Quantcast

Sobota, 15 sierpnia 2020. Imieniny Marii, Napoleona, Stelii

Za socjalizmu żyłem z go

2013-08-10 14:10:00 (ost. akt: 2013-08-10 11:19:49)

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

— Nawet jakbym wręczył memu nauczycielowi sto ton złota, to i tak nie spłacę długu wdzięczności. Bo według japońskich standardów, gimu wobec nauczyciela w żaden sposób nie można spłacić — mówi Leszek Sołdan, pochodzący z Olsztyna jeden z najlepszych polskich zawodników w go, który tajniki gry zgłębiał w Japonii.

— Piętnaście razy zdobywał Pan mistrzostwo Polski w go. Nie znudziło pan to ciągłe wygrywanie?
— Przyznam, że trochę, dlatego ostatnio sobie nieco odpuściłem. Może to dziwnie zabrzmi, ale rzeczywiście przez lata nie miałem sobie równych w kraju. Wbrew pozorom wcale nie było to aż tak fajne. Ileż można wygrywać? Ale to się już zmieniło.

— Dziś jest ktoś w Polsce lepszy od pana w go?
— Silniejszy jest Mateusz Surma. To młody chłopak, który od trzech lata studiuje tę grę w Korei.

— A pan uczył się gry od Azjatów?
— Tak w Japonii. Byłem tam półtora roku.

— Czy to prawda, że mistrzowie go w Japonii traktowani są niemal jak półbogowie, cieszą się takim samym szacunkiem, jak mistrzowie sumo.
— To prawda, Japonia to specyficzny kraj, w którym występują nieznane nam Europejczykom relacje międzyludzkie. Tam obowiązuje gimu, zasada wdzięczności wobec: cesarza, rodziców i nauczyciela. Ta relacja w stosunku do nauczyciela nigdy nie wygasa. Ale w Japonii nauczyciel ma też obowiązek wobec swego ucznia. I nie jest najważniejsze, żeby nauczyciel uczył gry. Mój nauczyciel dał mi może ze dwie lekcje. To wszystko. Ale był moim nauczycielem i w moim imieniu występował przed różnymi gremiami. To coś takiego, jak byśmy powiedzieli „plecy” w Polsce. Nauczyciel swoim nazwiskiem otwiera drzwi. Nie musi nawet uczyć. I nigdy nie spłacę długu wobec niego. Nawet jakbym dał mu ze sto ton złota. Gimu w żaden sposób nie można spłacić.

— Jak to się stało, że trafił pan do Japonii na naukę?
— Zostałem zaproszony. Przez półtora roku byłem uchi deshi czyli uczniem „zamieszkującym u nauczyciela” w Hon Dojo (głównej szkole dla zawodowców przy Nihon Ki-In. To Japoński Instytut go w Tokyo. A zaprosił mnie mistrz z tej szkoły, Akinobu Tozawa, który 9. dan.

— Tak ot sobie wybrał akurat pana?
— No nie, miałem już 30 lat i byłem już jednym z najlepszych graczy w Europie. Miałem 5. dan. Przede mną może było w sumie pięciu, sześciu, którzy pojechali do Japonii studiować go. W szkole było nas czterech białych. Kanadyjczyk, Francuz, Rumun i ja. Uczniów było w sumie 64. Gros, to młodzi Japończycy, w wieku 9- 18 lat, którzy chcieli zostać zawodowymi graczami go. Nauka w szkole kosztuje grube tysiące dolarów miesięcznie) W wieku 18 lat Japończyk kończy naukę i jeśli do tego czasu nie zostanie zawodowcem, to jest to koniec też marzeń o zawodowym go. Rywalizacja w szkole jest okrutna. U nas go traktowane jest na zasadzie hobby, w Japonii jest to zawód, który daje dobre pieniądze. Czym wyższy stopień zawodowstwa, tym lepiej z tego żyją gracze.

— Czym zaskoczyła pana Japonia?
— Kultura i dokładnie zdefiniowane relacje między ludźmi. To zupełnie inaczej niż u nas w Europie. To bardzo dobrze poukładany świat. Wiadomo, co trzeba zrobić, jak ktoś dal nam prezent. Wiadomo z góry, że trzeba się zrewanżować. Nie ma litości. Ale są i śmieszne z punktu widzenia Europejczyka rzeczy takie jak kapcie w łazienkach, i to nawet w miejscach publicznych. Tam wchodząc do łazienki przed drzwiami zdejmuje się buty, już za progiem wkłada się kapcie. Kapcie są też w domu w łazience.

— Pan tam pojechał na naukę go, japońskie lekcje coś dały?
— Jak wróciłem do Polski to grałem tylko trochę lepiej. Ale grałem znacznie bardziej świadomie. Ładniej. Inaczej zacząłem pojmować grę. No i nauczyłem się japońskiego, musiałem, bo tam mało kto mówi po angielsku.

— Dlaczego gra pan w go, a nie na przykład w królewskie szachy?
— O szachach mówi się, że to królewska gra, a o go mówi się, że cesarska. W go, a po chińsku w Wei Qi, a po koreańsku w baduk grało się na dworze cesarzy chińskich. I była to jedna z czterech sztuk, które rozwijane były na dworze. Jedną była gra na harfie, drugą śpiew, trzecią poezja, a czwartą właśnie go. To jest chyba najbardziej złożona gra, którą znam. Proste reguły, ale prowadzą do tak zawiłego świata gry, że w swojej złożoności jest nieskończenie bardziej zawiła niż szachy.

— Czy to prawda, że nauka zasad trwa 30 sekund, a nauka gry trzydzieści lat.
— Co do zasad to prawda, jest ich bardzo mało, szybko można się ich nauczyć.

— Co znaczy go?
— Po japońsku to kamień.

— Ale w Polsce go jest mało znane. Dlaczego więc ta gra?
— A nikt panu nie powiedział, że to piękna gra? Ma już ponad cztery tysiące lat. A od dwóch tysięcy lat, co to zostało potwierdzone, są zapisane partie, nie zmieniły się zasady gry. Moje zainteresowanie go zaczęło się w w czasach ogólniaka, w drugiej klasie. Dlaczego? Bo to gra cudowna, prosta i skomplikowana. W tej grze nie ma nic z przypadku. I tak już ponad 30 lat jak gram.

— Ale 30 lat temu to chyba nikt nie słyszał w Polsce o go.
— W Olsztynie może nie słyszał, ale w Polsce ludzie grali w go. W Warszawie najsilniejsi polscy zawodnicy byli na poziomie 1. dan.

— A pan ile ma dan?
— Miałem sześć, ale w amatorskim go jak się przegrywa, to traci się dan. Teraz ma 5. dan. Ale wracając do pytania, to były czasy, kiedy Polacy zaczęli interesować się judo, karate czy jogą. W tamtych czasach to była egzotyka, wszystko co z Dalekiego Wschodu pociągało, intrygowało.

— Na czym polega piękno go?
— Gdyby to było jeszcze parę lat temu, to bym powiedział, że jest to jedyna gra, która się opiera komputerom. Ostatnio jednak programiści zrobili spore postępy i programy grają coraz lepiej. Mówiąc obrazowo, maszyny są coraz mocniejsze. W go ważna jest nie tylko strategia, taktyka, ale też styl w jakim się wygrywa. Ja wyczekuję błędu przeciwnika, a potem kontratakuję.

— To mistrzowi go rośnie serce, widząc niemal tysiąc graczy go ze świata, którzy zjechali do Olsztyna na Europejski Kongres go.
— W dwójnasób, bo przecież Olsztyn to moje rodzinne miasto. Tu się urodziłem, wychowałem, chodziłem do szkoły. Uczyłem się w LO nr 4. I naprawdę jestem zachwycony, że Olsztyn jest gospodarzem tak wielkiej imprezy sportowej, bo kongres połączony jest też z otwartymi mistrzostwami Europy w go. Nie wiem, ale nie było chyba żadnej innej, która w ostatnich latach przyciągnęłaby do Olsztyna tak wielu gości z całego świata i to w dodatku aż na dwa tygodnie.

— Powalczy pan o podium?
— Będę próbował. Kiedyś otarłem się o pudło na mistrzostwach Europy. Raz też byłem dziewiąty na mistrzostwach świata.

— Trochę pan skromny, nie za bardzo?
— Bo już lata nie te. Wbrew temu co się mówi, że w go można grać do późnej starości, to jednak świat pędzi do przodu. Widać to też w go. Zasady są niezmienne, ale już nie rozgrywa się partii przez wiele, wiele godzin jak kiedyś. Wielkie turnieje w Azji transmitowane są w telewizji, to gry nie mogą już ciągać się godzinami. Są już zegary, limity czasowe na zawodnika. A to może powodować pewien dyskomfort, pewien stres u zawodników, szczególnie starszych.

— Pana rodzina gra w go.
— Tylko syn, żona nie gra. I całe szczęście, bo rywalizacja sportowa rozbiła już niejedno małżeństwo. To niech żona pozostanie tylko naszym kibicem.

— Jak idzie synowi, wygra z ojcem?
— Dziś jeszcze nie, ale za kilka lat... Ale na pewno będzie lepszym matematykiem niż ojciec. Ma dopiero 14 lat, a już jest studentem.

— O, to mały geniusz?
— To pan powiedział.

— Czy z go można wyżyć?
— W Azji tak, choćby w Japonii gdzie są zawodowcy, profesjonalni gracze GO, którzy żyją z tej gry. I to całkiem nieźle. W Europie jest trochę inaczej, ale były czasy, że ja też żyłem z go. To były czasy jeszcze socjalizmu. Na turnieje latałem samolotami, bo samolot do Paryża kosztował mnie 18 dolarów, a za turniej potrafiłem zainkasować 500-600 dolarów. Naprawdę to były wtedy duże pieniądze.

— Jak pan nie gra w go, to co robi?
— Jestem konsultantem informatycznym.

— Ilu ludzi gra w go?
— Gra jest popularna w Azji, szczególnie w Chinach, Japonii czy Korei. Oblicza się, że w go gra na świecie 60 -80 mln osób. W Polsce przez nasze kluby przewinęło się ok. 10 tys. osób. W większości są to matematycy, informatycy. Trochę żałujemy, że mało jest pań, ale to tak jak w całej matematyce. Jest mało kobiet.

— Mimo wszystko jest to trochę jednak gra niszowa.
— Nie zgadzam się. go nie jest grą niszową. W 2008 roku odbyła się pierwsza olimpiada gier w Pekinie pod auspicjami Komitetu Olimpijskiego i organizacji IMSA, czyli International Mind Sports Association. IMSA zrzesza cztery gry: brydż, szachy, go i warcaby. To są cztery najpopularniejsze gry na świecie.

Andrzej Mielnicki
a.mielnicki@gazetaolsztynska.pl

Zasady gry
go to gra planszowa. Gra dwóch graczy. Gra się czarnymi (zaczynają partię) i białymi kamieniami (pionkami). Gracze na zmianę stawiają na planszy (siatka np. o rozmiarach 19x19) kamienie na przecięciach linii lub pasują. Raz postawionego kamienia nie można przesunąć, ale można go zbić, otaczając kamień przeciwnika swoimi kamieniami na wszystkich sąsiadujących z nim (połączonych liniami) polach. Wygrywa gracz, który otoczył przez swoje kamienie więcej pustych skrzyżowań. A mówiąc jeszcze prościej — otoczenie swoimi kamieniami jak największego terytorium na planszy gwarantuje wygraną.



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB