Czwartek, 17 października 2019. Imieniny Antonii, Ignacego, Wiktora

Dwanaście lat w roli kościelnego

2013-10-05 11:55:00 (ost. akt: 2013-10-05 12:50:18)

Autor zdjęcia: Archiwum aktora

Urodził się tego samego dnia co Bolesław Bierut, a za Gierka o mało nie został aktorem w teatrze w Olsztynie. Najbardziej znany jest z serialu "Plebania". Przez 12 lat wcielał się w rolę Zbyszka Sroki, kościelnego parafii w Hrubielowie. Ze Stanisławem Górką rozmawiamy o życiu, wierze i kulturze ludowej.

— Bardzo mało jest o panu informacji, mam tu na myśli internet. Wywiadów też pan chyba mało udziela? Ja znalazłem jeden.
— No tak, jest to bardzo sporadyczne. Mam związki z lokalną prasą, czyli z rejonu Otwocka czy Garwolina. A więc z ośrodków, przy których mieszkam i działam, więc siłą rzeczy jestem obecny na tamtym rynku medialnym. A prasa ogólnokrajowa nie jest mną zainteresowana, ale ja również o ten rozgłos nie zabiegam. Widzi pan, niezwykle ważną rzeczą jest dla mnie to, że interesuję się tą moją małą ojczyzną. Czy jest to mało interesujący temat dla mediów krajowych? Tego nie wiem, trzeba byłoby ich zapytać. W każdym razie, nie otrzymuję takich propozycji. I ja też nie zabiegam, bo szkoda mi na to czasu. Jestem wrośnięty w mój region otwocki.

— To co u pana słychać? Zniknęła "Plebania", z domów Polaków zniknął też pan.
— (śmiech) Mam nadzieję, że Polacy aż tak nie rozpaczają z mojego powodu, że nie jestem przyczyną ich smutku. Albo przynajmniej niejedyną. W każdym razie, u mnie wszystko w porządku. Ja należę do ludzi, którzy nie potrafią się nudzić. Ciągle mam bardzo dużo do roboty. Po pierwsze, jestem profesorem na Akademii Teatralnej w Warszawie. Prowadzę zajęcia ze studentami pierwszego i drugiego roku. Mam znakomitego asystenta, utalentowanego aktora i wybitnego naukowca Jarka Zacharskiego. Zajmuję się emisją głosu w mówieniu i śpiewaniu. Pochwalę się, że minister kultury odznaczył mnie ostatnio Glorią Artis. Poza tym, w tym roku mija 21 lat, kiedy prowadzę Teatr Pod Górkę.

— To przecież kawał czasu.
— I przez ten czas teatr idzie pełną parą, mamy za sobą kilkadziesiąt premier. A ze spektaklami jeździmy po całym kraju, ale i za granicę również. Nasze spektakle mówią o małych ojczyznach, o mojej małej ojczyźnie, którą doskonale pamiętam. Słowem, dotyczą kultury ludowej. I ta nasza propozycja jest przez widzów przyjmowana. Ostatnio byliśmy w Denver w stanie Kolorado, Filadelfii czy w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie. Tak więc ciągle się coś dzieje, światowo również.

— A jaka jest dzisiaj ta nasza ludowość?
— Jakbym chciał odpowiedzieć na to pytanie obiektywnie, to musiałbym powiedzieć, że nasza kultura ludowa idzie w kierunku disco polo, z butelką piwa i kiełbaską. Ja pochodzę z małej podwarszawskiej miejscowości i tę moją małą ojczyznę chcę przedstawiać taką, jaką widzę, jak ja ją czuję. I w ogóle nie trzeba pisać poezji ludowej, żeby osiągnąć ten cel. Trzeba o niej jednak mówić w szczególe, to znaczy ja robię spektakl o konkretnym miejscu, które jest autentyczne, które istnieje na mapie, w którym mieszkam i które ma swoją historię. I o takim, które ma kilka punktów szczególnych, jak rzeka czy most. O miejscu, gdzie spotykają się mieszkańcy, bawią się, śpiewają, tańczą. I dla mnie najważniejszym żywiołem są wiejskie relacje i przyjaźnie, które są niemożliwe w dużym mieście. My odwiedzamy siebie nawzajem, robimy kolacyjki, wieczorami spotykamy się na sunie. A tego nie ma w metropoliach. Tam człowiek czuje się samotny, jak w dżungli.

— W wywiadzie, do którego udało mi się dotrzeć, powiedział pan, że nigdy nie był gorliwie wierzący. A grał pan kościelnego w "Plebanii", i to przez 12 lat.
— Ta moja religijność się zmieniała w zależności od momentów, które przechodziłem w życiu. Zaraz po studiach aktorskich bardzo chciałem zostać księdzem. Naprawdę! To był moment wzmożonej religijności, a nie chwilowy zachwyt. Pochodzę z rodziny katolickiej i tak byłem wychowany. Czytałem ojców kościoła, a nade wszystko Wojtyłę i Wyszyńskiego. Jaka jest moja wiara dzisiaj? Niestety albo stety, chociaż nie chcę spoglądać w kalendarz, ale mam skończone 59 lat. Więc coraz bardziej staję się osobą mistyczną i ukierunkowaną na religijność. Oczywiście, nie chciałbym, żeby z tego była dewocja, ale...

— To jest część prawdy o panu.
— Dobrze pan to określił. Mam własną teorię, że zawód aktora prowokuje wyzwania, wręcz porusza kwestie mistyczne. Bo dotyka czegoś, co jest nieosiągalne i nieuchwytne. Nie chcę się wgłębiać w filozofowanie czy teologię, ale uważam, że aktor i ksiądz to są pokrewne fachy. Oczywiście, zależy od tego, czy do tego fachu podchodzimy rzetelnie. Tak więc księdzem nie zostałem, ale źle nie skończyłem (śmiech).

— W serialu był pan uzdolnionym muzycznie kościelnym. Grał pan na gitarze.
- Ja z gitarą nie rozstaję się od lat! Żałuję tylko, że nie skończyłem szkoły muzycznej. Od młodzieńczych lat gram na gitarze i bardzo to lubię! Chociaż może nie powinienem... Oczywiście żartuję sobie. Mam w programie również, można to nazwać, recitale muzyczne, w których sam, we własnych aranżacjach wykonuję piosenki, które grałem na "Plebanii" czy teatrze. Tak więc gitara jest bardzo ważna. Mamy dzisiaj, niestety, siermiężne ubóstwo, jeśli chodzi o sprawy kulturalne. Ale ośrodki kultury mogą sobie pozwolić na zaproszenie aktora z jego gitarą. Tak więc ja ulegam temu, przyjeżdżam, śpiewam i gram. A przecież bardzo to lubię.

— Bardzo dużo mówi pan o swojej małej ojczyźnie. Jak wspomina pan swoje dzieciństwo?
— Wspominam je fantastycznie. I wracam bardzo często do tych lat. Uważam wręcz, że dzieciństwo miałem bardzo szczęśliwe. Urodziłem się w Wielką Sobotę o godz. 6 rano przy biciu dzwonów na rezurekcję. Pani pielęgniarka miała wtedy stwierdzić, że to wielki dzień, bo... tego dnia swoje urodziny obchodził Bolesław Bierut. Wychowałem się w małym miasteczku, Dęblinie. Tam chodziłem do przedszkola, szkoły podstawowej i liceum. Dopiero później wyfrunąłem do Warszawy. Miałem w dzieciństwie dużą wolność, wspaniałych przyjaciół, kolegów. Wychowałem się w pięknym miejscu, bo to był dom wolnostojący ze wspaniałym sadem, ogrodem. Zawsze też było pełno zwierząt: baranków, owieczek, kurek, gęsi. Ja namiętnie hodowałem króle i gołębie.

— A lata młodości?
— Były bardzo rewolucyjne...

— Z powodu długich włosów opadających na oczy?
— Nie. Działy się takie rzeczy, które dzisiaj wydarzają się bardzo często. Mianowicie rozwód moich rodziców. Ja to bardzo ciężko przeżywałem, a byłem jedynakiem. Rodzice w swojej miłości szarpali mnie oczywiście, każde w swoją stronę. Także kiedy słyszę, że ktoś się rozwodzi i przychodzi to tak łatwo, przypominam sobie to, co sam przeżywałem. Przypominam sobie moje rozdarcia, lęki, obsesje, myśli samobójcze... To był bardzo trudny czas i zawsze serdecznie myślę o dzieciach, które przechodzą tego typu traumy. Teraz, z perspektywy lat, cieszę się, że te doświadczenia mogłem przerobić na aktorstwo. One miały wpływ na to, że jest ono takie, a nie inne. Że różni się od aktorstwa innych moich kolegów, którzy mieli szczęśliwą młodość. Ja chciałem się uczyć, żeby wyrwać się z tej rzeczywistości, usamodzielnić się. To było wyzwanie i udało mi się. Zawsze żyłem marzeniami, realizowałem je po kolei i nadal realizuję.

— Ale kiedy był pan młodym człowiekiem, miał pan długie włosy?
— Był taki okres, to prawda. W ogóle to miałem tak długie włosy, że wchodziły mi w oczy. Pamiętam, że kiedy zdawałem do szkoły teatralnej, to podszedł do mnie jeden z kolegów i powiedział: Musisz iść do fryzjera, bo musisz odsłonić czoło i pokazać komisji oczy. Pobiegłem do najlepszego fryzjera w Warszawie, do hotelu Bristol. A tam dowiedziałem się, że z usług tego zakładu korzystał profesor Andrzej Łapicki. Więc wiedziałem, że trafiłem do właściwego faceta (śmiech).

— A fryzjer dużo wziął od pana?
— Nie, to był przyzwoity facet i porządnie mnie ostrzygł. I dodatkowo nie była to rujnująca kwota. Chociaż wie pan, wtedy nie bardzo liczyłem się z kosztami. Wróciłem na egzaminy i zdałem. Pewnie to był fuks.

— Co pan mówi?
— No tak, po latach zapytałem moją profesor, Renę Tomaszewską, czy pamięta mnie, jak zdawałem do szkoły. Odpowiedziała: Wiesz Stasiu, nie bardzo ciebie kojarzę, bo pewnie byłeś zdenerwowany, jak wszyscy. Ale zastanowiła się i powiedziała, że pamięta mój egzamin teoretyczny. Ponoć zaimponowałem komisji dobrym przygotowaniem. Dodała, że spojrzała w moje akta i wyczytała, że kończyłem liceum ogólnokształcące w Dęblinie.
I to jest prawda, bardzo trudno jest od razu wyłowić talenty. Tu nie ma wzorów, to nie matematyka ani fizyka. Ale muszę powiedzieć, że na ogół my, czyli profesorowie w komisji, nie mylimy się. A jeśli tak, to, niestety, po pierwszym semestrze następuje pożegnanie z osobą, która nie może sprostać wymaganiom.

— Początek pana przygody ze sceną zaczął się ponoć m.in. od Bułata Okudżawy.
— Należałem do szkolnego kółka teatralnego, które prowadziła wspaniała nauczycielka Marta Jakubowska. I kiedyś na zajęcia przyniosła płytę Bułata Okudżawy, m.in. z utworem "Modlitwa” Francois Villona z Gustawa Lutkiewicza. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, wręcz przeżyłem katharsis. Zaczęły się konkursy recytatorskie, a później spotkanie z Ireną Jun, która była jurorem jednego z konkursów. Kochałem się w niej platonicznie. I stwierdziłem, że jak w teatrze mają być takie anioły, jak Irena Jun, to ja chcę do teatru. I dopiąłem swego.

— A co pan robi w wolnym czasie?
— Z tym wolnym czasem jest marnie, w domu leży sterta nieprzeczytanych książek. I ona wciąż rośnie. A moje inne hobby to jeszcze pszczelarstwo i robienie różnych nalewek.

— A w Olsztynie pan bywa albo bywał?
— Bywam i bywałem. I mam nawet wspomnienia z tym miastem. W 1976 roku dyrektorem olsztyńskiego teatru był Krzysztof Rościszewski. Prowadziliśmy rozmowy i naprawdę niewiele brakowało, a zostałbym aktorem w Olsztynie. Chciałbym przyjechać do waszego miasta ze spektaklem.

— Teatr czy film?
— Kiedyś Tadeusz Łomnicki powiedział do mnie, że nigdy nie odczepię się od kamery. I długo czekałem, aż zainteresował się mną Kazimierz Kutz (Górka zagrał m.in. w "Pułkowniku Kwiatkowskim" i "Zawróconym" — red.). Potwierdziłem możliwości filmowe, ale z teatrem też jestem mocno związany. A zresztą, nie należę do ludzi, którzy chodzą wokół własnych spraw.

Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. telewizja upada #1211879 | 89.228.*.* 5 paź 2013 12:33

    Plebania to był najlepszy polski serial!, zyciowy, poruszajacy wiele kwestii z dobrze dobranymi aktorami, teraz nie ogladam juz nic bo to komercja i totalne od rzeczywistosci glupoty, bogate domy lans, zdrady, gotowanie na ekranie nie wiadomo czego itp:p pozdrawiam

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)