Czwartek, 8 grudnia 2016. Imieniny Delfiny, Marii, Wirginiusza

Historia. Ochrzcili mnie betonem i ciemniakiem

2013-09-09 12:12:44 (ost. akt: 2014-07-02 10:00:53)

— Na Mazurach przez kilka powojennych lat hulały bandy, mordowały ludzi, gwałciły, kradły. Widziałem te ofiary. Patrzyłem na dwie fale wysiedleń Niemców. Zostało trochę Mazurów, których ludność polska uważała za szwabów, rabowała ich gospodarstwa i im ubliżała — opowiada Albin Siwak, niegdyś członek Komitetu Centralnego PZPR i peerelowski dyplomata.

— Co u pana teraz słychać, panie Albinie?
— Jestem emerytem powyżej 80, inwalidą wojennym, schorowanym, po operacjach. I jak to się mówi, człowiek dożywa swoich dni, bo żyć musi.

— Wydał pan siedem książek. Pisze pan coś nowego?
— Piszę, ale to na razie tajemnica.

— No dobrze. Ma pan przyjaciół? Bo kiedyś, gdy był pan w polityce, miał pan ich wielu.
— Proszę pani, myślę, że jeszcze więcej mam teraz niż kiedyś, bo czasy dla Polaków zrobiły się trudne i ludzie łakną prawdy. Mam spotkania z dużymi grupami ludzi. Przychodzi na nie często i kilkaset osób. Mogę zaliczyć ich do przyjaciół, bo zawsze na koniec spotkania dają mi to odczuć przez owacje i życzenia wszystkiego najlepszego.

— A z tych dawnych partyjnych jest jeszcze ktoś?

— Trzy czwarte z nich, jak Kazimierz Barcikowski czy Edward Gierek, już nie żyją. Ale życie ma to do siebie, że jednych przyjaciół się traci, innych się zyskuje. Wielu moich czytelników to przyjaciele na śmierć i życie. Przeczytała pani moją książkę o Mazurach?

— Tak i przyznam, że jest ciekawa. Ale jak to się stało, że zbrojarz-betoniarz zaczął pisać?
— Zacząłem tę książkę pisać w młodym wieku na Mazurach. Mój ojciec został w 1945 roku wójtem w Lutrach. A ponieważ ojca kochałem, to zostawiłem matkę i siostrę w Warszawie i pojechałem do niego. Ja bym się nigdy za to pisanie nie wziął, gdyby nie moja nauczycielka polskiego Helena Sudwa. Już w czwartej klasie widziała we mnie zadatki na pisarza czy dziennikarza. Jak jechałem do ojca, napisała do niego list: „Panie Siwak, niech pan go przypilnuje, bo on jest wrażliwy i widzi to, czego inni nie dostrzegają". Ojciec powiedział — Skoro tak, to pisz. Ale na czym? Na ścianie? Nie było sklepów, nie było papieru do pisania. Trzeba było chodzić bo urzędach niemieckich i zbierać tam formularze z jednej strony zadrukowane. Setki takich blankietów ze swastyką zbierałem i na nich pisałem.

— Opisał pan okropne historie.
— Na Mazurach przez kilka powojennych lat hulały bandy, mordowały ludzi, gwałciły, kradły. Widziałem te ofiary. Patrzyłem na dwie fale wysiedleń Niemców. Patrzyłem, jak napływała polska ludność zza Buga, i Polacy z Francji i z centralnej Polski, i Ukraińcy. Zostało trochę Mazurów, których ludność polska uważała za szwabów, rabowała ich gospodarstwa i im ubliżała. To było przykre.

— Opisał pan też podróż z Warszawy na Mazury i pociąg, gdzie był brud, smród i prostytutki. To wszystko prawda?
— Z tym rozdziałem to była ciekawa sprawa. Ja sam się go wstydziłem. Książkę napisałem w Libii, a ten rozdział w dwóch wersjach. Pierwsza bardzo pornograficzna, w drugim te historię oczyściłem z tych seksualnych scen. Przyjaźniłem się wtedy z gen. Krzeszewskim. On pisał wtedy swoją książkę. — W moim oddziale był Wojciech Żukrowski, a to zawodowy pisarz — powiedział — Ja dam mu swoją książkę do recenzji, ty swoją. Zawieźliśmy mu książki, a po miesiącu Żukrowski do mnie krzyczy: — Albin, niech cię ręka boska broni zmieniać ten rozdział na ten łagodny! Ja jeździłem tą trasą do Giżycka i tymi pociągami jeździła k... i złodziej. Pierwotnie książka miała tytuł "Rozdarte życie", bo matka i siostra były w Warszawie, ojciec na Mazurach. Byłem w ogromnej rozterce, bo w tych Mazurach się zakochałem. Po wschodniej stronie Warszawy, gdzie żyłem, była bida, piaseczek, a na Mazurach nawet oset rósł wyższy od chłopa. Nie mówiąc już o tym, jakie piękne były zboża. W drugi wydaniu książki dodałem historię, której nie mogłem napisać wcześniej.

— Dlaczego?
— Bo to była tajemnica. Chodzi o korespondencję między Wojciechem Jaruzelskim a Erichem Honeckerem. Jej tematem była historia wojenna. Nad Jeziorem Luterskim było niemieckie lotnisko wojskowe. W styczniu te tereny zdobyli Rosjanie. Mrozy były tak straszne, że nie tylko samochody czy furmanki mogły przejechać po lodzie na jeziorach, ale nawet czołgi. Rosjanie bombardowali uciekających, stąd potem na dnie była masa sprzętu. Na tym lotnisku zostało może 6 messerschmittów i focke wulfów. Wydawało się, że są postrzelane i tylko na złom. Ale okazało się, że jeden z samolotów był czynny. Niemcy w Lutrach ukrywali pilota. Pomogli mu zatankować samolot i on w biały dzień na oczach czerwonoarmistów wystartował i uciekł do miasta, które było jeszcze w niemieckich rękach. Przez radio skontaktował się ze swoim kolegą, który tam był, i przygotował benzynę, bo postanowili uciec we dwóch. Lecieli wzdłuż wybrzeża i w Kołobrzegu przy ujściu Parsęty dogonił ich rosyjski myśliwiec. Ruski Niemca namierzył, rąbnął i samolot spadł do wody. Jeden Niemiec zginął, drugi był ranny. I ten ranny, gdy Polacy walczyli o Kołobrzeg, trafił do niewoli. Opowiedział, gdzie leży ten myśliwiec, że jest z luterskiego lotniska. Ten samolot jest teraz w Muzeum Wojska Polskiego w Kołobrzegu. Ranny zmarł w polskim szpitalu i został pochowany, tak jak i jego kolega, na cmentarzu wśród polskich żołnierzy. Ich groby były zadbane, a tych Niemców nie. Z Kołobrzegu pisali do Ministerstwa Obrony, żeby hitlerowców ekshumować i zabrać. Jednak wszystkie pisma, jakie najpierw Jaruzelski, a potem gen. Siwicki (Florian, generał, minister obrony narodowej — red.) kierowali do strony niemieckiej, były ignorowane. Kiedy byłem członkiem Biura Politycznego KC PZPR Jaruzelski napisał do Honeckera list, że zniszczymy te mogiły, bo drażnią ludzi. I co Honecker odpowiedział?

— Nie mam pojęcia!
— Odpowiedział, że nie będzie ekshumował dezerterów! I leżą w Polsce do dzisiaj.

— A czy romantyczne historie miłości Janka do Ingi czy Karola, przymusowego robotnika, do żony generała, która wybrała go sobie na ojca swoich dzieci, są prawdziwe?
— Prawdziwe. Nie ma tam ani literki skłamanej. W Lutrach żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają. W Księżnie, gdzie miałem gospodarstwo, mieszkał stryjeczny brat kardynała Wyszyńskiego. Miał syna Jóźka i on żyje do dzisiaj. Niedawno odwiedziłem go w Bisztynku. Kardynał przyjeżdżał dwa razy w roku do swego brata. Jest tam zabytkowa kapliczka z 1410 roku. Kardynał potrafił tam się zatrzymać, zaintonować litanię, a my śpiewaliśmy razem z nim.

— Zakochał się pan w Mazurach, ale wrócił do Warszawy. Dlaczego?
— Zakochałem się. A wie pani dlaczego udzielam pani wywiadu przez telefon, czego nigdy nie robię? Bo jest pani z Olsztyna, a Olsztyn też kocham. A do Warszawy wróciłem, bo mi się śniła i bałem się, że odbudują ją beze mnie. Chłopaki się ze mnie śmieli, bo oni sobie nad łóżkami dziewuchy roznegliżowane przyczepiali, a ja dźwigi, żurawie i budynki. Mówili, że chyba pedał jestem, bo mnie dziewczyny nie ciągnęły. Ojciec chciał na siłę zrobić ze mnie gospodarza, a ja nie chciałem być rolnikiem. Uprosiłem go w końcu i mnie puścił.

— Jakie właściwie pan ma wykształcenie? Siedem klas i koniec?
— Siedem klas i dwa i pół letnie technikum budowlane. Ale Rudolf Jaworek, który w Warszawie założył Klub Inteligencji Polskiej, zapraszał mnie na spotkania i w końcu zaproponował, żebym został członkiem klubu. Ja na to, że klub będzie na celowniku wszystkich moich przeciwników, a niemało ich mam w Polsce. Będą mówić, że przyjęliście takiego betona, jak mnie ochrzcili, takiego ciemniaka, kalekę i że ja pogrążam ten klub i zaśmiecam. A oni powiedzieli, że weźmiemy pana w obronę. Zgodziłem się i byłem jedynym członkiem klubu z takim malutkim, niziutkim wykształceniem jak moje. W tej chwili, po śmierci pana Jaworka, klub się rozsypuje.

— A jak się pan dostał do dyplomacji? Jak pan w Libii sobie radził?
— Krytykanci mojej funkcji w Libii są w błędzie, bo zielonego pojęcia nie mają, co ja tam robiłem. Jak przyjechałem do Trypolisu charge d’affaire był Jan Natkański. Był zawodowym dyplomatą. I bezpartyjnym. Był to człowiek impulsywny i jak mnie zobaczył, to się wnerwił: — Co do kurwy nędzy?! Będą nam tu przysyłać działaczy partyjnych, którzy nie mają pojęcia o dyplomacji! Nie chciałem się z nim kłócić. Ja miałem być radcą ambasady do spraw partyjnych i związkowych. Miałem doświadczenie, bo przeszedłem wszystkie związkowe szczeble: od męża zaufania na budowie do wiceprzewodniczacego światowej organizacji związków zawodowych. Natkański pojechał ze mną do Syrty, gdzie był camp polskich pracowników, z 2,5 tysiącami ludzi. Zrobiono spotkanie ze mną. Natkański siedział na podium obok mnie i słuchał utarczek z tymi ludźmi. Jedni byli w partii, inni nie, jedni byli w związkach branżowych inni w Solidarności, a za granicą zrobili się odważniejsi. Musiałem sobie dawać radę — odpowiadałem na dziesiątki pytań. Po 4 godzinach dyskusji pan Natkański zwrócił się do sali: — W obecności was wszystkich chcę przeprosić pana Siwaka — powiedział. — Ubliżyłem mu, ale ja — po Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Bagdadzkim, znający 6 języków — z wami bym sobie nie poradził. I od tamtej pory Natkański to był mój najlepszy przyjaciel.

— Zajmował się pan czymś jeszcze oprócz politycznych sporów?
— Troszczyłem się o sprawy socjalne ludzi. Nie mieli lodówek. Wezwałem dyrektorów firm, które tam pracowały, i powiedziałem, ze na dziesięciu pracowników powinna być przynajmniej jedna. Jak nie, to spowoduję, że zostaną odwołani. Dyrektorzy w kułak się śmieli. Ale byłem wtedy członkiem Komitetu Centralnego i napisałem do wydziału zagranicznego, że dyrektorzy lekceważą ludzi. I wydział odwołał ze 6 z nich. Na innych padł blady strach i błyskawicznie sprowadzono z Polski lodówki. Później wybrano mnie przewodniczącym komitetu budowy pomnika Polaków poległych w Tobruku. Pracujący w Libii złożyli się sami. Trypolis od Tobruku dzieli 2300 km. Wprowadziłem zasadę, że ludzie z każdego kontraktu mają być za darmo zawiezieni na cmentarz i mają tam zapalić świeczki. Też na początku kantem się stawiali, ale wymusiłem. Dzięki temu tysiące Polaków poznały miejsce, gdzie walczyli nasi żołnierze. Zawlokłem do Libii ze sobą swój garb przewodniczącego komisji skarg interwencji w Komitecie Centralnym. I w Libii ludzie tak samo do mnie przychodzili. Bo potykali się o prawo i groziło im więzienie. A więzienie w Libii to nie to samo co w Polsce. Najgorsze było pędzenie bimbru. Plaga nie z tej ziemi! Ludzie myśleli, że jak wypiją setkę, to nic im nie będzie. A było! Jechali na plażę i wieźli ze sobą bimber. W tamtym klimacie wystarczyła ta setka i się topili w morzu. A potem konsul i ja wysyłaliśmy metalowe trumienki do Polski. Ale najgorszy problem był z kobietami.

— Którymi?!
— Polskie panny ulegały studiującym w Polsce Arabom. Ich było stać na wszystkie dziewczyny, bo dostawali od Kadafiego półtora tysiąca dolarów kieszonkowego, podczas gdy średnia płaca w Polsce wynosiła wtedy 17 dolarów. A potem ja z konsulem wywoziłem dziesiątki takich kobiet. W książce "Od łopaty do dyplomaty"opisałem te wszystkie tragedie Polek. Mąż miał ich paszport, dziecko należało do ojca, niektóre popełniały samobójstwa.

— Jak pan ocenia dzisiejsza Polskę?

— Jest skorumpowana, nie rozlicza się afer, Polacy nie decydują o swoich sprawach, idzie w zła stronę. Emigracja młodzieży mi się nie podoba. I to, że ludzie boją się zakładać związki zawodowe.
Podoba mi się, że człowiek może jechać, gdzie chce za granicę. Podoba mi się, że mimo cenzury, wiadomości się przedostają do opinii publicznej. I tu powiem coś, co panią zdziwi. Za PRL-u jako brygadziście nie podobał mi się system, który chronił leni. Jak ich goniłem do pracy, to szli na skargę do radia, do gazet, do telewizji. I cholera mnie brała, jak przyjeżdżali i mówili: — Dlaczego ty go wyrzucasz z roboty?! — A dlatego, że ma dwie lewe ręce! Dzisiaj bezrobocie to uregulowało, tylko jest ono za duże. Za PRL-u, proszę pani, wiedziałem to z raportów MSW, na dobę było od 3 do 5 samobójstw. Teraz też mam takie informacje: jest ich 30-35. I 90 proc. samobójców to mężczyźni w sile wieku niemogący zarobić na dzieci, żonę i mieszkanie. I to mi się nie podoba.

O nim

Albin Siwak (rocznik 1933) — robotnik, członek Biura Politycznego KC PZPR i dyplomata. Po zakończeniu wojny znalazł się na Mazurach. W 1950 roku wyjechał do Warszawy. Pracował w brygadzie murarskiej na MDM-ie. W 1980 roku został zastępcą członka Komitetu Centralnego, a członkiem KC w 1981. Był członkiem Biura Politycznego KC, a następnie — do 1990 roku — dyplomatą w Libii. Napisał siedem książek. Mazurom są poświęcone „Historie niewiarygodnie prawdziwe z zakątka Warmii”. Drugie wydanie tej książki ukazało się w Olsztynie w Wydawnictwie Regionalista.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (6) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. az #1443039 | 5.147.*.* 20 lip 2014 11:49

    Poczytajcie spomienia bylych mieszkancow Ospreussen.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. rambo #1195699 | 88.156.*.* 12 wrz 2013 08:50

    ...każdy komunista to narcyz i mitoman.Mam takiego w rodzinie.Zakochani w sobie z wzajemnością.Zawsze opowiadają ile to dobrego wnieśli dla dobra ludzi.Gloryfikowali ciężką pracę dbając o to żeby samemu mieć zajęcie.Tak,starość jest trudna,ale to też kawał partyjnej roboty.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    1. śmieszne #1195317 | 46.170.*.* 11 wrz 2013 15:48

      Przecież ten człowiek powinien wylądować na śmietniku historii, drugi profesor Bauman. Pogrobowcy PPL w akcji.

      Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. Halo #1195216 | 83.24.*.* 11 wrz 2013 13:34

      Hej bohaterzy! Nie zrozumiecie czasów wojny i powojennych. Szkop dostal kulke? Tak mi przykro. Ale nalezalo im sie.

      Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. lucek #1194247 | 79.162.*.* 10 wrz 2013 11:43

      Kolejne lansowanie demonów przeszłości. Kiedy wyjdziemy z tego obłednego koła kolesi lub dzieci i wnucząt dygnitarzy PRLowskich. Pierwszy raz sekretarz oficjalnie przyznaje się do korzeni warmińskich. W latach 80-tych jakoś na ten temat milczał.

      Ocena komentarza: warty uwagi (10) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (6)