Wtorek, 22 października 2019. Imieniny Haliszki, Lody, Przybysłąwa

Bogdan Kalus: Chciałbym już wyskoczyć z tej szuflady

2014-03-29 17:38:00 (ost. akt: 2014-03-29 17:04:01)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

— Nie jestem abstynentem. Wiem kiedy, z kim, ile i dlaczego. Ale jeżeli mam robotę, dzień wcześniej nie tykam alkoholu — mówi Bogdan Kalus. Aktor znany jest widzom przede wszystkim z roli Tadeusza Hadziuka w serialu "Ranczo".

— Panie Bogdanie, widzowie pana uwielbiają!
— Tak?

— Takie są komentarze w sieci. Szczególnie za rolę Hadziuka, faceta z ławeczki w "Ranczu".
— To bardzo mi miło, że tak jest, chociaż nic takiego wielkiego nie robię. Ja tylko sumiennie wykonuję swój zawód. Nie wiem, być może jest to przypadłość ludzi urodzonych i wychowanych na Śląsku, że to, co robią, starają się robić porządnie. W moim przypadku jest dokładnie tak samo i nie ma czegoś takiego, że sobie odpuszczam. Bo wtedy ludzie mogą przywalić człowiekowi. Tak więc, czy to jest teatr, film, serial czy kabaret, którym czasami również się zajmuję, staram się wykonywać ten zawód najlepiej jak potrafię. A do tego wydaje mi się, że jestem bardzo sympatycznym facetem. Przede wszystkim normalnym.

— Jakie to uczucie grać mężczyznę popijącego wino pod wiejskim sklepem? Społeczeństwo przecież niekoniecznie sympatyzuje z taką grupą.
— Chyba ta cała historia z „Ranczem” polega na tym, że nie okłamujemy społeczeństwa, nie zakłamujemy rzeczywistości. Ale pokazujemy ją taką, jaka jest naprawdę. Bo przecież w każdej mniejszej czy większej miejscowości jest taki sklep, jest taka ławka, siedzą na niej tacy faceci. I oczywiście mało kto z nimi sympatyzuje, jeśli są nachalni. Ale jeżeli nikomu nie robią krzywdy, to chyba wszystko jest w porządku. My też mamy przykłady z Jeruzala (powiat miński — red.), w którym kręcimy zdjęcia do serialu. Tam też, są faceci, których życie jest takie samo, jak Solejuka czy Hadziuka. A są i tacy, którzy zajmują się głównie wyciąganiem od ludzi pieniędzy, bo zbierają na flaszkę. Natomiast my, czterech facetów na ławeczce przez sklepem (Tadeusz Hadziuk — Bogdan Kalus, Maciej Solejuk — Sylwester Maciejewski, Patryk Pietrek — Piotr Pręgowski, Stanisław Japycz — Franciszek Pieczka — red.), mamy swoje filozofie życiowe i poruszamy bardzo ważne tematy. Jesteśmy jakąś mniej lub bardziej ważną częścią „Rancza”. I chyba dlatego ten serial ma taką popularność.

— Trudno było wejść w tę rolę?
— Myślę, że nie. Przez kilka lat grałem Gerarda w serialu „Święta wojna” (razem z Krzysztofem Hanke, Zbigniewem Buczkowskim i Joanną Bartel — red.), który tylko kombinował jak wyciągnąć od Bercika pięć złotych na piwo. Poza tym, cała nasza czwórka z ławeczki miała doświadczenia życiowe i wiedzieliśmy, co mamy grać. Każdy z nas — oprócz Piotrka Pręgowkiego, który od chyba ośmiu lat w ogóle nie tyka alkoholu i Franka Pieczki, który ze względu na wiek również spożywa alkohol rzadko — ma styczność z alkoholem. Nie jesteśmy z Sylwkiem Maciejewskim oczywiście uzależnieni, ale nie ukrywam, nie jestem abstynentem. Wiem kiedy, z kim, ile i dlaczego. Jeśli mam robotę na drugi dzień, nieważne czy jest to wieczór czy popołudnie, dzień wcześniej nie tykam alkoholu. Po prostu.

— Robota to rzecz święta.
— Zdecydowanie tak. Tym bardziej, że bardzo długo pracowałem na swoją pozycję. A spaść z tego konia jest dzisiaj bardzo łatwo. Jak to mówimy w naszym żargonie: ławka rezerwowych jest długa, coraz mniej cierpliwa i coraz młodsza.

— Wróćmy do fenomenu "Rancza"? Oglądają was miliony.
— To ta prawdziwość, o której wcześniej mówiłem. Wie pan co, wkurza mnie, kiedy oglądam w telewizji serial o kobiecie, która jest nauczycielką i samotnie wychowuje dwójkę dzieci. I ona wchodzi do domu i ma meble z Ikei. To jest nierealne przecież. Albo jak bohaterami są ludzie, którzy zarabiają strasznie fajne pieniądze, modnie się ubierają i jeżdżą fajnymi samochodami. A niestety, nasz kraj nie wszędzie tak wygląda...

— A więc dobry scenariusz i...
— ...Świetna ekipa. Darzymy się szacunkiem, sympatią i zaufaniem. Oczywiście Czarek Żak i Artur Barciś są ze sobą bliżej, bo grają razem od wielu lat. Podobnie jak ja z Sylwkiem Maciejewskim. Nie ma też podziału na pion artystyczny i pion techniczny. Do posiłków na planie siadamy razem. Ciągniemy ten sam wózek.

— W rodzinnym Chorzowie, kiedy ludzie zaczepiają pana na ulicy, częściej mówią o Tadeuszu Hadziuku czy Gerardzie Nowaku?
— W tej chwili zdecydowanie częściej o Hadziuku. Powiem panu więcej. Zdarzyło się kiedyś, że na spektaklu w teatrze w Katowicach młodzież spierała, czy Bogdan Kalus to Gerard ze „Świętej wojny” czy Hadziuk z „Rancza”. W międzyczasie w serialu komediowym „Dziupla Cezara”, grałem mężczyznę, który lubił sobie popijać. A, i jeszcze była rola Slodovy’ego w serialu „Halo Hans!”, który kręcił bimber. Mam szczęście do takich ról. Chociaż chciałbym już wyskoczyć z tej szuflady, bo granie w „Ranczu” ma swoje plusy i minusy.

— Na przykład?
— Z wyjątkiem „Rancza” ja telewizyjnie, filmowo od kilku lat nie robię nic. I te bzdurne kompletnie dla mnie tłumaczenia obsadzających (chociaż chylę czoła wszystkim, którzy obsadzają aktorów w różnych produkcjach). Mówią do mnie: "Nie, pan u nas nie może, bo się za bardzo kojarzy z „Ranczem”. No mój Boże, idzie się do kina na jakikolwiek polski film i grają w nich ci sami moi koledzy. Oczywiście nie mam do nich o to pretensji, ale tłumaczenie, że ktoś się z kimś kojarzy… Przepraszam, Robert Więckiewicz najpierw zagrał Wałęsę, a chwilę później Hitlera w filmie „AmbaSSada”. Ja spełniam się w teatrze i to zajmuje mi najwięcej czasu. Bo przecież „Ranczo” kręcimy raz w roku przez trzy i pół miesiąca, z czego ja mam kilkanaście dni zdjęciowych. I to jest wszystko. Owszem, żyję w świadomości widzów dzięki temu serialowi. Teraz więcej gram w Teatrze Capitol w Warszawie (obecnie w spektaklu „Klub mężusiów — red.) niż w Teatrze Korez w Katowicach, bo od 11 lat mieszkam w Warszawie. Ostatnio zrobiliśmy przedstawienie, które było grane w warszawskim Teatrze Komedia. Nazywa się „Cud natury w Wilkowyjach”, więc jest ściśle związany z „Ranczem”. Jeździmy z tym po Polsce, Olsztyn mamy na rozkładzie jesienią. Mamy też kabaret KaŁaMaSz (tworzą go: Bogdan Kalus, Jacek Łapot, Sylwester Maciejwski, Dariusz Szweda — red.). I w zasadzie, jak ja to mówię, żyję z desek (śmiech).

— I dobrze panu z tym.
— Bardzo. Teatr jest wymagający. W telewizji można powiedzieć „stop” i robi się dubla. W teatrze widz siada na fotelu i mówi: baw mnie. Ostatnio z „Klubem mężusiów” wystąpiliśmy przed szwedzką Polonią w Malmo. Nie miałem okazji grać tam wcześniej, ale zostaliśmy fantastycznie przyjęci.

— W młodości daleko było panu do aktorstwa. Imał się pan różnych zajęć
— Bardzo daleko. Wie pan co, ja miałem ideę fix, kiedy mieszkałem w Chorzowie Batorym. Mianowicie, robić coś innego niż moi koledzy z podwórka. Chorzów w latach 70. to było niespecjalnie wesołe miasto, chociaż nie takie ponure jak, niestety, w tej chwili. Jedyną szansą na wyjazd i zobaczenie czegoś, było granie w piłkarskiej drużynie Ruchu Chorzów. Potrafiłem kopnąć piłkę, ale talenty w Chorzowie rodziły się na każdym kamieniu. Ja tego szczęścia nie miałem, więc trenowałem koszykówkę. Jak wszyscy grali na gitarze, to ja wybrałem perkusję. Później założyłem zespół. Z perkusją mam kontakt do dzisiaj. Z moim 19-letnim synem Piotrem, który gra na gitarze basowej, czasami sobie gramy. Piotr jest utalentowany muzycznie, ale nie przejawia predyspozycji aktorskich. No, dowcipy fajnie opowiada. Wracając do tematu... Z zespołem miałem próby w akademickim centrum kultury w Katowicach, zacząłem też prowadzić imprezy kabaretowe. I ktoś zauważył, że ja, chłopak ze Śląska, nie mówię gwarą. I tak poszło. Później założyliśmy prywatny Teatr Korez, nie mając pojęcia, że po 20 latach nie będziemy teatrem anonimowym.

— Ponoć jako dziecko był pan niezłym awanturnikiem?
— Nie, to nieprawda.

— A przeprowadzka z kamienicy do bloku, kiedy miał pan 6 lat?
— O Boże, skąd pan ma takie informacje? Już sobie przypominam... Mieszkaliśmy w kamienicy, naprzeciwko której była łąka i cztery drzewa. Przywiązywaliśmy do nich koc i robiliśmy namiot. Było fantastycznie. A tu nagle przeprowadzamy się do jakiegoś idiotycznego czteropiętrowego bloku , wybudowanego na przełomie Gomułki i Gierka. Dla porównania, kiedy zaproponowano mi rolę w „Dziupli Cezara”, dzięki czemu przeprowadziłem się do Warszawy, podjąłem decyzję w 7 sekund. I patrz pan, awantury nie zrobiłem (śmiech). Wychowywała mnie głównie babcia, bo rodzice pracowali. Nie byłem rozrabiaką. To znaczy dawałem nieraz ciała, bo kolega wybił piłką szybę sąsiadowi i uciekł, a ja nie wpadłem na ten pomysł i było na mnie. Grając w piłkę z kolei wychodziłem z założenia, że piłka może przejść, a chłop nie. Kiedyś na boisku kamień się znalazł i po moim ostrym wejściu koleś miał dziurę w głowie. Nigdy jednak z nikim się nie tłukłem i nikt nie dostał ode mnie w łeb. Konfliktów z prawem nie miałem (śmiech).

— Nie skończył pan szkoły aktorskiej. Myślę, że niejeden czytelnik w to nie uwierzy.
— Ale to nie tylko widz, ale moi koledzy z pracy reagują tak samo. Kiedy mnie pytano, czy skończyłem szkołę aktorską, odpowiadałem pytaniem: a czy ktoś pytał Michaela Jacksona, czy zna nuty? A tyle płyt sprzedał! Oczywiście musiałem nauczyć się wielu rzeczy i włożyć w to mnóstwo pracy. Za to jestem wdzięczny Jerzemu Królowi, reżyserowi z Katowic, który wziął mnie pod swoje skrzydła na początku lat 90. W rozwoju ścieżki artystycznej pomogło mi jeszcze coś. W wieku 23 lat byłem znaną postacią na Śląsku, bo mieliśmy program kabaretowy, który w telewizji miał dużą oglądalność. Woda sodowa uderzyła w łeb, a później zostałem bez roboty. Włączyła mi się straszna pokora. Gdybym wtedy nie dostał kopa od życia, nie wiadomo jakim byłbym człowiekiem dzisiaj. Teraz robię wszystko, żeby tego nie spierdzielić.

— Zazdrości pan kolegom, że robią karierę w telewizji?
— Nie! I powiem panu, dlaczego. Jestem człowiekiem, który się nie udziela na ściankach. Nie muszę bywać, bo jest mi to do niczego nie potrzebne. A jeżeli chcę się napić alkoholu, to mam przyjaciela, który jest karczmarzem, albo kumpli. Okej, fajnie jest zarabiać duże pieniądze i pozwalać sobie na wszystko. Ale to czasami demoralizuje i zatraca rzeczywistość. Dobrze mi z tą sytuacją, jaka jest. Że mam co włożyć do garnka. Mogłoby być lepiej oczywiście, ale nie za wszelką cenę. Nie jestem człowiekiem bankietowym, ale normalnym facetem. Chodzę na koncerty do klubu na Ursynowie, gram w bilard z Grzegorzem Wonsem (w „Ranczu” gra Andrzeja Węcławskiego — red.). I nie zabieram roboty do domu.

— To jakie ma pan wykształcenie?
— Ja? Średnie pełne.

— Zaskoczył mnie pan.
— Najpierw chciałem przesadzać, czyli zostać ogrodnikiem. Przestało mi się to podobać, a w międzyczasie wylądowałem w szkole muzycznej. Później, metodą dla pracujących, zdałem maturę. Musiałem także eksternistycznie zdać egzamin z aktorstwa. Potrzebowałem kwitu do pracy w teatrze.

— Nadal gra pan na obronie w reprezentacji artystów polskich w hokeja na lodzie?
— Oczywiście. I to od 12 lat! W niedzielę mamy mecz w Sanoku. Nie wiem z kim, ale wiem, dlaczego. Pewien mężczyzna zbierał tam pieniądze na operację dla chorego dziecka. Niestety, dziecko nie doczekało operacji, ale fundacja została. I gramy, żeby ją wspomóc. O, w takich imprezach to ja mogę uczestniczyć.

— Lubi pan, kiedy rodzina ogląda pana na scenie?
— Moja świętej pamięci mama widziała mnie na żywo na scenie dwa razy w życiu. Nie lubię. Bardzo się wtedy stresuję. Czy mnie rozumieją? Z tym bywa różnie.

Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB