Piątek, 28 lutego 2020. Imieniny Ludomira, Makarego, Wiliany

Jestem gościem szytym emocjami

2013-08-31 12:51:00 (ost. akt: 2013-08-31 12:51:16)

— Prawdziwą siłą jest przetrwać i iść dalej wytyczonym szlakiem. Odrodziliśmy się jak feniks z popiołu — mówi Krzysztof Dżawor Jaworski z Harlemu. Z okazji 20-lecia zespołu cofnęliśmy się razem w czasie.

— Zespół Harlem obchodzi jubileusz 20-lecia. Te 20 lat minęło jak jeden dzień, czy raczej trochę się dłużyło?
— Czas to relatywne pojęcie. Z jednej strony w sercach mamy dokładnie to samo, co 20 lat temu. Tylko po dzieciach widzimy, że czas szybko biegnie. Pamiętam, jak wiele lat temu na Festiwalu im. Ryśka Riedla w Tychach widziałem grupę dzieciaków z plecakami, na których widniał napis: Prowadzi nas niewidzialna siła (Kora z albumu „Bezsenne noce”, 1998 rok — red). Zastanawiałem się wtedy, ile czasu to przetrwa i czy jeśli po wielu latach przyjedziemy na ten sam festiwal, ujrzymy podobny widok. I właśnie tak się stało. A było to już następne pokolenie młodzieży. W takich chwilach wydaje mi się, jakby to wszystko miało miejsce wczoraj. Czas biegnie bardzo szybko... Jubileusz to dla nas okazja do refleksji nad tym, co było. A przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil, nad którymi warto się pochylić.

— 20 lat na scenie to chyba dość dużo dla zespołu. W jakim momencie znajdujecie się teraz: początek, środek drogi…
— Na pewno nie jest to początek, ale i nie koniec naszej drogi. Przez te 20 lat zdążyliśmy dojrzeć. Zweryfikowały się pewne postawy, dotarły sytuacje. Na przykład po wielu latach wielkiej przyjaźni i współpracy spółki kompozytorskiej Ryszard Wolbach i Krzysztof Jaworski potrafiliśmy rozstać się w zgodzie i bez kłótni. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy od siebie odpocząć, a współpracowaliśmy od 1993 do 2008 roku. W tym kontekście 20 lat to naprawdę dużo.

— Jak wyglądały początki Harlemu?
— Olsztyn, ulica Grunwaldzka 27. Mieszkałem tam w kawalerce. W moim ówczesnym zespole — grupie Babsztyl — nastąpił kryzysowo-przełomowy moment. Babsztyl był dla mnie poligonem doświadczeń, z którego wyniosłem ogromną wiedzę. Zwiedziliśmy także wspólnie wiele krajów Nie chciałem jednak umierać z tą muzyką, bo wewnątrz mnie grały jeszcze inne nuty. Moment zwrotu nadszedł, kiedy stwierdziłem, że czas stworzyć coś własnego. Byłem na tyle młody, że czułem w sobie siłę do rzucenia wyzwania życiu. I właśnie w tej kawalerce powiedziałem Ryśkowi, że uciekam z Babsztyla i zakładam nowy zespół. Pamiętam twarz i przerażenie w oczach Ryśka Wolbacha, który przyjmował mnie do Babsztyla. Zapytał: — A co ze mną? Odpowiedziałem: — Jak chcesz, to chodź ze mną. Pamiętam, że futerał od jego gitary akustycznej był wtedy otwarty. Na jego dnie leżał tekst „Zabierz mnie stąd”. I tak właśnie zrobił. Niedługo później pojawił się Jarek Zdankiewicz, który dołączył do składu. Szukaliśmy też basisty. Pierwsze dźwięki zagrał z nami Wiesiu Sałata. Okazało się jednak, że nasza droga nie będzie wspólna i zastąpił go Stasiu Czeczot. I tak wystartował Harlem. Zadebiutowaliśmy na festiwalu o nazwie Makaron. To była taka rockowa prywatka. Zastanawialiśmy się, jak nasza muzyka zostanie przyjęta. Co prawda, każdy z nas posiadał duże doświadczenie, ale pierwszy raz występowaliśmy jako Harlem. Odebrano nas bardzo ciepło. Niedługo później nagraliśmy w olsztyńskim radiu naszą pierwszą piosenkę „Hedone”. Teledysk wyreżyserował nasz przyjaciel Jerzy „Grabor” Grabowski. Numer przez pięć miesięcy był na pierwszym miejscu Muzycznej Listy Przebojów Jedynki, była też grana w radiach. Tak naprawdę wtedy zaczął się całkiem nowy etap. Poczuliśmy wiatr w żaglach.

— Od tych początków na ulicy Grunwaldzkiej minęło już, mimo wszystko, wiele lat. Pamięta pan, czy już wtedy przeczuwał, że Harlem na stałe wpisze się do historii polskiej muzyki?
— Odpowiem nieskromnie... Mam ogromną pokorę wobec różnych wydarzeń artystycznych i wciąż się uczę, ale od samego początku miałem pomysł na siebie i swoją muzykę. Wierzyłem, że jeśli przekaz i wykonanie będą szczere i na odpowiednim poziomie, to prędzej czy później znajdziemy odbiorców. Teraz jest o wiele łatwiej. Mamy internet, gdzie ludzie o podobnej wrażliwości i upodobaniach wymieniają się nie tylko swoimi poglądami, ale również dzielą się muzyką. Pomijając, oczywiście, wielką marketingową machinę, ponieważ ona jest zupełnie niezależnym od nas bytem. W czasach, kiedy zaczynaliśmy, nie było internetu, więc trudniej było przedrzeć się do świadomości odbiorców. Jednak 20 lat temu miałem w sobie o wiele mniej pokory niż obecnie i wydawało mi się, że jestem absolutnie fajny. I pewnie wiele się nie pomyliłem (śmiech). A mówiąc zupełnie poważnie, miałem coś do powiedzenia. W Ryśku Wolbachu istniała ta głębia, słowo niebędące banałem, co było wystarczającym powodem, żeby stworzyć zespół rockowy. Według mnie nie jest dobrym muzykiem ten, kto pięknie wygrywa wszystkie nutki, ale ten, kto pięknie je przekaże. To jest istota komunikatu i muzyki.

— Skład Harlemu zmieniał się dość często. Pan jednak wciąż w nim trwa. Czy można nazwać pana filarem zespołu?
— Z perspektywy 20 lat muzycznego prowadzenia przeze mnie Harlemu i mimo rozstania z Ryśkiem myślę, że mogę odpowiedzieć twierdząco. Nasze rozstanie odbyło się po pięknej, męskiej rozmowie, która trwała cztery godziny. Powiedzieliśmy sobie, co jest w życiu ważne. Rysiek potrzebował wtedy zwrotu, nowej drogi. Udało nam się pożegnać tak ładnie, że do dziś pozostajemy przyjaciółmi. Chciałem zachować to wszystko, co zostało przez nas wspólnie stworzone. 20 lat temu wspólnie wyszyliśmy flagę z nazwą Harlem, ktoś więc musiał nieść ją dalej. Po tym trudnym dla nas momencie, kiedy nie graliśmy przez prawie rok i popadliśmy w pewien artystyczny niebyt, ludzie dali nam masę sygnałów, że chcą żebyśmy ponownie stanęli na scenie i nagrali płytę. Było to dla nas potwierdzeniem, że Harlem musi iść dalej. Płyta, którą nagraliśmy, jest efektem starań odnowionego składu zespołu. Współtworzyli ją Cezary Kaźmierczak, Wojciech Kuzyk, Dominik Jędrzejczyk i Kuba Waigel. Planując ją, chciałem jednocześnie, aby duch dawnego Harlemu był obecny. Mimo nowej konfiguracji zespołu i tego, że stawiamy na obecnego wokalistę Kubę Weigela, nie wyobrażałem sobie albumu bez głosu Rysia. Zadzwoniłem do niego i zaproponowałem udział w płycie. Bardzo się ucieszył. Zawsze tworzyliśmy w ten sposób, że jeden z nas, na przykład, pisał tekst, a drugi muzykę. Zapytałem więc, co woli robić. Odpowiedział: — Napisz nutki. W ten sposób dwa jego teksty znalazły się na nowej płycie. Myślę, że to ważne nie tylko dla mnie, ale także dla dawnych przyjaciół.

— Płytę „Przebudzenie” nagraliście po 6 latach od ostatniego albumu. Czy jej tytuł jest symboliczny?
— Bardzo długo zastanawiałem się nad tytułem. Zespół zmienił nieco swoje oblicze, jednak dalej staraliśmy się utrzymać harlemowe naznaczenie. Po liczbie sygnałów, jakie otrzymywaliśmy od naszej publiczności, doszedłem do wniosku, że wciąż istniejemy w ich sercach, ale jesteśmy troszkę uśpieni. Zespół, co prawda, grał koncerty, mniejsze i większe, ale nie istnieliśmy wydawniczo 6 lat. To przepaść. A jeszcze do tego rosło nowe pokolenie, któremu Harlem nie mówił już tak wiele. Dlatego teraz budzimy się dla tych, którzy wciąż mieli nas w swoich myślach, a może dopiero rodzimy się dla tych, co właśnie kończą gimnazja i licea.

— Wydaje mi się, że z zespołem jak z życiem — raz są wzloty, raz upadki. Czy tak też było z Harlemem?
— Coś w tym jest. Dość mocno zaznaczyliśmy swoją ścieżkę. Graliśmy na wszystkich ważniejszych polskich festiwalach, łącznie z Woodstockiem, co jest dla mnie bardzo ważne. Najistotniejsze jest dla mnie jednak to, że mimo wszystkich przeciwieństw, które zwaliły się na nas w tym samym czasie, potrafiliśmy się podnieść. Najłatwiej w takich sytuacjach jest się poddać i powiedzieć: — Ok., nic nie można zrobić, trudno. Natomiast prawdziwą siłą jest przetrwać i podążać wytyczonym szlakiem. Udało nam się. Odrodziliśmy się, a od wtorku nasza nowa płyta jest na rynku.

— Które koncerty w ciągu tych 20 lat najbardziej zapadły panu w pamięć?
— Na pewno pierwszy koncert na Makaronie, kiedy wyszliśmy na scenę jako dojrzali muzycy, ale jakby w trampkach. Zupełnie wyjątkowy był dla mnie także koncert z okazji naszego 10-lecia. Uczestniczyliśmy także w innych ważnych wydarzeniach, jak choćby zderzenie się na scenie ze światową legendą Deep Purple. Miałem przyjemność poznać zespół, siedzieć w ich garderobie i pić alkohol niskoprocentowy z Rogerem Gloverem w jego 60. urodziny. W pewnym momencie nie wytrzymałem. Zdjąłem koszulkę i powiedziałem: — Podpisz mi tutaj. To było dla mnie niezwykle wydarzenie, ale 10-lecie Harlemu przedstawia zupełnie inną wartość. Zgodził się z nami wystąpić Tadeusz Nalepa, prawdziwa legenda i ojciec polskiego blues’a, który był wówczas słabego zdrowia. Nalepa to postać wyjątkowa, która na stałe zapisała się w historii i sercach ludzi. W 2003 roku grał już rzadko i bardzo rzadko wyjeżdżał z domu. A na nasze 10-lecie przyjechał. Trudno opisać, jak wielkie miało to dla mnie znaczenie… Podał nawet powody, dla których się na to zdecydował. Wiele lat temu ktoś dał mu naszą pierwszą płytę „Lustra”. I jak się okazało, Tadeusz Nalepa pamiętał ją, a nawet bardzo dobrze znał. W akademiku dużo czerwonego wina wypiliśmy pod „Modlitwę” Nalepy… I ten sam Nalepa pyta mnie: — Dżawor, co chcesz, żebyśmy razem zgrali?

— W pana przypadku można powiedzieć, że nie samym Harlemem żyje człowiek. Pomiędzy pracą z zespołem realizował pan wiele innych projektów.
— Mieszkam w Warszawie i jestem bardzo aktywnym człowiekiem. Dużo komponuję i działam w różnych spółkach produkcyjnych. Tworzyłem nawet muzykę filmową i serialową. Zdarza mi się też pisać utwory na zamówienie dla rożnych artystów, ale wtedy pod pseudonimem. Cóż, rosną moje ukochane córy Aniela i Marta, muszę więc zachowywać się jak ojciec.

— Tworzył pan muzykę m.in. do serialu „Adam i Ewa”.
— Między innymi. To był serial, który cieszył się sporą popularnością, więc było mi miło, że wybrano moją kompozycję. Wiązało się to również z otwarciem wielu furtek. Dzięki temu zafunkcjonowała skomponowana przeze mnie piosenka „Orfeusz” do tekstu Bogusia Chraboty i wykonywana przez nieżyjącego już Waldemara Goszcza. Mam za sobą wiele tego typu zdarzeń. Wydaje mi się, że to normalna sprawa w dzisiejszych czasach. Natomiast moim domem zawsze jest i będzie Harlem.

— Jest pan określany jako jeden z najlepszych gitarzystów w Polsce. Ma pan tę świadomość?
— Pojawiają się takie określenia, ale podchodzę do tego ze sporym dystansem. Miałem okazję grać z najlepszymi muzykami, z czego jestem dumny. Jestem gościem szytym emocjami, który gra uczuciami. Postrzega się mnie w jakimś ścisłym gronie jako jednego z lepszych i jest to dla mnie nobilitujące. Są festiwale, na które zaprasza się elitę polskich gitarzystów, ale niemożliwe jest ułożenie wśród nich klasyfikacji — kto jest lepszy, a kto gorszy. Poza tym każdy z nich specjalizuje się w innym gatunku i rodzaju. Polska jest krajem, w którym istnieją gitarzyści światowej klasy, co warto podkreślać.

— Urodził się pan z gitarą w ręku?
— Pierwszą gitarę kupiła mi babcia Jadzia. Przywiozła ją pociągiem z Białegostoku do Olsztyna, kiedy miałem niewiele lat. Ludzie zaczepiali babcię i pytali, w jakim gra zespole. I tak babcia Jadzia pobłogosławiła mnie na resztę życia. Później uczyłem się w Olsztynie w ognisku muzycznym, następnie w szkole muzycznej u pana Chojnowskiego. Sam również pracowałem w szkole muzycznej, co także miło wspominam. Kocham Olsztyn każdą komórką mojego ciała.

— Olsztyn pan kocha, ale urodził się pan Białymstoku, a mieszka w Warszawie…
— Urodziłem się w Białymstoku, ale kiedy skończyłem dwa lata rodzice spakowali mnie do torby i przywieźli do Olsztyna. Od tamtej pory zdążyłem wchłonąć to miasto całym sercem. Skończyłem tu podstawówkę i szkołę średnią. Później studiowałem w Białymstoku. Zawsze chciałem grać, ale robiąc ukłon w stronę taty, poszedłem na politechnikę. Jednak i tak konsekwentnie trzymałem w rękach gitarę.

— Co takiego wyjątkowego jest w Olsztynie?
— Wszystko. Tak jak w piosence — jest to moja mała Ameryka. Zaczynając od tego, że mam tu mnóstwo przyjaciół, dzięki czemu czuję się bezpiecznie i po prostu dobrze. Kocham tu nawet kamienie. Ludzie, którzy mieszkają w Olsztynie często nie dostrzegają piękna tego miasta. A mamy tyle jezior, górek i cudownych miejsc. Na każdym kroku są piękne widoki. Nie chcę przekonywać olsztyniaków do Olsztyna, ale z własnego doświadczenia wiem jedno – po wyjeździe z Olsztyna czuje się ogromny ból. Mieszkam w Warszawie 18 lat, ale to w Olsztynie zmieniam opony, korzystam z usług krawca i wielu innych. W związku z tym tak naprawdę nigdy się stąd nie wyprowadziłem. I nawet nie mam takiego zamiaru.

— Jakie życzenie urodzinowe ma Harlem?
— Jeśli mogę prosić, życzcie nam wytrwałości i siły do dalszej walki. Życzcie nam przyjaciół, żebyśmy utrzymali przy sobie tych, których mamy i zdobyli nowych. A jak już przesunie się nam horyzont Ziemi, tak że nie będziemy widoczni — życzcie nam, aby zostały po nas piosenki. Serdecznie dziękuję za te wszystkie lata i bardzo serdecznie pozdrawiam.

Nina Ramatowska
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Harlem #1186331 | 88.156.*.* 31 sie 2013 20:12

    Shake

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz