Piątek, 28 lutego 2020. Imieniny Ludomira, Makarego, Wiliany

Po dobrym ciosie nawet szczęka się nie składa

2013-11-11 09:20:00 (ost. akt: 2013-11-11 08:00:28)

Autor zdjęcia: Wojciech Benedyktowicz

Dokładnie na 37 sekund przed końcem był jeszcze mistrzem olimpijskim. — Czułem, że walkę wygrywałem, ale chciałem się jeszcze popisać przed publicznością. Ruszyłem do przodu i wpadłem na kontrę. Zdobyłem srebro, ale to i tak był sukces dla chłopaka z Żerania — mówi Paweł Skrzecz, medalista olimpijski z Moskwy w boksie. Dziś trener.

— Ile razy miał pan złamany nos?
— Ani razu

— Ani razu?
— A dlaczego miałbym mieć złamany nos?

— Myślałem, że wszyscy bokserzy mają połamane nosy. Pogratulować gardy.
— Całą swoją karierę przeszedłem bez problemu. W pewnym momencie zacząłem mieć kłopoty z łukami brwiowymi. Nie wytrzymywały i krew zalewała mi oczy. Ale poważniejsze kontuzje mnie omijały. Raz tylko przez kilka tygodni rękę miałem w gipsie, bo pewien Ugandyjczyk na pucharze świata "wyrwał" mi ją w łokciu.

— Mówił pan gdzieś, że boks uratował panu zdrowie?
— Całe życie mi uratował. Gdyby nie boks, to nie wiem, jakby się moje losy potoczyły. Pochodzę z biednej rodziny. Matka praktycznie sama nas wychowywała, ale trudno było jej nad nami utrzymać kontrolę, bo cały czas pracowała na utrzymanie rodziny. W wieku 16 lat kiepsko się uczyliśmy, piliśmy alkohol. Czym dobrym mogło się to skończyć?

— Dlaczego zaczął pan boksować. Wkurzył się pan na kolegów?
— Całkowity przypadek. Nigdy nie miałem z tym żadnej styczności, tylko tyle, że kiedy starszy brat przynosił rękawice, to się czasem z Grzegorzem (Grzegorz Skrzecz, brat bliźniak Pawła — red.) tłukliśmy. Zaczęło się w wieku 16 lat, gdy obaj chodziliśmy do zawodówki. W jego klasie był taki ciamajda, klasowy chłopiec do bicia. No i ten chłopiec miał już dość tego popychania, chciał się zapisać do sekcji bokserskiej. Razem z bratem pojechali do Gwardii, bo Grzegorz wiedział, gdzie to jest. Grzegorz się zapisał. Po 20 dniach poszedłem zobaczyć, jak brat trenuje. Stanąłem pod ścianą. Trener powiedział: — Jak już jesteś, to zacznij trenować. Wkrótce trener Wieńczysław Kosinow zastąpił nam ojca.

— A co z ojcem?
— Rodzice się rozwiedli.

— 16 lat to nie za późno na trenowanie boksu?
— Okazało się, że nie. Ale włożyliśmy w to masę pracy. W 1975 roku, gdy pojechaliśmy na spartakiadę młodzieży, podczas której zdobyłem złoty medal, no to coś się w sercu zagotowało. Doszedłem do wniosku, że coś z tego może być. Praktycznie wszystko poświęciłem tej dyscyplinie. Na trening chodziłem prosto ze szkoły. Na sali odrabiałem lekcje, bo taka była umowa matki z trenerem. Trener zobowiązał się, że skończymy szkołę. No więc, gdy przychodziliśmy do klubu, stolik był już naszykowany i odrabialiśmy lekcje. Jak już zdołaliśmy je odrobić, to zostawała nam jeszcze z godzina, więc zaczynaliśmy rozgrzewkę bieganie albo granie w piłkę. Tak że w sumie treningi zaczynaliśmy godzinę przed kolegami, a kończyliśmy grubo po tym, jak wszyscy już wyszli. Może dlatego sukcesy przyszły tak szybko. W 1973 roku zacząłem, a w 1975 była spartakiada w Ełku. W 1976 roku byłem już w kadrze Polski.

— Dużo zarabiało się na boksie
— Plus mojego boksowania był taki, że ja byłem w klubie policyjnym. Tam wszyscy, a szczególnie zawodnicy na topie, byli zatrudniani na etatach mundurowych. Mieliśmy mieszkania z klubu, były jakieś sklepy, gdzie łatwiej nam było cokolwiek kupić. Pieniądze też były przyzwoite. Wtedy państwo dbało o sport. Na treningach dostawałem sprzęt sportowy. Gdy byłem jeszcze początkujący, refundowano mi podróże na treningi, żeby tylko zachęcić do ćwiczeń. Praktycznie dzięki takiej opiece udało mi się zostać dobrym bokserem. Matki nie było stać na takie wydatki, więc klub je po prostu wziął na siebie. Dziś coś takiego byłoby abstrakcją. Dzisiaj gadka do zawodnika jest taka: — Najpierw zrób wynik, to będą pieniądze. A jak tu zrobić wynik, jak w wielu wypadkach rodzice nie mają co dać dzieciom jeść, a co dopiero kupić sprzęt na trening. Dlatego ten nasz sport w tej chwili tak wygląda.

— W 1980 roku startował pan na olimpiadzie w Moskwie i podobno tę walkę przegrał pan w ostatnich 30 sekundach?
— Dokładnie na 37 sekund przed końcem byłem jeszcze mistrzem olimpijskim. Niestety, przed końcem walki zostałem trafiony i byłem liczony, roztrwoniłem w ten sposób przewagę, którą miałem w punktach. Swoją walkę olimpijską oglądałem potem kilkadziesiąt razy. To był głupi błąd, głupia ambicja. Kibice skandowali: Paweł, Paweł. Czułem, że walkę wygrywałem, chciałem się jeszcze pokazać, popisać. Ruszyłem do przodu, wpadłem na kontrę, no i niepotrzebnie, bo mogłem te pozostałe 37 sekund po prostu przeskakać na ringu.

— Jest niedosyt?
— Jest, ale trudno i tak wysoko zaszedłem. Ja, chłopak z Żerania, z biednej rodziny, znalazłem się w finale olimpijskim. Chodziłem po wiosce olimpijskiej przed finałem i nie mogłem uwierzyć, że będę walczył o złoto. Mówię do brata: — Grzesiu, ty mnie uszczypnij, bo ja nie wiem, czy to jest prawda.

— Jak na olimpiadzie w Moskwie skakał Władysław Kozakiewicz, kibice rosyjscy dali mu odczuć, że go nie lubią. Stąd później jego gest. Pan też odczuł ich niechęć?
— Nigdy nie odczułem jakiejś niechęci czy wrogości. Nie wiem, co by było, gdybym się musiał zetrzeć z Rosjaninem, ale nie musiałem. Władek rywalizował z miejscowym, trudno mieć żal do kibiców, że dopingowali swojego. Dla mnie to była wspaniała olimpiada zakończona sukcesem. Żałuję tylko, że nie pojechałem na olimpiadę do Los Angeles, że pieprzeni komuniści nam tę olimpiadę odebrali. Miałbym wtedy skalę porównawczą, mógłbym cokolwiek powiedzieć. Cóż, byłem tylko w Moskwie i u mnie każde wspomnienie, każdy powrót do zdjęć z tej imprezy powoduje mięknięcie serca. I zaraz robi się wilgotno pod oczami.

— Wkurzył się pan, gdy zapadła decyzja o tym, że Polska reprezentacja nie jedzie do Los Angeles?
— Dowiedzieliśmy się w Cetniewie na zgrupowaniu na kilka dni przed mierzeniem strojów. No, jak tu się nie wkurzyć?! Przepracowałem cztery lata, szlifując formę na występ na olimpiadzie.

— To pana skłoniło do zakończenia kariery?
— Nie, głównie wiek. Przed olimpiadą w Seulu trener kadry zapowiedział, że stawia na młodych. Wycofałem się z kadry, jeszcze trochę boksowałem dla klubu. W 1987 roku pojechałem na mistrzostwa Polski do Wrocławia. W finale boksowałem z Wieśkiem Dyłą. Dwa razy byłem wtedy liczony. Doszedłem do wniosku, że skoro młodzi zaczynają mnie bić, to pora zbierać manatki. Miałem zrobiony kurs trenerski, więc rękawice zawiesiłem na kołku i wziąłem się za trenerkę.

— A czemu wcześniej nie przeszedł pan na zawodowstwo?
— W 1977 roku, gdy byłem w Stanach Zjednoczonych, wygrałem w oficjalnym meczu z Charlesem Singletonem. To był wówczas w Ameryce drugi bokser w rankingu, zaraz po Leonie Spinksie. Miałem tam mnóstwo propozycji, łącznie z propozycją małżeństwa i zostania na stałe. Nie wiem, czy to ja nie byłem zdecydowany, czy oni za mało mnie namawiali, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Pamiętam, że wtedy tęskniłem za Polską, myślałem, że musiałbym mamę zostawić samą, miałem też w Polsce już narzeczoną.

— Żałuje pan tej decyzji?
— Jak mam żałować, skoro nie mam skali porównawczej. To taka sama historia jak Moskwa i Los Angeles. Nie jestem w stanie ocenić, czy olimpiada w Moskwie była zła, skoro byłem tylko na niej.

— W sumie stoczył pan 278 walk, z tego 236 zwycięskich. Miał pan także 35 porażek i 4 remisy. Często zdarzało się nokautować przeciwników?
— Walk wygranych przed czasem było mnóstwo ale nigdy tego nie liczyłem. Walki kończyły się doprawdy różnie, momentami nawet było zabawnie. W Polsce, gdy ja walczyłem, istniała liga bokserska. Walki w lidze czasem kończyły się tak, że po pierwszym gongu otwierającym walkę, zanim jeszcze dotarłem do przeciwnika, to już leciał ręcznik i przeciwnik się poddawał.

— A pan często był nokautowany?
— Nigdy. Czasem byłem liczony, ale nigdy nie byłem znokautowany, czyli nigdy nie skończyło się tym, że nie byłem w stanie wstać po ciosie. Pierwszą porażkę przed czasem poniosłem po roku treningów na mistrzostwach Polski w 1974 roku. Spotkałem się w ćwierćfinale z ówczesnym mistrzem Polski, dostałem na wątrobę i trzeba było się wycofać, bo ból był nie do zniesienia. Później, już za czasów seniorskich walki przed czasem nie przegrałem.

— Co czuje człowiek po ciosie, po którym się przewraca i po którym jest liczony?
— Tylko te ciosy przewracają, których się nie widzi, bo jakby się widziało, to można by ich uniknąć. Co tu dużo mówić, jak dostaje się taką bombę, to potem w pewnym momencie budzisz się na macie ringu i trzeba się z tej maty jak najszybciej podrywać. Gorzej jest po takiej walce, gdy na przykład szczęka się nie składa i nie można nic zjeść na bankiecie. Liczenie to w boksie zwykła rzecz. Sam miałem taką walkę, w której byłem liczony, a za dosłownie pół minuty znokautowałem przeciwnika.

— Pan jest praktykiem, wieloletnim zawodnikiem i trenerem. Ile prawdy jest w obiegowej opinii, że przyjęte ciosy wyniszczają boksera. I to tak, że niektórzy po zakończonej karierze ledwo są w stanie mówić.
— Wiadomo, że każdy cios na głowę powoduje mikrowstrząsy, że mózg się telepie. Ale jak obserwuje swoje grono przyjaciół bokserów, to nie widzę jakiś problemów z zachowaniem, z mową czy innych odchyleń. Moim zdaniem, jest wiele brutalniejszych sportów. Weźmy alpinizm. Co chwila ktoś ginie, ale to boks ma łatkę brutalnego sportu, choć tu sprawa kończy się zazwyczaj na siniakach albo rozbitym łuku brwiowym.

— Co jest ważniejsze w boksie: siła mięśni czy technika?
— Wszystko musi być zgrane. To jest jak budowa domu — musi mieć solidne fundamenty. Zaczyna się od dobrego ustawienia nóg, dobrej ich pracy. Później idzie się wyżej, czyli praca tułowia. W boksie na końcu jest praca rąk, bo najpierw trzeba do przeciwnika dojść, potem pomyśleć i dopiero uderzyć. Nie trzeba mieć wcale mocnego uderzenia, wystarczy precyzja. Trzeba umieć trafić przeciwnika w czuły punkt. I jest po herbacie.

— Czarni boksują tak samo jak biali?
— Czarni są może bardziej gibcy, biali może bardziej sztywni, ale to wszystko, co zauważyłem. Jak dobrze trafić, to bez względu na kolor skóry każdy nakryje się nogami.

— Podobno jako trener trenował pan Władimira Kliczkę?
— Miałem przyjemność, bo trenował w Gwardii. W sumie był tu krótko, stoczył dla nas pięć walk, potem pojechał na olimpiadę w Atlancie, zdobył złoto i został zawodowcem.

— Już na początku było widać, że to będzie gwiazda?
— Górował nad naszymi ówczesnymi zawodnikami. Można się było spodziewać, że będzie to zawodnik dużej klasy, ale że z bratem zrobi z siebie przedsiębiorstwo, że będzie mercedesem w branży bokserskiej, tego się nie spodziewałem. Władimir Kliczko to gwiazda, ale ostatnią walką jestem zawiedziony. Wydaje mi się, że się powoli wypala. Może to psychika? Ja im bardziej byłem znanym zawodnikiem, tym więcej miałem obaw przed walką. Strach przed przegraną z frajerem i przed tym, co wtedy napisze prasa, potrafi spętać i ręce, i nogi.

— Jako człowiek jaki był?
— Przyjechał z biednej wówczas Ukrainy, zarabiał tu 150 dolarów za walkę. To była wówczas dla niego olbrzymia kwota. Jeździliśmy razem po Warszawie, oczy miał szeroko otwarte. W tamtym czasie Warszawa była dla niego metropolią, a teraz... to już obywatel świata.

— Czy w Polsce jest szansa na kogoś takiego jak Kliczko?
— Nie widzę, niestety, nikogo takiego. Mamy jednego mistrza świata, czyli Krzyśka Włodarczyka, ale jemu już bliżej do końca kariery niż początku. Duże nadzieje wiązało się z Mateuszem Masternakiem, ale po walce z Grigorijem Drozdem w Moskwie okazało się, że jeszcze za wcześnie. Nie jest nawet namiastką Kliczki. Jest Tomasz Adamek, ale po walce z Kliczką we Wrocławiu widać było, że obu pięściarzy dzieli przepaść. Zresztą w tej chwili Tomek bardziej się cofa, niż rozwija.

— To jeszcze Szpilka, Sosnowski i Wach.
— Sosnowski skończył karierę, a Szpilka robi dużo krzyku, ale czeka go bardzo dużo pracy, bo błędów popełnia mnóstwo. Wach zaś to wyrobnik, solidny pięściarz, ale nigdy nie będzie wirtuozem.

— Jak schudnąć ze 142 kilo do 104? Pan to zrobił?
— Potrzebny jest jakiś wstrząs, który rodzi wolę. W moim przypadku to był kran. Zaczął ciec, ja chciałem się pod niego położyć i nie mogłem. Opowiedziałem wtedy do siebie: — Paweł, zastanów się nad sobą. Zacząłem stosować dietę, ruszać się i jest lepiej. Kilka razy w tygodniu trenuję po półtorej godziny. Dietę i wysiłek trzeba odpowiednio poukładać. Nie może być jednocześnie dużo żarcia i trening, bo to nic nie da, ani głodzenia bez treningu, bo nie tędy droga.

— Ulubiona dieta?
— Jem głównie białe mięso, ryby, unikam czerwonego mięsa, używam 3 rodzajów oliwy. Z przypraw stosuję ocet jabłkowy. Jem często ale w małych ilościach.

— Różni się to od diety, którą pan utrzymywał jako bokser?
— Znacznie. To, co ja wyprawiałem wtedy z jedzeniem, przechodzi ludzkie pojęcie. Jadło się to, co było, np. parówy i jajecznica na śniadanie. Zdarzał się też bigos na kolację. Toż to była tragedia dla organizmu. Teraz są inne warunki. W sklepach jest wszystko i jak się chce, to można być smukłym jak łania.

— Wiem, że nie kontaktuje się pan z bratem bliźniakiem. Dlaczego?
— Nie chcę o tym rozmawiać. To jest zły człowiek...

Mariusz Jaźwiński
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB