz ma na tym dystansie czas 5 godzin i 27 minut. Jest pan w stanie pobiec tak szybko?

- Trzeba wziąć pod uwagę, że Karol Górski ustanowił ten wynik, płynąc w bardzo dobrych warunkach pogodowych. Nie wiemy dziś, w jakich warunkach płynąć będzie 7 czerwca. Ja — bez względu na pogodę — pobiegnę na miarę swoich możliwości tego dnia. Przygotowuję się do wyścigu od dawna. Walka o zwycięstwo będzie toczyła się do samego końca. Założone przeze mnie tempo jest dość szybkie. Będę walczył, żeby je utrzymać, ale najważniejsze jest ukończenie tego wyścigu. Na Facebooku każdy będzie mógł śledzić nasze położenie na trasie wyścigu.

- Startował pan ostatnio w górskim maratonie. Bieganie maratonu jest wyczerpujące, bieganie po górach też, ale razem to musi być jakaś szatańska mieszanka? Jaka jest specyfika takiego biegu?

- Biegi po górach są fascynujące. Takie zawody nie wybaczają żadnych błędów i nawet zawodników z elity potrafią szybko usunąć z liczącej się stawki biegaczy. Klimat, jaki towarzyszy biegom górskim, to wystarczająca nagroda za ten wysiłek. Jeżeli uda się dostać puchar, to już jest pełnia szczęścia.

- Ma pan rodzinę. Czas dla niej również?

- Powinien pan zapytać, czy mając tak wspaniałą rodzinę, mam czas na bieganie. Mam bardzo wyrozumiałą i, co najważniejsze, kochającą żonę, która również uprawia sport. Nasz synek ma dopiero dwa lata, ale już wykazuje zainteresowania sportem. Często powtarza: — Tato, chodź, idziemy biegać! Rodzina wspiera mnie na każdym kroku. Często jeżdżą ze mną i dopingują na trasie. Nie zabraknie ich też na trasie wokół Jezioraka.

- Urodził się pan w Iławie. Kiedy się pan wyprowadził? No i dlaczego?

- Nasze życie dzielimy pomiędzy Iławę i Nysę. Fascynują nas i jeziora, i góry. Iława to znakomite miejsce do życia, do biegania, do wszelkiego rodzaju aktywności. Dziś większość czasu spędzamy w Nysie, bo tam pracuję i trenuję. A co będzie jutro? Zobaczymy.

- Jest pan zawodowym ratownikiem medycznym, chyba najszybszym w Polsce. Ta pana sprawność uratowała komuś zdrowie albo życie?

— Nie wiem, czy najszybszym, bo nigdy nie startowałem w zawodach biegowych dla ratowników medycznych, ale jeżeli takie będą, to na pewno się skuszę. Sprawność fizyczna pomaga nam, ratownikom, w długotrwałych akcjach reanimacyjnych. Zatem można powiedzieć, że wydolność biegowa ma jakieś przełożenie na pracę ratownika.

- Do jakiego wieku zamierza pan uprawiać ten sport? Podobno w biegach na dłuższych dystansach czołówkę stanowią ludzie — nazwijmy to — w sile wieku, czyli już nie dwudziestolatkowie. To prawda?

- Biegi na dystansach ultra wymagają silnej psychiki. Myślę, że większość młodzieży musí dojrzeć, by bezpiecznie pokonać taki dystans. Choć na świecie jest wiele przypadków świetnych biegaczy młodszego pokolenia. Jednak ich kariera cały czas się rozwija. Zobaczymy, jak się potoczy, gdy osiągną — nazwijmy to — wiek dojrzały. Ja chciałbym biegać do później starości.

Mariusz Jaźwiński


Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB