Sobota, 17 listopada 2018. Imieniny Grzegorza, Salomei, Walerii

Przepraszam moje ciało, że je tak strasznie gnębiłam

2014-01-19 07:45:00 (ost. akt: 2014-01-18 19:36:32)

— Każdy się cieszy z sukcesów, ale nie wie, ile to kosztuje nas wysiłku. Medalu olimpijskiego żałuję głównie z tego względu, że miałabym teraz te dwa tysiące złotych z emerytury olimpijskiej więcej — mówi pochodząca z Elbląga słynna panczenistka Erwina Ryś-Ferens.

— Za niespełna miesiąc startują zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi. Bierze już pani urlop, żeby śledzić imprezę?
— Bez przesady (śmiech). Trzeba odpowiednio równoważyć jedno z drugim. Najeździłam się po lodzie 25 lat, dlatego już to wszystko wiem.

— Rekreacyjnie wciąż pani jeździ?
— Ostatni raz miałam łyżwy na nogach cztery lata temu.

— Czy byłemu sportowcowi ciężko ogląda się igrzyska? Nie ciągnie na lodowisko?
— Emocje na pewno są duże, bo wczuwam się jakbym to ja jechała, ale nie ciągnie mnie do powrotu. Aż tak to nie. Wbrew pozorom wcale nie tęsknię za tym tak bardzo. Łyżwiarstwo szybkie kojarzy mi się raczej z ogromnym wysiłkiem, bo to przecież jeden z najcięższych sportów. Owszem, to bardzo pięknie wygląda, kiedy zawodnik stoi w łyżwach na torze, w pięknej scenerii, ale trening sam w sobie często był katorżniczy. Kibic dostrzega tylko urywek wszystkiego. Nie widzi tych rowerów, ciężarków, przebiegniętych kilometrów.

— Ma pani swoje medalowe nadzieje przed Soczi?
— Proponuję zachowanie spokoju. Igrzyska to naprawdę zupełnie inna impreza niż każde inne zawody. Jest reguła, że dobrą formę utrzymuje się przez ok. miesiąc, o ile nikt nic nie zepsuje. Ja na przykład straciłam dobrą dyspozycję przed samą olimpiadą. Niektórzy potrafią wystrzelić z formą akurat na ten okres, ale proszę pamiętać, że na świecie są zawodnicy, którzy szykują się głównie na igrzyska. A inne zawody w tym okresie są dla nich raczej treningiem, kwalifikacją. Chodzi mi głównie m.in. o Stany Zjednoczone, Chiny, Koreę.

— Ale mimo wszystko medalowych szans mamy sporo. Kiedy pani startowała, każdy krążek był niemal cudem dla polskiego sportu zimowego.
— Gdzie tam komunie do Zachodu, przecież to była przepaść! Kiedy zaczynałam karierę i wyjeżdżałam np. na mistrzostwa Europy do Holandii, tamtejsi zawodnicy dziwili się, że całą noc jechałam do nich pociągiem, a już drugiego dnia startowałam. Takie były czasy. Zupełnie inne też są łyżwy, bo te dzisiejsze praktycznie same niosą. A ja musiała harować. W tej chwili różnica w sprzęcie jest kosmiczna. Dlatego i zawodnikom jest znacznie lżej, ale to nie znaczy, że nie muszą też ciężko pracować.

— Nie brakowało pani motywacji, że mimo ponad 80 tytułów mistrzyni Polski oraz wielu medali mistrzostw świata i Europy nie udawało się pani "wyjeździć" medalu na olimpiadzie?
— Nie, bo ja to robiłam dla sportu, bardzo mnie to rajcowało. Ale teraz już przestało (śmiech). Mówiąc poważnie nie wiem czego zabrakło, po prostu nie mogłam. Może czegoś nie zrobiłam, czegoś nie dopilnowałam, to jest właśnie dla mnie wielka zagadka. Trenowałam bardzo ciężko, a mimo to cały czas była jakaś blokada.

— Gdzie przygotowywała się pani do występów na igrzyskach?
— W NRD, Holandii albo u Rosjan. Zawsze za granicą, nigdy w Polsce.

— Mimo braku medalu które igrzyska wspomina pani najmilej. Pierwsze w Innsbrucku w 1976 r.?
— Właśnie pierwsze były okropne... Mieszkaliśmy w obiekcie podobnym do więzienia, w środku stały prycze. Byłam wtedy młoda, lekarz źle mnie sprowadził z gór na niziny, przez co za wcześnie wystrzeliłam z formą i na olimpiadzie już nie miałam siły. Najbardziej przyjazne były chyba igrzyska w Sarajewie. Nie było tam rozdzielenia tak jak w Lake Placid, że mężczyźni z kobietami nie mogli przebywać. Tam byłam często sama. Koszmar.

— Kiedyś powiedziała pani, że medal olimpijski był pani obsesją.
— Tyle lat trenowałam i stając na starcie naprawdę wierzyłam, że mogę go zdobyć. A jednak nie dałam rady. Jak było w Calgary? Trzynasty wyścig, sama jadę na 5 km, inne zawodniczki stoją i czekają, a ja jechałam na medal. I na okrążenie do końca, jadąc świetnie, upadłam. Jakby ktoś mi podświadomie podciął nogę. Mimo tego i tak zerwałam się bijąc jeszcze wtedy rekord Polski. Miałam ogromnego pecha i nie wiem dlaczego. To i tak dobrze, że się tym wszystkim wówczas nie załamałam.

— Jak ocenia pani całą swoją karierę?
— Bardzo dobrze. Uważam, że jestem spełniona, życzę każdemu tylu medali i takiej długowieczności. I zdrowia bez żadnych wspomagaczy. Przez wiele lat na mistrzostwach Europy nie schodziłam poniżej 5. miejsca. Zawsze dużo trenowałam, nawet koleżanki mówiły, że Erwina zawsze jest od nich lepsza. Dlatego przepraszam moje ciało, że je tak strasznie gnębiłam tym wysiłkiem. To była ciężka praca, ale ludzie sobie tego nie wyobrażają. Nawet moja córka wiele razy pytała "mamo, jak ty tak mogłaś?".
Cierpiało na tym też nasze życie zawodowe. Prawda była taka, że kiedy inni robili interesy i zarabiali pieniądze, my ścigałyśmy się na łyżwach. Dlatego moim zdaniem, sportowcy powinni mieć pewną rekompensatę, bo to był normalny zawód, bardzo ciężki. Każdy się cieszy z sukcesów, ale nie wie, ile to kosztuje nas wysiłku. Medalu olimpijskiego żałuję głównie z tego względu, że miałabym teraz te dwa tysiące złotych z emerytury olimpijskiej więcej.

— I byłaby pani kolejną medalistką związaną z Elblągiem — po Elwirze Seroczyńskiej i Helenie Pilejczyk, panczenistkach, które stawały na podium na igrzyskach w Squaw Valley w 1960 r.
— Tak, ale można różnie kategoryzować. Są tacy, którzy wystrzelą z formą, zdobędę medal olimpijski, są od razu gwiazdami, ale na tym koniec. Były takie przypadki.

— Na przykład skoczek Wojciech Fortuna.
— No właśnie. Sport ma wiele barw. Jest oczywiście piękny, bo bardzo go kochałam, tylko teraz z perspektywy lat sama się zastanawiam, jak ja tak w ogóle mogłam, potrafiłam. Jednak jak człowiek siedzi w tym kieracie, to tego nie dostrzega, tylko po prostu robi.

— W ostatnich tygodniach Rosją wstrząsnęły zamachy terrorystyczne. Takie ataki podczas samej imprezy w Soczi są możliwe?
— Nie sądzę, aby do czegoś takiego doszło. Takie same obawy towarzyszyły letnim igrzyskom w Londynie, a było spokojnie. Podczas igrzysk w Soczi mogą być jakieś zajścia, ale raczej w innych częściach Rosji. Takie imprezy są odpowiednio zabezpieczane. Sama pamiętam, jak podczas moich igrzysk wszędzie, dosłownie na każdym rogu stał żołnierz z karabinem.

— Ciężko chyba czuć wtedy olimpijską atmosferę.
— Oczywiście, że tak. Powiem panu szczerze, że każdy zachwyca się olimpiadami, a ja nie mam z nich miłych wspomnień. Po pierwsze zawodnik jest zupełnie inaczej traktowany niż działacz czy kibic, bo siedzi i czeka tylko na swój start. Nie może korzystać z wielu uroków. Trzeba siedzieć i się koncentrować, jak konie w boksach. Jest pełno stresu i nieprzespanych nocy.

— Dlaczego po latach poszła pani w politykę?
— To był zupełny, totalny przypadek. Mój kolega był akurat w jakiejś partii emerytów i zaproponował, żebym się zapisała. Lubiłam go, wiec tak zrobiłam. No i później był PSL, bo bardzo kocham ziemię, przyrodę. Pomyślałem, że partia zielona, jest tam najmniej polityki, chociaż może i nie jest to prawdą. Ale tak samo jak byłam niezależna w sporcie, tak samo byłam niezależna w polityce. Jak zapisywałam się do PSL-u od razu powiedziałam marszałkowi (sejmiku mazowieckiego - red.), że będę głosowała tak jak uważam. Powiedział, że wie i już mnie zna. A ja robię tak jak uważam. Nie jestem niewolnikiem partii, ustaw, że coś trzeba lub czegoś nie trzeba. Wolność jest najważniejsza. Obecnie pracuję w urzędzie miasta w Warszawie w biurze sportu.

— Jeden z pani punktów wyborczych mówił o budowie lodowiska w każdym powiecie. Tak sobie pomyślałem, że wciąż nawet Olsztyn, miasto wojewódzkie, nie ma takiego obiektu z prawdziwego zdarzenia.
— No widzi pan. Kilka lat temu mówiłam burmistrzowi Góry Kalwarii, żeby budował lodowisko. Po pięciu latach zbudowali rozkładany obiekt i to był po prostu taki strzał, że ludzie cały czas z niego korzystają. I wcale nie było to takie drogie.

Rafał Bieńkowski

Erwina Ryś-Ferens urodziła się 19 stycznia 1955 r. w Elblągu. W 1979 r. ukończyła studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Osiemdziesięciokrotna mistrzyni Polski, zdobyła 21 medali mistrzostw świata i Europy, czterokrotna olimpijka w łyżwiarstwie szybkim (Innsbruck 1976, Lake Placid 1980, Sarajewo 1984, Calgary 1988, kilkakrotnie zajmująca miejsca w czołowej dziesiątce, najwyższe 5. miejsce). Ustanowiła 50 rekordów kraju w łyżwiarstwie szybkim. W wyborach samorządowych w 2010 r. uzyskała reelekcję do sejmiku z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego, rok później bez powodzenia ponownie kandydowała do parlamentu.

Mistrzostwa Świata Juniorów w Strömsund w 1975 roku. Erwina Ryś-Ferens zajęła drugie miejsce.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (5) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. też ur.19.01 #1302051 | 79.187.*.* 20 sty 2014 23:52

    100 lat na 19.01,pamiętam Panią jeszcze z Elbląga,gdzie spędziłam dzieciństwo...miasto wówczas było b.dumne z Takiej mieszkanki

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. kos #1301088 | 164.127.*.* 19 sty 2014 23:58

    Pani Erwino, dużo zdrówka i wszelkiej pomyślności. Pamiętamy

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Gratuluje #1300578 | 95.160.*.* 19 sty 2014 11:13

    Az chce sie życ ,jak widzi sie takich ludzi. Pozdrawiam i rzycze powodzenia

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. wyatt earp #1300553 | 109.243.*.* 19 sty 2014 10:43

    Wszystkiego najlepszego Pani Erwino. Dla mnie jest Pani Legendą polskich sportów zimowych. Zawsze była gwarancją solidności i dobrego wyniku. Nigdy nie dała Pani sportowej niespodzianki in minus, czyli tzw. plamy.

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. olsztyniak #1300519 | 5.173.*.* 19 sty 2014 10:00

    Minęło tyle lat a Pani Erwina nic z wyglądu się nie zmienia.SPORT to ZDROWIE.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz