Piątek, 23 sierpnia 2019. Imieniny Apolinarego, Miły, Róży

Rozmawiamy z policjantem, który zatrzymał Trynkiewicza

2014-02-08 14:15:00 (ost. akt: 2014-02-08 14:55:05)

— Znowu zamorduje dziecko. To już taki typ socjologiczny: czerpie satysfakcję z mordowania — mówi Janusz Sielski, emerytowany podinspektor policji, który zatrzymał Mariusza Trynkiewicza, dzieciobójcę z Piotrkowa Trybunalskiego.

— Czy Mariusz Trynkiewicz powinien wyjść na wolność?
— Nie! Trynkiewicza trzeba izolować od społeczeństwa, to tykająca bomba. Według mnie wciąż jest zagrożeniem. Kiedy 25 lat temu go zatrzymałem, zapytałem, dlaczego to zrobił? Odparł: — Ja już taki jestem.
Wokół Trynkiewicza narosło wiele mitów, ale to nadal bardzo niebezpieczny człowiek. Jeżeli do tej pory psycholodzy, psychiatrzy, seksuolodzy nie znaleźli środka, żeby zneutralizować u niego libido, to ten człowiek pójdzie za tropem, będzie polować jak zwierzyna. I znowu zamorduje dziecko. To już taki typ socjologiczny: czerpie satysfakcję z mordowania.

— Zabijanie jest silniejsze do niego?
— Myślę, że tak właśnie jest.

— Nie wierzy pan, że mógł się przez ten czas zmienić?

— Ja bym chciał, żeby był zresocjalizowany. Żeby się naprawił, żeby przeprosił, ale u niego nie ma żadnego szacunku dla tych ofiar, dla matki, która teraz musi żyć z takim pręgierzem. Skazał kobietę na śmierć cywilną. Ale on się nad tym nie zastanawia. To podwójna osobowość. Myśli tylko o sobie.

— Zna pan Trynkiewicza, bo to przecież pan go złapał?
— Tak. Byłem wtedy kapitanem Milicji. Pracowałem w wydziale kryminalnym w komendzie wojewódzkiej w Piotrkowie Trybunalskim. Prowadziłem rozpracowanie operacyjne pod kryptonimem „Chłopcy”. Dotyczyło zabójstwa trzech chłopców, których ciała znaleziono w lesie przy drodze z Piotrkowa do Koła.

— Był pan w tym lesie, widział ciała pomordowanych chłopców?
— Od razu tam pojechaliśmy, kiedy tylko dostaliśmy zgłoszenie. Zwłoki był nadpalone, zawinięte w zasłony okienne, a potem włożone w worki po nawozach. Ciała znajdowały w pozycji embrionalnej, a zwłoki ustawione w trójkącie. Wyglądało to na jakiś stos ofiarny. Jakby to było sprawa satanistów, jakaś msza satanistyczna, ale nie mieliśmy sygnałów, żeby na terenie Piotrkowa działały takie grupy. Ale od razu wiedzieliśmy, że to nie jest miejsce zabójstwa, że mordu dokonano gdzie indziej, a tu tylko podrzucono zwłoki. Po oględzinach ciała zostały zabrane do prosektorium. Następnego dnia poszedłem tam, bo była sekcja zwłok. To, co zobaczyłem, to był horror. Jak można było dokonać tyle spustoszenia w ciałach tych młodych chłopców. To mógł zrobić tylko szaleniec.

— Czy to prawda, że na zwłoki w lesie natknął się przypadkowo grzybiarz?
— Tak było, ale zgłosił to dopiero dzień później. To też nas zaczęło zastanawiać. Tym bardziej że w mieszkaniu miał zasłonę podobną do tych przy zwłokach, ale po sprawdzeniu wykluczyliśmy grzybiarza z kręgu naszego zainteresowania.

— Jak dopadliście zabójcę?
— To była robota kryminalna. Zaczęliśmy sprawdzać, kto jeszcze zaginął w Piotrkowie. Były dwie takie sprawy. Jedna to zaginięcie 13-letniego Wojtka Pryczka, którego, jak się później okazało, Trynkiewicz zabił wcześniej, na początku lipca oraz 17-letniego Mariusza z ul. Jeziornej. Po całym kraju rozesłaliśmy telefonogramy o zaginionych, prosząc o informacje o wszelkich przypadkach molestowonia, pedofilii. Z Pucka przyszła odpowiedź, że 17-latek pracuje w smażalni ryb. Ojciec pojechał po niego. Na zasłonach, w które zawinięto ciała, były wyhaftowane bordowym kordonkiem literki T. Ludzie robili tak, żeby zaznaczyć swoje rzeczy, kiedy oddawali do magla. To świadczyło, że zasłony pochodzą z jakiegoś domu. Przełomem była notatka, która przyszła z komisariatu w Sulejowie, niedaleko Piotrkowa. Wynikało z niej, że na ich terenie mieli dwa przypadki molestowania chłopaków, ale sprawca przebywa w zakładzie karnym, bo został skazany za to przez Sąd Garnizonowy w Łodzi. Chodziło o nauczyciela Mariusza Trynkiewicza z ul. Działkowej. Wysłałem tam kolegę, a sam miałem pojechać do sądu, żeby sprawdzić, co się dzieje z tym nauczycielem. Po pewnym czasie kolega połączył się przez radio i mówi, żebym przyjeżdżał, bo Trynkiewicz jest w domu.

— I był tam?
— Tak, w swoim mieszkaniu. Był z nim jeszcze ojciec. Siedzieli w fotelach. Młody Trynkiewicz w ogóle nie reagował, nie zapytał, po co przyszliśmy. Tylko ojciec zaczął się odzywać, że jego syn nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Zapytałem z jaką sprawą. Odparł: — No, z tymi chłopcami. Rozejrzałem się po pokoju. Na zasłonach zobaczyłem literkę T. Mówię do ojca: — Panie Trynkiewicz, niech pan zajrzy do komody, czy są wszystkie zasłony, bo w takie zasłony były owinięte ciała chłopców. Odpowiedział tylko: — Ale mój syn tego nie zrobił. Ja na to, że mamy już tyle dowodów, że to wystarczy.

— To był blef?
— Dowody były, ale na początku to był rzeczywiście blef, bo przecież to wszystko, te wszystkie dowody musiały być poparte badaniami. Młody Trynkiewicz spuścił tylko głowę, milczał. Zapytałem go: — Dlaczego pan to zrobił? Zaprzeczył wszystkiemu. To ja, że zabawa już się skończyła. Postraszyłem, że zabiorę go na ulicę, gdzie mieszkają rodzice chłopców, żeby spojrzał im w oczy i powiedział, że tego nie robił. Wtedy usłyszeliśmy: — Panowie, to wieźcie mnie do komendy, ja wszystko powiem. Wezwałem ekipę śledczą, żeby zabezpieczyli ślady. W mieszkaniu odkryliśmy ślady krwi, znaleźliśmy zegarek jednego z chłopców, nóż. To była finka, którą zabił chłopców. Na górnej części ostrza miała cztery wyżłobienia. Tak jakby liczył swoje ofiary.

— Ale Wojtka Pryczka Trynkiewicz miał udusić.
— Tak mówił w śledztwie, kiedy już się przyznał do zabójstwa Wojtka, bo na początku, oczywiście, temu zaprzeczał. I trzeba mu przyznać rację, że tak było, bo innego dowodu nie ma, że było inaczej. Kiedy wskazał nam, gdzie ukrył ciało Wojtka, to był to już tylko sam szkielecik, wszystko było zjedzone przez zwierzynę. Już na komendzie, jak zaczął się przyznawać, poszedłem do szefa i zameldowałem, ze wampir z Piotrkowa jest zatrzymany. Sprawę przejął wtedy wydział dochodzeniowo-śledczy. My mogliśmy odpocząć.

— Czy to prawda, że mogliście już wcześniej dopaść Trynkiewicza.
— Notatka z komisariatu w Sulejowie trafiła najpierw do komendy miejskiej. Nie wiem, czy tam zbagatelizowali tę informację, ale faktem jest, że do nas trafiła dopiero po kilku dniach. I tego samego dnia zatrzymaliśmy Trynkiewicza. Gdyby jednak notatka poleżała w komendzie miejskiej jeszcze dłużej, to Trynkiewicz mógł zniknąć. Bo właśnie dostał przedłużenie zwolnienia z zakładu karnego. Mógł pojechać w Polskę i narobić jeszcze więcej krzywd. To było szczęście, że był akurat w domu.

— Trynkiewicz mieszkał w bloku. Nikt z sąsiadów nic nie widział, nie słyszał krzyków mordowanych chłopców?
— Wtedy, jak już robiliśmy tzw. kolędę, czyli rozpytywaliśmy jego sąsiadów, nie znaleźliśmy żadnego świadka.

— Powiedział panu, dlaczego zabijał?
— Usłyszałem: — Ja już taki jestem. Dla mnie wówczas liczyło się tylko to, że już nikomu więcej nie zrobi krzywdy.

— Był pan na procesie Trynkiewicza.
— Nie, nie miałem czasu, bo dwa tygodnie później prowadziłem już sprawę zabójstwa kobiety i dwojga dzieci. Zabójcą okazał się mąż.

— Podczas procesu Trynkiewicz powiedział, że nie miał zamiaru zrobić krzywdy tym chłopcom...
— To czcze gadane, bo co robił.

— Czy chłopcy to przypadkowe ofiary?
— Tak. Jak był na przerwie w odbywaniu kary, to zamiast opiekować się matką, jeździł po lesie, wzdłuż Zalewu Sulejowskiego i jeziora Bugaj i wybierał sobie chłopców. Od niego z bloku do tego jeziora jest tylko z półtora kilometra. Był nauczycielem, potrafił rozmawiać z dziećmi, wzbudzić zaufanie. I tak wabił ich do domu.

— Kiedy go już złapaliście, nie mieliście ochoty — powiem brutalnie — zdrowo mu przyłożyć?
— Człowiek po prostu nim się brzydził.

— Mord chłopców wywołał psychozę strachu w Piotrkowie. Ponoć rodzice bali się wypuszczać dzieci z domu?
— Okropną. Tę atmosferę grozy podgrzewały też media. Nie zobaczył pan dziecka na kąpielisku, na placu zbaw bez opieki dorosłych. I to nie tylko w Piotrkowie.

— Teraz Trynkiewcz, czterokrotny zabójca, może wyjść na wolność. Czy to nie jest porażka systemu sprawiedliwości?
— Oczywiście, że jest. A pierwszy błąd został popełniony w 1989 roku, kiedy uchwalono ustawę o amnestii i karę śmierci zamieniono skazanym na 25 lat więzienia. Jeśli się znosi karę śmierci, to trzeba było pomyśleć o tym, żeby wprowadzić karę dożywocia. Ale co zrobić, to jest nasz kraj, gdzie tylko się kłócą i nic więcej. Daliśmy wtedy ciała i teraz jakoś z tego trzeba wyjść.

— Dopuszczał pan do siebie taką myśl, że Trynkiewicz będzie wolny, bo przecież może się tak stać już w przyszłym tygodniu?
— Może. Co ja tu mogę. Według prawa powinien być człowiekiem wolnym, a teraz drżyjcie wszyscy wokół, gdzie się pojawi. Bo to bomba z opóźnionym zapłonem. Nie wiadomo, kiedy wybuchnie.

— Czy wtedy za ujęcie bestii dostaliście jakieś nagrody?
— Dostali komendanci, a nam dali po 40 tys. zł premii, to na dziś wychodzi po 400 zł.

— Minęło ćwierć wieku. Czy da się wymazać z pamięci tamte wydarzenia?
— Trudno zapomnieć o tych zasztyletowanych dzieciach. Byłem na wielu sekcjach, ale sekcje dzieci są dla policjantów, dla medyków wielką traumą. Teraz te wspomnienia wracają, bo wszyscy mówią o Trynkiewiczu, ale myślę, że już niedługo skończy się ten Trynkiewcz show.

— Czy to była pana najtrudniejsza sprawa w karierze śledczego?
— Bez wątpienia trudna, bo dotyczyła zabójstw dzieci, ale zatrzymałem też mężczyznę z Sulejowa, który zabił siedem osób. Już nie żyje. W zeszłym roku zmarł w więzieniu w Czarnem.


Andrzej Mielnicki
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (13) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. audiczek #1325755 | 79.187.*.* 15 lut 2014 09:26

    nawóz

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. real #1323493 | 83.9.*.* 12 lut 2014 18:26

    Zatrudnialiśmy kiedyś faceta, który siedział w więzieniu bo też myśleliśmy, że nie trzeba tak myśleć, ze jak ktoś był w więzieniu to już tylko źle... Efekt był taki, że gość wziął pieniądze od klienta, z których miał się z nami rozliczyć i ... tyle go widzieliśmy:( Zgłosiliśmy to na policję ale najpierw on był nieosiągalny ( my swoimi drogami dowiedzieliśmy się, że był w Niemczech) a potem jak się pojawił to policjant przesłuchał jego ( mnie przesłuchał wcześniej bo ja jako porządnby obywatel stawiam się na wezwania), potem była konfrontacja i... umorzono sprawę. Bo to było słowo przeciw słowu. Wyglądało na to że ja, przedsiębiorca prowadzący firmę, zabiegający o klientów wymyśliłem sobie, że facet jest mi winien 3 tysie i poszedłem z tym na policję... Szkoda gadać ... żadnego więźnia więcej nie zatrudnię i szerokim kołem będę omijać całe to bagno. Jeżeli ktoś nie przestrzega pewnych wartości, to zawsze taki będzie.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Ale #1322437 | 88.156.*.* 11 lut 2014 16:34

    dlaczego za moje pieniądze - podatki ??? Nie chcę utrzymywać więźniów , niech politycy płacą ze swoich prywatnych portfeli . Państwo okrada zwykłych porządnych obywateli a chroni więźniów . Dlaczego ???

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. olsztynianin #1321750 | 81.190.*.* 10 lut 2014 21:10

    do elll.a jakby zabił Twoje dziecko to chcialbys dać mu szanse????!!!!!

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. elll #1321190 | 83.25.*.* 10 lut 2014 11:19

    Dlaczego ludzie z góry zakładają ,że znów zabije....dajcie mu szansę

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-9) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (13)