Niedziela, 9 sierpnia 2020. Imieniny Klary, Romana, Rozyny

Ewa Bem: Mama była po prostu moim tlenem

2014-01-05 08:00:00 (ost. akt: 2014-01-04 21:52:37)

— Kiedyś artystka potrafiła sama umalować się, uczesać, przyszyć falbankę. Zadbać o swoje buty, gardło, cały image. Wreszcie o to, żeby z godnością i klasą się zachowywać — mówi Ewa Bem, pierwsza dama polskiego jazzu, kochająca żona, mama i miłośniczka zwierząt, która od 30 lat przyjeżdża do ukochanego domku położonego nad podolsztyńskim jeziorem.

— Powiedziała pani, że sercem jest w Olsztynie.
— Koncertowałam tu wielokrotnie. Mam w pamięci cudowne występy w dawnym, jeszcze niewyremontowanym, amfiteatrze. Ale tak naprawdę moje serce jest w Olsztynie dlatego, że od ponad 30 lat przyjeżdżamy w niedalekie okolice tego miasta, do swojego ukochanego domku nad jeziorem. Przynajmniej raz w roku, latem, jesteśmy w Olsztynie i w Olsztynku, gdzie znajduje się nasz ulubiony skansen. To są nasze przepiękne rejony!

— Jestem wzrokowcem, zapamiętuję obrazy z życia jak zdjęcia. Pani patrzy na świat poprzez dźwięki, obrazy, a może poprzez emocje?
— Ja chyba reaguję wszystkimi zmysłami. Jeżeli zapamiętuję jakąś sytuację lub osobę, to rejestruję wszystko, co jest z nią związane. Brzmienie głosu, zapach, nastrój. Wokół tego buduję wspomnienia.

— A pani szczególnie wrażliwe serce do muzyki rozbudziło się w rodzinnym domu?
— Oczywiście. Ono się tam poczęło i tam wzrastało. Cała moja rodzina — zarówno po stronie mamy, jak i ojca — w jakimś sensie zawsze była związana z muzyką. Wszyscy bardzo kochamy muzykę i zawsze w jakimś stopniu się w niej udzielaliśmy. Tata przez wiele lat był pianistą, mama przepięknie śpiewała, bracia muzykowali, babcia grała na fortepianie, wszystkie ciocie i wujkowie też byli z kręgu muzyków. Wzrastałam więc w takim wielkim muzycznym sosie.

— Mocno związana była pani z braćmi.
— Wychowywaliśmy się rzeczywiście bardzo blisko siebie, być może dlatego, że nasze warunki rodzinne bardzo się pogorszyły w momencie, kiedy rodzice się rozeszli. Ojciec nas opuścił, zostaliśmy z mamą sami, musieliśmy bardzo szybko wejść na drogę życia samodzielnego i dojrzałego. Musieliśmy sobie radzić w wielu niełatwych sytuacjach. Byliśmy zawsze razem, a pomagały temu wspólne zainteresowania.
Mieszkaliśmy w samym centrum Warszawy, gdzie było bardzo dużo młodzieży, a to były czasy, kiedy młodzież się trzymała razem, powstawały całe grupy, paczki przyjaciół, które ze sobą dużo przebywały i muzykowały. Poza tym we trójkę byliśmy zaangażowani w udział w harcerstwie. Wzrastanie z braćmi bardzo wiele mnie nauczyło. Miałam też bardzo mocne wsparcie i ochronę jako młoda panienka (śmiech).

— To dzięki namowie starszego brata, Aleksandra, odbyło się pani pierwsze przesłuchanie w Stodole?
— Tak. Aleksander już od wielu lat grywał. Był perkusistą młodych zespołów warszawskiego nurtu. Kiedyś w Stodole odbywało się przesłuchanie do nowo powstającej Grupy Bluesowej i Alek mnie tak po prostu z ulicy tam zaholował. Bez żadnego przygotowania, bez wstępów i wielkiej oprawy muzycznej usiadłam na krzesełku przy biurku i zaśpiewałam, co umiałam. I to wystarczyło. Uważam to za początek swojej artystycznej drogi.

