Niedziela, 21 października 2018. Imieniny Celiny, Hilarego, Janusza

Beethoven i Mozart trzepią mnie po łbie

2013-11-09 12:31:00 (ost. akt: 2013-11-10 09:01:53)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Dla mnie Beethoven był pierwszym metalowcem. W tamtych czasach jego symfonie były wręcz skandalem. A dzisiaj młodzież ma dystans do filharmonii. Bo trzeba się ubrać, być cicho i nie wolno nawet chrząkać — mówi Michał Jelonek, członek zespołu Hunter. Skrzypek, który łączy muzykę klasyczną z rockiem i metalem. 17 listopada wystąpi w Olsztynie.

— Kto odkrył pana talent?
— Miałem sześć lat, kiedy moja mama Halina zaprowadziła mnie do Ogniska Muzycznego w Kielcach. Chciała, żebym grał na pianinie. Swoje niespełnione marzenia próbowała zrealizować na mnie. Ja z tego okresu nic nie pamiętam. Mama opowiadała mi później, że przesłuchiwała mnie komisja, w której zsiadał profesor Mazur od skrzypiec. I powiedział, że mam słuch i predyspozycje. Widzieli w moich oczach ten smutek i rezygnację, i wiedzieli, że mogą ze mnie zrobić skrzypka.

— A dzieciństwo? Miał pan czas dla kolegów i wspólne granie w piłkę na podwórku?
— A skąd! Cały czas ćwiczyłem na skrzypcach. Z lekcji od razu szedłem do szkoły muzycznej. A po zajęciach wracałem do domu, odrabiałem lekcje i dalej ćwiczyłem na skrzypcach. A jak raz na jakiś czas, od wielkiego dzwonu wyrwałem się z domu, to wpadałem w szał i od razu robiłem sobie krzywdę, najczęściej rozcinając głowę. Pamiętam, że w pierwszy dzień wakacji kilka godzin ćwiczyłem na skrzypcach i mama powiedziała, że mogę wyjść na podwórko. Wyskoczyłem z domu i z tego szaleństwa zacząłem się kręcić wokół własnej osi. Złamałem obojczyk. I, zdaniem mamy, od tego czasu podwórko było już groźne. Buntowałem się i miałem fochy. Ale mama jest trenerką siatkówki kobiet i szybko ucinała dyskusje tzw. serwem z wyskoku.

— Ale dzisiaj nie ma pan chyba żalu do mamy?
— Jestem jej bardzo wdzięczny. Rodzinie i nauczycielom również. Za to, że wytrzymywali to skrzypienie zarzynanego prosiaczka. Dzięki temu mam dzisiaj chleb w rękach, jak mawiał mój dziadek.

— A kiedy wystąpił pan pierwszy raz publicznie?
— W wieku 7 lat. Mam nawet zdjęcie z tego wydarzenia. Opublikowano je w socjalistycznej gazecie. Dostałem też pierwszą gażę: banany i lizaki. I nie ma co się śmiać, bo w latach 70. banan to był rarytas. Ja dostałem ten owoc i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Ale intuicyjnie, jak ta małpka, jakoś sobie poradziłem.

— A to połączenie skrzypiec z muzyką klasyczną, rockiem, punkiem i metalem?
— A muszę to wyjaśniać? (śmiech) Przez długi czas siedziałem w klasyce, a jak byłem już młodzieńcem, usłyszałem kapele rockowe i metalowe. A że najlepiej wychodzi mi granie na skrzypcach, bo gram jeszcze na gitarze i pianinie, to stwierdziłem, że smyczkiem będę ciął to wszystko.

— To jaką ma pan duszę muzyczną?
— Ja nie mam dystansu do swojej twórczości, ale wydaje mi się, że w moich utworach słychać naleciałości z muzyki klasycznej. Cały czas czuję, że na moim lewym ramieniu siedzi Beethoven, a na prawym Mozart. I trzepią mnie po łbie, kiedy coś nie tak robię.

— Zaproponował już pan metalową interpretację Bacha, Paganiniego, "Tańca z szablami" Chaczaturiana. Kogo jeszcze by pan przerobił?
— Obecnie przygotowuję materiał na kolejną płytę. Ma już nawet roboczy tytuł: "La masacre classique", czyli "Klasyczna masakra". Ale bez piły mechanicznej (śmiech). Chcę przynieść do studia utwory kilku takich znanych kompozytorów i przerobić je tak, żeby się przewrócili w grobie. Nie chcę na razie zdradzać szczegółów, bo muszę to wszystko spisać, nagrać demówki, poukładać dźwięki gitary, perkusji. I dopiero kiedy będę miał to wszystko, zadzwonię do muzyków, zaproszę ich do współpracy i zaczniemy nagrywać.

— Spodziewał się pan kiedykolwiek, że publiczność na pana koncertach będzie się bawić, skakać, że będzie pogo?
— To zawsze jest loteria. Ale i ja zawsze twierdziłem, że przynajmniej w części utworów klasycznych drzemie olbrzymia energia. I jeżeli tylko zdejmie się tę otoczkę typu filharmonia, garnitury, panią w futrze z lisa, to się okaże, że u Mozarta, Beethovena czy Bacha są takie same emocje, które mamy w muzyce współczesnych wykonawców. To, że my dzisiaj traktujemy koncerty symfoniczne jako elitarne, to znak czasu. W tamtych czasach na operetki chodziły całe rodziny z jedzeniem, piciem, śpiewano razem z artystami i rzucało się w nich pomidorami. Ale nie dlatego, że ktoś źle zaśpiewał, tylko dlatego, że ktoś grał zły charakter.

— A dzisiaj...?
— Młodzi mają dystans do filharmonii. Boją się, bo trzeba się ubrać, być cicho, nie wolno nawet chrząkać. Dla mnie Beethoven był pierwszym metalowcem. Roznosił te symfonie. W jego czasach były one wręcz skandalem, bo uważano, że tak się nie gra. To tak, jak mówiąc to dzisiejsi krytycy muzyczni. A artysta jest właśnie od tego, żeby przełamywać schematy. I trzeba wyjąć tego Paganiniego i Vivaldiego i pokazać ich młodzieży. Udowodnić, że da się pokochać Chopina, mimo że kojarzy się głównie z akademiami i żałobami. Proszę spojrzeć na Nigel'a Kennedy'ego, który na początku lat 90. wyjął "Cztery pory roku" Vivaldiego. To, oczywiście, genialna kompozycja, ale już muzealna. Na przestrzeni lat była wykonywana przez miliony wykonawców. A Kennedy zrzucił z niego grubą warstwę kurzu i zaprezentował go w zupełnie inny sposób. Nagle świat oszalał na punkcie tego wykonania, mimo że nie mógł zmienić ani jednej nuty. To pokazało, że "Cztery pory roku" to niesamowita jazda. Trzeba tylko umieć te emocje pokazać. Nie chcę oceniać dzisiejszych filharmonii, ale mam wrażenie, że czasami zbyt elitarnie traktujemy muzykę klasyczną. A, na przykład, taki jazz w latach 30. był przecież przejawem buntu młodych. Towarzyszył mu alkohol, seks i narkotyki, grany był w podejrzanych klubach. A teraz? W wielu filharmoniach odbywają się koncerty jazzowe. Przychodzą panowie w białych kołnierzykach, a ich żony w lisach, żeby się pokazać. Dodatkowo bilety są straszliwie drogie. I to jest ten sam jazz, który 90 lat temu w wielu krajach był zakazany, m.in. w Polsce. Uważam, że chłopak czy dziewczyna, którzy na co dzień słuchają metalu, powinni pójść do filharmonii i posłuchać Beethovena. W przypadku sztuki, ale i nie tylko, nie warto się zamykać.

— Wirtuoz instrumentalista — taki przydomek do pana przylgnął.
— I to jest błąd, bo instrumentalistą, owszem, jestem, ale wirtuozem już nie. Mam zaszczyt znać kilku wirtuozów i jestem świadom tego, że nie należę do tego elitarnego klubu i raczej nie uda mi się do niego dostać. Mogę im jedynie wyczyścić buty przed koncertem. Ale podobno kłamstwo powtarzane sto razy staje się prawdą (śmiech). Ale poważanie, nie mam zamiaru szczycić się czymś, na co nie zasłużyłem.

— Dyplom w klasie skrzypiec obronił pan w 1990 roku, grał pan w orkiestrze symfonicznej, w 1991 roku zaczął pan grać w kieleckim zespole Ankh, w 2002 roku trafił pan do Huntera ze Szczytna, z którym nagrał pan cztery albumy. W 2007 roku ukazała się pana solowa płyta. Bardzo późno.
— Późno? Niektóre piosenki z pierwszej płyty miały nawet 8 lat. Błąkałem się po różnych zespołach, aż w końcu uznałem, że czas nagrać swoją płytę i w końcu skończyć z tą zakłamaną demokracją! (śmiech) A nie ukrywam, że demo miałem nagrane trzy czy cztery lata przed ukazaniem się "Jelonka". Fakt, dość długo trwało to moje pielgrzymowanie, ale większość wydawnictw mówiło mi, że ta muzyka się nie sprzeda. Że tak się nie gra. Pewnie najlepiej by było, gdybym poszedł się powiesić. Dzisiejsi muzycy muszą zaciskać zęby, bo jak nie da się wejść drzwiami, to zawsze jeszcze pozostaje okno.

— Myśli pan o tym, żeby zatrudnić wokalistę albo wokalistkę w swoim zespole?
— Zastanawiam się, czy sam nie zacznę śpiewać! (śmiech) Nie po to zacząłem projekt instrumentalny, żeby zamienić go w kolejny zespół instrumentalno-wokalny. Nie do końca jestem przekonany do drogi, którą obrała Apocalyptica. Nie mówię, że to jest złe, ale nie czuję naporu, że w zespole powinienem mieć wokalistę. Mimo że kilku animatorów kultury tak właśnie mi radziło.

— A co pan robi w wolnym czasie?
— Gram na komputerze. Mam swój malutki czołg i kryję się po krzakach. I czytam. Lubuję się w fantastyce, kryminałach i thrillerach. A ostatnio wkręciłem się w Orsona Carda. Nie jestem molem książkowym, ale dużo podróżuję w busie i z oczami trzeba coś wtedy robić.

— Mieszka pan w…
— ...Pruszkowie pod Warszawą. Ale buduję dom dla siebie i dla rodziny. Dziecka jeszcze nie mamy, ale pracujemy nad tym. Do kołyski też nie będę włączał mu swojej muzyki, bo nie lubię jej słuchać. Po prostu wkurza mnie, że coś mogłem inaczej, lepiej zagrać. A ubiegając kolejne pana pytanie, jestem na tyle dorosły, że nie jest dla mnie ważne, czy będę miał syna czy córkę. Ważne, żeby było zdrowe i szczęśliwe.

— I też pośle pan swoje dziecko do szkoły muzycznej w wieku 6 lat?
— Nie wiem. Dużo zależy od dziecka. Nie mam doświadczenia w byciu rodzicem, ale uczyłem dzieci w szkole muzycznej. I dzisiaj jest bardzo dużo nadpobudliwych dzieciaków. A nauka na instrumencie wymaga spokoju i koncentracji, wyłączając może perkusję. Dzieci są różne, bardziej lub mniej utalentowane w danej dziedzinie. I rodzice powinni o tym pamiętać.

— Jest pan zodiakalnym bliźniakiem. A bliźnięta są ruchliwe, kreatywne, niespokojne i nieopanowane, inteligentne, ale mają też huśtawki nastrojów i ponoć są mściwe. Coś chce pan sprostować albo dodać do tej listy?
— Dodać nic, zmienić też. I ma pan szczęście, że miał pan wyważone pytania. Bo mógłbym się na panu zemścić!

Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentowanie wyłączone

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB