Niedziela, 8 grudnia 2019. Imieniny Delfiny, Marii, Wirginiusza

Pochodzący z Mrągowa aktor wystąpi w Bollywood

2014-04-20 16:10:00 (ost. akt: 2014-04-20 08:54:22)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

— Celebryci ociekają sławą, więc są bezkarni. Pieniądze i egoizm przyćmiewają im umysły, przez co nie mają szacunku do drugiego człowieka — mówi Radosław Zalewski. Pochodzący z Mrągowa aktor opowiedział m.in. o tym, dlaczego nigdy nie zrobi sobie fotki z dziubkiem.

— Został pan zaproszony do statystowania w bollywoodzkiej produkcji „Kick”. Jak wrażenia z planu zdjęciowego?
— To prawda, już byłem na planie. Przede mną kolejne dni zdjęciowe. Możliwość udziału w takiej produkcji to przede wszystkim niesamowita przygoda. W końcu to kino bardzo różni się od naszego, polskiego i, co tu dużo mówić, jest dla nas orientalne. Jak się okazuje, w roli statystów w tej produkcji występuje wielu polskich aktorów, co oznacza, że nie jestem odosobniony w takiej opinii. Uważam, że mamy ogromne szczęście, mogąc znaleźć się na tym planie. Na miejscu jesteśmy świadkami pościgów policyjnych, wszyscy mamy ochronę i opiekę medyczną. Co pięćdziesiąt metrów rozstawieni są tzw. blokersi-statyści, wyposażeni w krótkofalówki, którzy pilnują, aby nikt z zewnątrz nie dostał się na plan. Efekty specjalne są realistyczne. Zdradzę, że w poniedziałek wielkanocny będzie nagrywana scena wrzucania londyńskiego autobusu do Wisły.

— W filmach Bollywoodu dużą rolę odgrywa taniec. Pan również miał okazję potańczyć?
— „Kick” to film sensacyjny. Opowiada historię trzech bohaterów z pogmatwaną przeszłością, których życie przeplata się w Warszawie. Większość ujęć to sceny akcji, więc tym razem taniec nie odgrywa znaczącej roli. Chociaż faktycznie niewiele zabrakło, abym wystąpił w jednej ze scen jako agent CSI. Niestety w ostatniej chwili produkcja stwierdziła, że nie jest to konieczne. Szkoda, bo wtedy moglibyśmy sobie potańczyć z radości...

— Występuje pan w produkcjach TVN-u takich jak "Szpital", "Detektywi" czy "W 11". Seriale tego typu są często krytykowane ze względu na aktorów amatorów, którzy w nich występują. Pan chyba przeczy tym opiniom?
— Ja wychodzę z założenia, że udział w wymienionych produkcjach gwarantuje nowe doświadczenia zawodowego i, co by się o nich nie mówiło, zawsze jest to praca z kamerą i ekipą filmową. Zgadza się, że wielu aktorów amatorów przewija się na planach, ale wydaje mi się, że niebawem się to zmieni. To kwestia czasu. Aktorzy nie godzą się na to, aby ludzie bez wykształcenia zwyczajnie zabierali im pracę. Jedynym mankamentem jest fakt, że podczas nagrań aktorzy występujący w takich produkcjach muszą grać na poziomie naturszczyków, bo taki jest wymóg produkcji. Ale z drugiej strony, to niezła sztuka!

— Mimo krytyki takie seriale cieszą się obecnie ogromną popularnością. W czym, według pana, tkwi tajemnica ich sukcesu?
— Wydaje mi się, że są trzy główne powody. Po pierwsze, godziny emisji są idealnie dopasowane do rytmu przeciętnego Kowalskiego. Po drugie, są to seriale oparte na autentycznych wydarzeniach, a to się sprzedaje. Po trzecie, nie oszukujmy się, ale oglądając takie seriale, nie trzeba za dużo myśleć, wszystko jest podane na tacy. Czysta manipulacja, widz jest na piedestale, czuje się wyróżniony, że jest w stanie przewidzieć przebieg wydarzeń, nie zdając sobie sprawy, że to celowa konstrukcja serialu.

— Pojawił się pan także w wielu innych polskich serialach, zazwyczaj jednak epizodycznie. Nie marzy się panu, żeby wejść na stałe do obsady jakiegoś serialu?
— Nie ukrywam, że byłoby sympatycznie, gdyby tak się stało, ale jak nietrudno zauważyć, rynek jest przepełniony wieloma zdolnymi ludźmi z tej branży. Konkurencja jest olbrzymia, nie pozostaje więc nic innego, jak regularnie chodzić na castingi, nieustannie nad sobą pracować i cierpliwie czekać na lepsze jutro.

— Śledząc pana karierę zawodową można zauważyć, że sporo miejsca zajmuje w niej teatr. Współpracował pan m.in z Narodowym Teatrem Edukacji im. Adama Mickiewicza. Jak pan to wspomina?
— Bardzo pozytywnie, tym bardziej że będąc nastolatkiem marzyłem o tym, żeby współpracować w przyszłości właśnie z tym teatrem. Był to trudny rok, rok nieustającej pracy nad sobą. Byłem na drugim roku studiów, kiedy dostałem angaż w teatrze, więc na nudę nie narzekałem. W repertuarze mieliśmy trzy spektakle: dla najmłodszych, młodzieży i dorosłych. Dzięki temu zwiedziłem Polskę wzdłuż, wszerz i po przekątnych. Niezapomnianym elementem był przede wszystkim okres prób w Poznaniu, który trwał dwa miesiące, siedem dni w tygodniu, dziesięć godzin dziennie, przy czym resztę „wolnego” czasu stanowiło douczanie się tekstu, przyswajanie choreografii, korygowanie błędów, żeby następnego dnia nie stać w tym samym miejscu. Niejednokrotnie zdarzało się, że wracałem z podkulonym ogonem, nie mogąc sprostać powierzonym zadaniom, dostając baty i reprymendę na forum całej grupy. Był to trudny, ale piękny czas.

— Przeczytałam gdzieś, że pana największym aktorskim wyzwaniem było zagranie trupa. Dlaczego? W końcu leżenie w bezruchu to chyba nic trudnego.
— Leżenie w bezruchu to nic trudnego, owszem, gdybyśmy mieli do czynienia ze sceną w pozycji leżącej w ciepłym pomieszczeniu, bądź w temperaturze, która nie wywołuje na ciele dreszczy. W tym przypadku nie chodzi o bezruch, lecz o odruch, który jest następstwem przenikliwego zimna. Cała sztuka polega na tym, że będąc w bezruchu, należało walczyć z odruchami, aby bezruch pozostał bezruchem. Trup ma „łatwiej”, on już nie ma żadnych odruchów, niezależnie od temperatury. Więc skoro trup nie ma odruchów, aktor grający trupa również mieć ich nie może. W tym miejscu zaczyna się prawdziwa zabawa. Co trzeba zrobić, żeby zapanować nad czymś, co jest niezależne od nas? Jakich myśli szukać, aby doprowadzić się do takiego stanu? Jak przyjąć do wiadomości, że jest się trupem? Proste?

— Pochodzi pan z Mrągowa. Kiedy podjął pan decyzję o wyjeździe z rodzinnego miasta i spróbowaniu sił w aktorstwie?
— „Pochodzi” brzmi tak oficjalnie... Mrągowo to po prostu moje miasto. Tu się urodziłem i wychowałem. Decyzję o tym, że chcę wykonywać ten zawód podjąłem tak naprawdę siedem lat temu, natomiast decyzja o wyjeździe zapadła po zdaniu egzaminu dojrzałości.

— Wybrał pan sobie — przynajmniej mi się tak wydaje — trudny i niepewny zawód. Nie kusiło pana, żeby podobnie jak wielu młodych ludzi w pana wieku wyjechać za granicę?
— A co w dzisiejszych czasach jest łatwe i pewne? No właśnie. Oczywiście, że niejednokrotnie myślałem, aby wyjechać choć na jakiś czas za chlebem, ale nie miałem parcia, aby to zrealizować. Wydaje mi się, że powstrzymywała mnie obawa przed tym, że nie wróciłbym z powrotem, czego bardzo bym nie chciał. Wielu moich znajomych wyjechało początkowo na kilka miesięcy, żeby zarobić na studia, a większość z nich została na stałe. Nie neguję tego, popieram, ale osobiście nie chciałbym wyjeżdżać z kraju.

— Jest pan młodą osobą, która pokonuje kolejne szczeble zawodowej ścieżki. A w dzisiejszych czasach, kiedy króluje komercja i celebryci, chyba trudno jest się przebić bez żadnego skandalu?
— Od dłuższego czasu obserwuję to, co dzieje się w tym środowisku i zauważam, że skandale wśród celebrytów już nie wystarczają, aby zaistnieć. I dlatego zaczyna dochodzić do absurdów. Ociekają sławą, więc są bezkarni. Pieniądze i egoizm przyćmiewają im umysły, przez co nie mają szacunku do drugiego człowieka. Oni wszyscy gryzą się między sobą jak hieny. Kilkoro z nich zasiada w programach rozrywkowych jako jurorzy i oceniają młodych, naprawdę zdolnych ludzi. Pytam: jakim prawem? Na szczęście małymi krokami młode pokolenie dochodzi do głosu i robi swoje na o wiele wyższym poziomie niż celebryci z pierwszych stron gazet. A proszę mi wierzyć, że wkładają w to naprawdę ciężką pracę. Osoby te nie mają czasu na to, żeby strzelać sobie fotki z dziubkiem w damskiej toalecie. Celebryci nie są dla nas żadną konkurencją!

— Ponoć ma pan "zbędny talent, jakim jest umiejętność porozumiewania się i wysławiania od tyłu". Poważnie? Skąd się ta umiejętność u pana wzięła?
— Poważnie. Skąd się wzięła? Nie mam pojęcia. Miałem siedem lat, jak zupełnie przypadkowo uświadomiłem sobie, że jestem w posiadaniu owego talentu. Piękny, letni dzień, mrągowskie powietrze, razem z bratem zmierzaliśmy na działkę. Nagle brat wspomina coś o „bananach”. Ja słysząc słowo banan, nieświadomie zacząłem mówić „nanab”. Brat pyta mnie, o co mi chodzi. Ja odpowiadam, że o nic, tylko banan-nanab i tyle. Po chwili stwierdził, że nanab to nic innego jak banan od tyłu. Następnie rzucał różne słowa, a ja mówiłem je od tyłu. Tak oto dowiedziałem się, że zbędny talent jest częścią mnie.

— Podobno postanowił napisać pan książkę?
— Zgadza się. Książka opowiada o nieśmiałym chłopcu, którego życie potoczyło się w niespodziewanym dla wszystkich kierunku. Opowiada o rozterkach natury filozoficznej i o decyzjach, które zaważyły na całym jego życiu. Jednocześnie wątki z przeszłości przeplatają się z wątkami z przyszłości. Jest to powieść o zabarwieniu komediowo-dramatycznym. Natchnęła mnie przede wszystkim chęć tworzenia i rozładowania myśli, ale też ciekawość, czy przyszli czytelnicy utożsamią się z głównym bohaterem i spróbują go zrozumieć, czy też zajmą zupełnie inne stanowisko w tej sprawie.

Nina Ramatowska

Urodzony w 1991 roku w Mrągowie aktor teatralny i telewizyjny. W 2013 roku ukończył Szkołę Aktorską i Telewizyjną w Krakowie. Pierwsze kroki w zawodzie zaczął stawiać jeszcze w trakcie studiów. Współpracował z m.in. Teatrem Nomina Rosae. Występował także z Zespołem Muzyki Dawnej FLORIPARI, gdzie brał udział w spektaklu półscenicznym „Blaski i cienie miłości”. A z Teatrem Edukacji im. Adama Mickiewicza występował w takich spektaklach jak: „Historia żółtej ciżemki”, „Cena sumienia” i „Śpiąca królewna”. Przed kamerą pojawił się w produkcjach „Hans Kloss — stawka większa niż śmierć”, „Julia” i „Nieulotne”. Jest organizatorem i konferansjerem cyklicznych imprez „Zasmakuj w Małopolsce”.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Bollywood #1379719 | 89.204.*.* 21 kwi 2014 08:12

    Zdarzyło mi się, niestety tylko raz, obejrzeć film z Bollywoodu. Fenomenalny. Byłem zaskoczony i zachwycony. Filmy z Hollywoodu konkretnie przy tym filmie "wysiadały". Oczywiście w tej masie filmów jakie produkuje Bollywood są pewnie i liczne gnioty. Chyba w Polsce zbyt mało puszcza się hinduskich filmów. Myślę, że te najlepsze naprawdę są warte obejrzenia.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. janina #1379479 | 89.228.*.* 20 kwi 2014 17:50

    Antoni, Antoni i jeszcze raz Antoni

    ! - + odpowiedz na ten komentarz