— A potem powstał Bemibek?
— Może nie tak od razu, bo po drodze z Grupą Bluesową "Stodoła" wydarzyło się jeszcze wiele wspaniałych rzeczy. Wzięłam udział w projekcie „Blusełka”. Była to msza w kościele murzyńskim, do której polskie teksty napisał Bogusław Choiński, wystawiana potem w formie małego musicalu. Było to dla mnie przeżycie niezwykle ciekawe i pierwsze poważne muzyczne doświadczenie.
Niedługo potem z Krakowa przyjechał Andrzej Ibek, który wzmocnił naszą dwójkę z Alkiem i powstało trio Bemibek, początkowo wokalne. Andrzej grał na fortepianie, my śpiewaliśmy. A potem to się rozrosło do zespołu. Akompaniowali nam też przy różnych okazjach wielcy jazzmani. Wspomnę tu chociażby Zbyszka Namysłowskiego, czy Jana Ptaszyna Wróblewskiego.

— Czy rzeczywistość sprostała marzeniom?
— Przyznam się, że były to czasy cudowne pojętego amatorstwa. Byliśmy młodymi ludźmi, pełnymi zapału, werwy, kreatywności. Absolutnie nie myśleliśmy o żadnych profitach związanych z tym, że mamy trochę talentu, ani że będziemy dzięki temu zarabiać lub wyjeżdżać za granicę. Myśmy chcieli tylko śpiewać, pracować, przygotowywać i nagrywać nowe rzeczy. Występowaliśmy głównie w klubach studenckich, bo one najprężniej wtedy działały i miały najwięcej sal w całej Polsce. Byliśmy szczęśliwi, jeśli przy okazji udało nam się dostać pokój w akademiku i talon do stołówki na obiad. To nam naprawdę musiało wystarczyć! (śmiech) Jeździliśmy między miastami pociągiem, bębny woziło się w przedziale i nikt nie robił z tego problemu. Ważne, że chcieliśmy coś powiedzieć, coś zrobić, że było nam dobrze ze sobą pod względem artystycznym.
Wydaje mi się, że w tej chwili działanie artystyczne bez całej profesjonalnej obudowy nie jest już możliwe.

— Tęskni pani czasami za tamtym światem?
— Na pewno. Bo z perspektywy czasu widzę, że to był najważniejszy etap mojego życia. Gdyby nie te trudne, siermiężne i czyste ideowo początki, nie byłabym potem tak silną artystycznie osobą, nieulegającą modom i podpowiedziom. Nie wiem też, w jakim miejscu muzycznie byłabym teraz. Cieszę się, że miałam mocną bazę.

— Rozpoczęcie pani solowej kariery związane było z postacią Wojtka Karolaka, w którym podobno się pani szalenie kochała.
— Któż by się w Wojtku Karolaku nie kochał!? (śmiech) Znałam go będąc jeszcze młodą panienką i traciłam głowę, słysząc jak on gra, jakie ma upodobania muzyczne, co mówi i patrząc jak wygląda. Odwiedzał moją mamę, więc mogliśmy poznać się na gruncie rodzinnym.
Wojtek po wielu latach pobytu w Szwecji, gdzie tworzył i grał, wrócił do Polski, poznał Marysieńkę Czubaszek, przymierzali się już do ślubu i wtedy powstała ich pierwsza wspólna piosenka napisana dla mnie — "Miłość jest jak niedziela".

— Pani Maria Czubaszek do dziś potrafi zagiąć niejednego ciętą ripostą Ma pani wciąż z nią kontakt?
— Oczywiście, że tak. Całkiem niedawno odbył się wspaniały benefis Marysi i Wojtka w radiowej Trójce, w którym również zaśpiewałam. Kiedyś udawało nam się spotykać dużo częściej, ale zawsze jestem pełna atencji dla wielkiego talentu Marysi. Mam niekiedy pewne zastrzeżenia do niektórych Jej wypowiedzi, czy też poglądów. Ja jestem akurat — całkiem odwrotnie — piewczynią macierzyństwa, więc złość mnie ogarnia na Jej niektóre bardzo drastyczne poglądy. Ale to nie zmienia postaci rzeczy. Uważam Ją za osobę wybitną i wielkiej klasy satyryka. A łączy nas to, że jest tak samo zakręconą psiarą, jak ja. No i obie kochamy się w Karolaku. (śmiech)

— Myślę, że różnią panie również przekonania religijne.
— Myślę, że tak. Jestem głęboko wierzącą i praktykującą katoliczką, która jednak ma sobie mnóstwo pod tym względem do zarzucenia i nie zawsze jest z siebie zadowolona. Uważam, że mój sposób praktykowania jest bardzo daleki od ideału! Pracuję nad tym.

— 40 lat pracy na scenie. Wielki dorobek, mnóstwo piosenek, występów na festiwalach jazzowych, opolskich. Lubiła pani to zamieszanie związane z dużymi koncertami?
— Nigdy tego nie lubiłam, ale nie chodzi tu o tremę. Ta atmosfera napięcia mi nie odpowiadała. Warto przy tym jednak zaznaczyć, że konwencja dużych festiwali jazzowych, jest zupełnie inna niż festiwali piosenki. Jazz jest pod tym względem szalenie dostojną i czystą formą muzyczną. Nie trzeba się tu spodziewać żadnych napięć, zależności, niepotrzebnej rywalizacji. Ważna jest tylko muzyka. Dlatego festiwale jazzowe, zwłaszcza Jazz Jamboree, przez wiele lat odbywający się w październiku w Warszawie, wspominam cudownie, jako prawdziwe uczty dla zmysłów.
Natomiast duże festiwale, typu "Opole", zawsze mnie stresowały i uwierały. Ja się nie nadaję do takich spędów, nie miałam też nigdy repertuaru, który szczególnie pasowałby do takich okazji. Owszem, udało mi się parokrotnie zdobyć główną nagrodę na festiwalu opolskim, ale w sumie nie należę do grupy wykonawców, którzy się w Opolu czują tak doskonale, jak np. pani Maryla Rodowicz.

— Na scenie ważny jest również efektowny kostium, a kiedyś zdobycie go nie było proste. Podobno w tej kwestii i w wielu innych pani podporą zawsze była mama...
— Mama była po prostu moim tlenem. Nie ma jej już od dwóch lat i trudno mi nawet o tym spokojnie mówić.
Ale mogę powiedzieć, że w czasie, kiedy ja zaczynałam — 40 lat temu, a nawet wcześniej — artystka, która wychodziła na scenę, potrafiła zrobić naprawdę sporo rzeczy wokół siebie samodzielnie. Umalować się, uczesać, przyszyć falbankę, zdecydować, czy wystąpić w zielonym, czy w czerwonym. Zadbać o swoje buty, gardło, cały image. Wreszcie o to, żeby z godnością i klasą się zachowywać. To wszystko należało do zawodu. Kiedyś nie do pomyślenia było, że artysta jest przez kogoś wymyślony, zrobiony, przebrany i nie może pokazać swojej osobowości, bo nie ma na to najmniejszego wpływu.
Kiedy zaczynałam swoją drogę, przyglądałam się artystom starszej daty i byłam zawsze pod ich wielkim wrażeniem. Pamiętam koncert, jeden z bardzo nielicznych, z żyjącym jeszcze wówczas panem Mieczysławem Foggiem. Choć był już bardzo leciwym artystą, nie mogłam wyjść z podziwu, jak On się przygotowuje do swojego występu: izoluje się od ludzi, rozśpiewuje się, tak pięknie potrafi się skupić i robi to z takim namaszczeniem, mimo że wychodzi na jedna piosenkę. Wyjście na scenę było kiedyś prawdziwym świętem.

— Podobnie było w Rosji, podczas pani pierwszego tournée?
— Pojechaliśmy do byłego Związku Radzieckiego jako zespół Bemibek, ale nie podobało nam się tam. Czuliśmy się jak na skazaniu i nie uznaję tego za podróż ciekawą. Graliśmy swoją żywiołową muzykę, dużo bossa novy w otoczeniu osób, które śpiewały operetkę, operowe arie, piosenki musicalowe i to nas dusiło w pewien sposób. Potem były inne trasy, m.in. po „Demoludach”, dopóki nie wyjaśniły się moje rodzinne sprawy paszportowe. W Berlinie Wschodnim odwiedzaliśmy fantastyczny ośrodek radiowy, w którym dokonaliśmy mnóstwa wspaniałych nagrań. To było już zetknięcie z wielkim światem. W porządnie wyposażonym studiu mogliśmy nagrywać to, co tylko chcieliśmy. Potem zaczęłam jeździć jeszcze dalej, aż w końcu udało mi się zwiedzić niemal cały świat. Ale muszę powiedzieć, że nie jestem sympatyczką długich wyjazdów z domu. Jestem mężatką, mam dwie córki. Gdy były małe, nigdy nie chciałam ich zostawiać, więc starałam się jak najszybciej gdzieś wyskoczyć, coś załatwić, zaśpiewać i wrócić. Absolutnie odrzucałam wszelkie propozycje pracy w USA zaplanowanej na dwa-trzy miesiące.

— A więc kiedy miłość, ta jedyna prawdziwa, zapukała do pani drzwi?
— Każda miłość jest jedyna (śmiech). Ja jestem już bardzo taką zasiedziałą mężatką. Od prawie 34 jesteśmy razem z Ryszardem Sibilskim, zwanym przeze mnie Dindi — to piękne imię i tytuł samby Jobima. Poznaliśmy się przy okazji festiwalu Jazz Jamboree i żyjemy w bardzo dobrym, zgodnym i cudownym związku, ale zawsze podkreślamy oboje, że jest to bardzo wielkie codzienne staranie z obu stron. Nigdy nikomu nie mówimy, że jest tylko „miodzie”, bo tak być nie może.

— Mają państwo dwie córki: Gabrysię i Pamelę. Czy one też muzykują
— Jeśli chodzi o Gabrysię, czyli młodszą 18-letnią córkę, to owszem. Przeszła już przynajmniej cztery fascynacje różnymi instrumentami. Było i pianino, i gitara i saksofon altowy. W ogóle jest artystycznie uzdolniona. Maluje, interesuje się ogromnie reżyserią filmową, sztuką. Nie jest to typ instrumentalistki, która będzie godzinami siedziała przy klawiaturze i ćwiczyła wprawki. Natomiast Pamela, w zasadzie nigdy nie była specjalnie zainteresowana muzyką. Bardzo się w niej kocha, jest szalenie osłuchana, ale miała zawsze inne zainteresowania. Skończyła etnologię i antropologię kultury, a z zapałem pracuje w redakcji TVN CNBC. Zajmuje się sprawami biznesowo-giełdowymi. Jest znakomitym dziennikarzem, czym jesteśmy trochę oszołomieni (śmiech).

— Wracając do muzyki, gdzie szuka pani teraz inspiracji? Wiem, że jest pani zapaloną facebookowiczką, więc może w internecie?
— Nie szukam specjalnie inspiracji, nigdy tego nie robiłam. Czasem aż mnie zaskakuje spektrum moich zainteresowań. Uwielbiam i muzykę rapowaną, i klasyczną, i baletową. Chyba tylko z heavy metalem nie jestem za pan brat. Aczkolwiek doceniam dobre wykonania. Tymczasem disco polo nie dopuszczam wcale do siebie. Staram się jednak nie inspirować, bo to nie jest bezpieczne. Łatwo przekroczyć granicę odtwarzania, a to jest zguba dla wszelkiej kreatywności.

— Samodzielnie napisała pani słowa piosenek, które znalazły się na płycie Kakadu. Dlaczego akurat przy tej płycie pokazała pani swój talent pisarski? To wymaga dojrzałości? Odwagi?
— W jakimś sensie na pewno dojrzałam. Ale proszę pamiętać, że ja przez te 40 lat śpiewałam tak piękne teksty, tak cudownych poetów i tekściarzy, jak Agnieszka Osiecka, Wojtek Młynarski, Jacek Korczakowski, Jeremi Przybora, że nawet do głowy by mi nigdy nie przyszło, żeby w te rejony się zapędzać. Później był okres, że mogłam już swoje teksty pisać, ale zauważyłam z przerażeniem, że piszą wszyscy, czy mają coś do powiedzenia, czy nie mają, czy potrafią, czy nie. Piszą jeden przez drugiego, co mnie tak ogromnie zmroziło. A potem właśnie przydarzyła się płyta Kakadu, którą skomponował Joachim Mencel i on mi kolejno przysyłał mp3 do domu z zarysowanymi motywami, piosenkami i one wszystkie tak bezpośrednio do mnie trafiały, że uruchamiały kolejno pomysły na teksty. Bardzo szybko przelałam je na papier, są bardzo spójne, utrzymane niewątpliwie w jednej konwencji. W pewnym sensie tworzą autorską płytę.

— Pani plany w nowym roku — zawodowo i prywatnie?
— To bardzo miłe pytanie, może powinnam pomyśleć o tym, żeby poszerzyć jakoś swoje prywatne plany. Dochodzę do wniosku, że czynienie sobie wielkich planów artystycznych, zawodowych jest już daleko poza mną. Nie dlatego, że nie miałabym już na ich realizację siły, czy też zapału, ale dlatego że nie można tego robić w nieskończoność. A jeszcze sporo rzeczy prywatnie chciałabym zrobić. Może podróżować z mężem? Nasze gospodarstwo rodzinne poniekąd jest już zamknięte, bo Pamelka jest mężatką, Gabrysia wkrótce rozpocznie studia i to prawdopodobnie zagraniczne, więc będziemy mogli sobie wreszcie, że tak powiem, poodcinać kupony (śmiech). Mam jeszcze plan, żeby w przyszłym roku zawalczyć o siebie samą i hasło "asertywność" wysunąć do przodu, bo jest moją bardzo słabą stroną. A przy okazji zaśpiewam kilka koncertów, bardzo skrupulatnie je dobieram. Wyjdzie tez płyta live z koncertu z Andrzejem Jagodzińskim i jego trio, bo chciałabym koniecznie zwieńczyć jakoś naszą wieloletnią współpracę.

Małgorzata Szwarc


Ewa Bem karierę artystyczną rozpoczęła w 1969 roku w Grupie Bluesowej "Stodoła". Jako solistka zadebiutowała w 1970 roku z kwartetem Zbigniewa Seiferta i śpiewała z różnymi zespołami. W 1972 roku zdobyła I nagrodę na konkursie wokalistów jazzowych w Lublinie.
Jest obok Aleksandra Bema i Andrzeja Ibeka współtwórczynią zespołu Bemibek — polskiej formacji, czującej się równie dobrze w jazzie, jak i muzyce pop. Wspólnie wystąpili na festiwalu Jazz Jamboree '71, dokonali licznych nagrań dla Polskiego Radia, koncertowali w kraju i zagranicą, zdobyli wiele nagród i wyróżnień w prestiżowych konkursach.
Po zmianach personalnych, grupa zmieniła nazwę na Bemibem. W 1974 roku zespół wydał płytę „Bemowe Frazy”. Zmieniła się również stylistyka, zmierzająca coraz wyraźniej wokalistyką Ewy Bem do jazzu.
Artystka współpracowała z wybitnymi jazzmanami (Andrzej Jagodziński, Henryk Miśkiewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Zbigniew Wegehaupt, Kazimierz Jonkisz) oraz czołowymi polskimi orkiestrami (m.in. Kukla Band, Jazz Orchestra Macieja Pawłowskiego).
Mężem piosenkarki jest Ryszard Sibilski, mają dwie córki – Pamelę (ur. w 1978 roku) i Gabrielę (ur. w 1995 roku).

źródło: ewabem.pl


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. cień #1288275 | 6 sty 2014 23:56

    nie zdradzając miejsca położenia domku muszę jednak powiedzieć ,że nie podolsztyński ani tym bardziej podpasymski lecz w podjedwabieńskim lasku nad jeziorem!:) pozdrawiam Pani Ewo!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. tes #1287414 | 31.0.*.* 5 sty 2014 19:32

    jest wspaniała!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. ktosik #1287249 | 89.100.*.* 5 sty 2014 15:53

    Pasym i okolice :)

    ! - + odpowiedz na ten komentarz