środa, 14 listopada 2018. Imieniny Emila, Laury, Rogera

Przejechałbym się z Małyszem, ale nie z Kubicą

2013-12-14 12:27:00 (ost. akt: 2013-12-14 12:18:03)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

— Z każdym kierowcą byłem w bardzo dobrych relacjach. U Andrzeja Lubiaka byłem ojcem chrzestnym jego syna, z którym potem zresztą jeździłem jako pilot. Kajetanowicz jak mnie wita, to mnie w rękę całuje, publicznie przy kumplach i się tego nie wstydzi — mówi 69-letni Maciej Wisławski, najpopularniejszy polski pilot rajdowy.

— Ile ma pan wzrostu?
— 192, może 193 cm.

— To dlaczego zdecydował się pan na ciasną klatkę auta rajdowego. Mógł pan grać np. w koszykówkę albo siatkówkę...
— Kiedy mogłem uprawiać jakiś sport, gdzie wzrost jest istotną cechą, to ja studiowałem, budowałem swoje szklarnie, a potem to już trafiłem do rajdów. Co do klatki rajdowej, to, kochany, jak jest motywacja, to człowiek nawet i w taczce się zmieści.

— Podobno pana starty w rajdach były dziełem przypadku i... towarzysza Gierka?
— To prawda. Na początku lat 70. pracowałem w Instytucie Warzywnictwa. Zaczynałem karierę naukową. Towarzysz Edward Gierek wprowadził podatek wyrównawczy od upraw kwiatów, co preferowało uprawę warzyw szklarniowych. Bardzo dużo tzw. badylarzy zaczęło przestawiać się z produkcji kwiatów na pomidory i ogórki. Warzywa obłożone były dużo niższym podatkiem. Trafił do mnie, do instytutu, syn bogatych badylarzy z Wilanowa, którzy chcieli przestawić produkcję. Przez niego poznałem rajdy. Zabrał mnie jako kibica, potem z jego kolegą pojechałem jako pilot w Monte-Calvaria dużym fiatem.

— Startował pan też jako kierowca.
— Jeździłem sporo. Pierwszy start w mistrzostwach Polski zaliczyłem syreną 104. To był 10 Rajd Warszawski. 1500 kilometrów w listopadzie, we mgle, deszczu, na szutrach. Ponad 100 samochodów wystartowało, dojechało dwadzieścia parę. Syrena, którą jechałem, była pierwszą w historii, która ukończyła ten rajd. Wygrałem swoja klasę. Dostałem radio w nagrodę.

— Kiedy przesiadł się pan na fotel profesjonalnego pilota?
— Od 1975 roku zacząłem jeździć jako pilot, choć zdarzało mi się wtedy jeszcze startować za kierownicą. Rok później utworzono dział sportu w FSM (Fabryka Samochodów Małolitrażowych — red.). Był problem z pilotem dla Andrzeja Lubiaka. Zaproponowano mi to stanowisko, bo znany byłem jako osoba dość odpowiedzialna jak na tamte lata i to środowisko.

— Reszta była nieodpowiedzialna?
— Dużo ludzi jeździło dla zabawy, nie było specjalnego ducha sportowego, raczej taka bankietowa ekipa wtedy była.

— Nie korciło pana, żeby wrócić za kółko?
— Nie. Bycie w zespole fabrycznym, to było bardzo duże wyróżnienie. Zawsze byliśmy wzorem w tej klasie, bo jeśli nie było awarii, to albo wygrywaliśmy, albo stawaliśmy na podium.

— Czy jako pilot popełnił ma pan kiedyś błąd?
— Raz Krzyśkowi Hołowczycowi urwał się lewarek i wybił mi notatki. Musiałem się pozbierać i to mi chwilę zajęło, więc przez ten czas Krzysiek musiał jechać ,,na talent''. No i raz z Maćkiem Lubiakiem (syn Andrzej Lubiaka — red.) w Rajdzie Śląskim na jednej z hopek wylecieliśmy w powietrze, fest uderzyliśmy o ziemię. Palec przeskoczył mi o jedną linijkę w notatkach. Wjechaliśmy w pole.

— I naprawdę nie zdarzyło się, że podyktował pan zakręt w lewo, a był w prawo?
— Nie zdarzyło się. Na pewnym poziomie już się o błędach merytorycznych nie rozmawia. Albo się swoją robotę przyzwoicie, albo nie robi się jej w ogóle.

— Bo ryzykuje się życiem?
— No może nie aż tak, ale takie merytoryczne błędy wprowadzają nerwową atmosferę, podważają zaufanie, a zaufanie to bardzo ważna kwestia.

— Zdarzyła się panu w samochodzie, że życie przewinęło się panu przed oczami?
— Nie ma na to czasu, kochany. Jak coś dzieje się w samochodzie, to jest szybsze od myśli.

— Ile razy pan dachował?
— O rany, nie liczyłem. Chyba z każdym kierowcą po parę razy i z Lubiakiem ojcem, i z Lubiakiem synem, i z Kajetanowiczem, i z Krzyskiem Hołowczycem. Z Radkiem Typą wylecieliśmy z drogi, dachowanie było z Kuzajem. Z Andim Mancinem mieliśmy gładki sezon w Stanach. No, ale ja dla niego byłem autorytetem, on mnie bardzo słuchał. Z Łukaszem Biśkiniewiczem też na razie nic takiego nie było, a trzeci sezon już jeździmy. Czasem oparliśmy się o jakieś krzaki albo kawałek rowem polecieliśmy, czy urwaliśmy zderzak, czyli kosmetyka. Przygód nie było też, gdy kierowca był Andrzej Koper.

— Gdy pan miał wypadki, żona się denerwowała?
— Nie, pani Joanna Wisławska nie denerwowała się.

— Dlaczego tak się pan zwraca do żony?
— Siedzi obok, może ją pan spytać... (rozmowa została przeprowadzona telefonicznie — red.). A nie, nie chce, ogląda telewizję. A mówię tak, bo to osoba wybitna, dlatego z takim szacunkiem się wyrażam. To osoba wykształcona — polonistka, humanistka i wyjątkowa pozytywna. Kiedyś mówiło się z szacunkiem: panie ojcze, pani matko, ja tak mówię z szacunkiem do swojej żony, bo na ten szacunek zasłużyła.

— A pana żona jak do pana mówi: „panie Macieju Wisławski”?
— Nie, pani Joanna Wisławska mówi do mnie po imieniu. Domyślam się, że być może nie darzy mnie takim szacunkiem, jak ja ją, stąd też takie wyrazy uszanowania nie musza być artykułowane.

— Wróćmy do rajdów. Z iloma kierowcami pan startował?
— Przez 38 lat startów było ich sporo... Policzmy: Mandera, Lubiak, Przybylski, Koper, Hołek, syn Lubiaka, Kajetanowicz, Mancin, Typa, Bożyk i teraz Biśkiniewicz.

— Naliczyłem 11. Czy pilot musi się przyjaźnić z kierowcą?
— Nie. Żeby osiągać przyzwoite wyniki, nie musimy bywać u siebie na imieninach, urodzinach, razem chodzić na balangi. Nie musimy razem dzieci chrzcić. Wymagane jest tylko dobre traktowanie drugiej osoby, jak w życiu. Na rajdzie możemy sobie powiedzieć: proszę, dziękuję, od tego kask z głowy nie spadnie. Nie można być chamem, to naprawdę bardzo pomaga w utrzymaniu dobrej atmosfery.

— A pan się przyjaźni się ze swoimi kierowcami?
— Z każdym kierowcą byłem w bardzo dobrych relacjach. Jak się dużo czasu spędza razem, to wiadomo, że się człowiek zakumpluje. U Andrzeja Lubiaka byłem ojcem chrzestnym jego syna, z którym potem zresztą jeździłem jako pilot. Kajetanowicz jak mnie wita, to mnie w rękę całuje, publicznie przy kumplach i się tego nie wstydzi, niesamowity gość...

— A Krzysztof Hołowczyc?
— Uważam, że z Krzyśkiem stworzyliśmy niepowtarzalny tandem. Do tej pory mamy dobry kontakt. Często zresztą bywamy razem na różnych imprezach. Jest wtedy wesoło, ludzie lubią słuchać naszych opowieści o przygodach.

— Który z was jest większym gawędziarzem?
— Krzysiek przebił mnie teraz tymi Dakarami. On jeździ w malowniczym rajdzie, ma w związku z tym dużo dykteryjek i historyjek do opowiadania.

— A pan nie zabrałby się na Dakar?
— Miałem parę propozycji, żeby wystartować jako pilot, jeszcze jak rajdy zaczynały się w Europie. Ale nigdy się tego nie podjąłem. Grzecznie dziękowałem, czemu ludzie nie mogli się nadziwić. Rajdy terenowe to zupełnie inna dyscyplina niż rajdy klasyczne. A ja uważam, że jeśli coś robimy, to w tak odpowiedzialnym sporcie jak rajdy, musimy mieć pewność, że robimy to dobrze. A rajdy cross country tej pewności nie dają. Są strasznie nerwowe dla pilota. Bo drogi w takim terenie szybko potrafią się zmieniać — tu były trzy drogi, ale ktoś przejechał i zrobiły się cztery, tu droga szła w lewo, ale już nie idzie, bo jest zasypana. To nie moja bajka. Ja wolę precyzyjną i konkretną robotę.

— W jaki sposób rozstaliście się z Krzyśkiem Hołowczycem?
— W 2001 roku Krzysztof nie bardzo wiedział, co będzie dalej robił, bo koncerny tytoniowe wycofały się ze sponsorowania rajdów. A ja miałem konkretną propozycję od Leszka Kuzaja. Dla mnie rajdy to była praca, bo ja żadnych biznesów nie mam, no i skorzystałem z propozycji.

— Hołowczyc nie potraktował tego jako zdrady?
— Absolutnie nie. Miałem w tym względzie wolną rękę.

— Dużo jeździ pan po polskich drogach?
— Bardzo dużo.

— Jak ocenia pan polskich kierowców?
— No nie za bogato. Jest ogromny rozrzut w umiejętnościach technicznych, w zachowaniu, w poziomie kultury. Od brutalnych chamów, którzy mają każdego innego w dupie, po ludzi, którzy są bardzo kulturalni. Cała gama. Jeśli chodzi o technikę prowadzenia samochodu wśród naszych kierowców, to pogląd wyrobiłem sobie, będąc w szkole doskonalenia techniki jazdy. Od 1995 roku współpracuję ze szkołą jazdy subaru, a pięć lat prowadziłem program ,,Szkoła Auto Skody'' w TVN. Było tam mnóstwo uczestników, przez moje ręce przeszło ponad 2 tys. osób. Okazało się, że 80-85 proc. ludzi nie ma podstawowej wiedzy, jak należy usiąść w samochodzie, jak położyć ręce na kierownicy, jak poruszać pedałami i do czego służą systemy w aucie. To byli ludzie, którzy mieli prawo jazdy od 5-20 lat. Niektórzy rocznie przejeżdżali dziesiątki tysięcy kilometrów, ale stanowili zagrożenie dla siebie i dla innych.

— Nie boi się pan po tym jeździć po drogach?
— Jeżdżę tak, by przeżyć. Racjonalnie unikam ryzyka.

— Zdarzają się panu mandaty?
— Czasami na jakiś fotoradar wpadnę, ale przekroczenia są delikatne, raz w roku raz na dwa lata.

— Prowadził pan programy w TV, a pana głos może usłyszeć podczas nawigowania GPS za pomocą aplikacji MapaMap. Dobrze pan nawiguje?
— Trudno mi to oceniać. Jeśli coś jest nie tak, to raczej jest to wina programu. Bardzo za to przepraszam, ja tam tylko nagrałem 300 haseł.

— Z innej beczki... Robert Kubica został osobowością roku FIA, jak pan ocenia ten wybór?
— Zasłużył na to. Dla mnie to fenomen. Przeszedł do innej dyscypliny sportu, bo Formuła 1 i rajdy to różnica mniej więcej taka, jaka dzieli skoki narciarskie od biegów narciarskich. Po wypadku Kubica osiągnął wynik, który był do tej pory nieosiągalny dla żadnego polskiego kierowcy. I to kierowcy, który był absolutnie sprawny. Wejście na taki poziom nie jest proste. Weźmy choćby mistrzostwa Europy. Od czasu naszego tytułu z Krzyśkiem, a było to już 15 lat temu, żaden z polskich kierowców tego tytułu nie zdobył.

— To dlaczego mówił pan, że jako pilot nie pojechałby z Kubicą nawet za milion euro?
— Mamy różne postrzeganie tego sportu. To jest gość, który ma wszystkie cechy totalnego sportowca, wojownika, który musi wygrać. Jego filozofia jest rodem z Formuły 1. On tam musiał wygrać. A ja nie muszę. Ja mam inną filozofię. Na torze można co najwyżej w barierę wjechać albo urwanym kołem oberwać, a w rajdzie nie ma „muszę”, bo są drzewa, przepaście i rzeki. Tu się jeździ, by dojechać. Poza tym Kubica jest profesjonalistą, ja tylko amatorem na przyzwoitym poziomie. On ten sport musi uprawiać, bo to jego zawód, a dla mnie to aktywna rekreacja. Nawet za milion euro nic by z tego nie wyszło.

— A z Adamem Małyszem pojechałby pan?
— Poznałem Małysza. To wielki sportowiec, tego samego formatu co Kubica, ale z inną niż on filozofią, dużo bliższą mojemu sercu. Pojechałbym z nim, ale rajd klasyczny, nie cross country.

Mariusz Jaźwiński
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. pa-pilot #1273119 | 178.36.*.* 17 gru 2013 12:07

    Ci wszyscy kierowcy rajdowi których pilotował Wisławski tak naprawdę nie wygrali żadnego rajdu.To Wisła zawsze wygrywał.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz