Wtorek, 26 maja 2020. Imieniny Eweliny, Jana, Pawła

Reggae to nie tylko dredy, Jamajka i ganja

2013-08-10 07:12:00 (ost. akt: 2013-08-19 09:14:06)

— Reggae to nie tylko dredy, Jamajka i ganja. Trzeba wsłuchać się w muzykę, żeby dotrzeć do jej głębi. Za reggae stoi potężna filozofia, o której można książki pisać — mówi Marcel Galiński, znany jako Junior Stress. Wokalista reggae otworzył w piątek Ostróda Reggae Festival.

Miłość do reggae masz niejako zapisaną w genach...
— Nie wiem, czy mogę to tak nazwać... Powiedziałbym raczej, że reggae leżało już na półce z muzyką moich rodziców. Jeszcze przed moim urodzeniem, rodzice słuchali właśnie tego gatunku muzyki. Dlatego pierwsze dźwięki, jakie słyszałem, były okraszone reggae. Dom nieodwracalnie kojarzy mi się z tą kulturą i muzyką, bo zawsze były w nim obecne. Trudno było tym nie przesiąknąć, nawet gdybym chciał, nie uciekłbym od tego. Miałem to szczęście, że wiedzę o całej kulturze i muzyce miałem podane na tacy. Nie musiałem szukać ani walczyć o swoje zainteresowania. Ba, nie szukałem akceptacji, bo z góry ją otrzymałem.

Dość skromnie o tym mówisz, a twoi rodzice założyli najstarszy polski reggae sound system.
— Podobno tak. Moi rodzice też przyjeżdżają do Ostródy i będziemy się razem bawić. Są tu co roku. To nasza rodzinna muzyka, podobnie jak i sama muzyka reggae jest rodzinną tradycją. Dziadkowie i cała najbliższa rodzina również jej słuchali.

To dość niespotykane w Polsce.
— Z tego, co słyszałem, to oryginalne jak na polskie realia. Dla mnie jednak jest to zupełnie naturalne. Nie czuję, żeby to było wyjątkowe, bo urodziłem się i wychowałem w tej atmosferze. Innej nie znam.

A pamiętasz moment, kiedy postanowiłeś także tworzyć tą muzykę?
— To nie był impuls, czy przebłysk. Myśl o tym raczej dojrzewała we mnie powoli. Pierwsze kroki stawiałem na osiedlowych, girllowych imprezkach. Na początek tworzyłem hip-hopowy freestyle, później przyszedł rap, dancehall i reggae. Pierwsze, amatorskie nagrania powstawały w domu, później z kumplami założyłem zespół... I tak jakoś to się potoczyło. Słuchanie reggae było dla mnie czymś naturalnym, ale myśl o tym, żeby je tworzyć przyszła nieco później. To był długi proces.

W 2005 roku podczas Ostróda Reggae Festival otrzymałeś tytuł najlepszego wokalisty. Można więc powiedzieć, że jest pan po części „dzieckiem” ostródzkiego festiwalu?
— Występ w 2005 roku był właściwie moim debiutem na większym festiwalu. Razem z moją ówczesną kapelą Geto Blasta zdobyliśmy pierwsze miejsce na przeglądzie młodych kapel. Właściwie, to w Ostródzie zostaliśmy w pewien sposób dostrzeżeni przez publiczność. Do tej pory pozostał we mnie sentyment do tego miejsca i zawsze chętnie wracam do Ostródy.

Jak często tu przyjeżdżasz?
— Byłem co najmniej pięć razy. Ostróda Reggae Festival to niesamowite i wyjątkowe wydarzenie. Zawsze panuje tu rodzinna atmosfera. Na innych festiwalach raczej nie zdarzają się sytuacje, kiedy artyści bratają się z publicznością. A tutaj jest to zupełnie naturalne. Nie jesteśmy szczelnie odgrodzeni od widowni, ale po koncercie schodzimy ze sceny i bawimy się razem z tłumem. Na innych koncertach artyści odgradzają się od publiki niemal murem, zazwyczaj po prostu wykonują swoją pracę i odjeżdżają. Wydaje mi się, że w Ostródzie mało kto tak robi. Jesteśmy tu po to, żeby zagrać, ale i pobawić się z ludźmi, którzy czują ten sam klimat. Dlatego przyjeżdża tu cała Polska. A dla osób, które słuchają muzyki reggae, ważny jest też na pewno program festiwalu. Jest z roku na rok coraz mocniejszy i bardziej różnorodny. Nawet jeśli obracasz się w klimacie reggae od wielu lat i wydaje ci się, że nic już nie jest w stanie cię zaskoczysz, to możesz być pewien, że na festiwalu w Ostródzie znajdziesz coś ciekawego i nowego. Widać, że organizatorzy nie kierują się tym, co jest w danym momencie na topie, ale własnym gustem. To dość rzadkie podejście.

Muzyka reggae, jak i powiązana z nią społeczność wydają mi się dość specyficzne. Z czego to wynika?
— Wydaje mi się, że osoby słuchające reggae i utożsamiające się z kulturą rasta — która jest związana z tą muzyką — szukając sposobu na życie, właśnie w tej dziedzinie odnalazły coś dla siebie. Poza tym jeśli spojrzeć na muzykę reggae nieco głębiej niż jak na fajną, wesołą melodię, można znaleźć tam wiele uniwersalnych wartości. Trzeba po prostu wsłuchać się w to, co autor chce przekazać, a pominąć kwestię dredów, ganji i innych standardowych elementów kojarzących się z kulturą rasta. Ludzie asymilują się z reggae także dlatego, że daje ogromną nadzieję i pozytywną energię na walkę z przeciwnościami losu. W Polsce pozytywne myślenie jest rzadkością, dlatego wydaje mi się, że potrzebujemy tej muzyki i ludzi, którzy niosą optymistyczne przesłania.

Czy ludzie nie za bardzo upraszczają sens muzyki reggae?
— Bardzo często to robią. Niektórym wydaje się, że kultura reggae polega właśnie na oplataniu się barwami Jamajki, noszeniu dredów i paleniu ganji. Niestety, sami artyści także to robią i skupiają się na tych elementach zamiast na przekazie, jaki ta muzyka powinna ze sobą nieść. Ale jak wspomniałem, jest to kwestia zagłębienia się w tę w kulturę. Trudno by mi było przekonać kogoś z zewnątrz, że reggae to coś więcej niż ganja, dredy i Jamajka, bo trzeba samemu to sprawdzić i zbadać. Ty również możesz mi nie wierzyć i postrzegać nas przez pryzmat tego, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Dopóki nie wczujesz się w ten klimat i nie przetłumaczysz sobie kilku tekstów topowych jamajskich wykonawców, to raczej tego nie zrozumiesz. Za reggae stoi naprawdę potężna filozofia, o której można książki pisać.

A skąd wzięła się w tym wszystkim marihuana?
— W wierze rastafariańskiej ganja jest swego rodzaju sakramentem. Tak jak w religii rzymskokatolickiej sakramentem jest ciało i krew Chrystusa, tak u nich jest to ziele konopi indyjskiej. To takie święte ziele, które ułatwia łączność z Bogiem czy siłą wyższą. Stąd prawdopodobnie to się wzięło. W piosenkach bardzo często nazywa się to „świętym zielem” czy „zielem uzdrowienia narodów”. Uważa się je też za narzędzie przełamywania wszelkich barier, które oczyszcza umysł i pozwala zajrzeć głębiej. Nie oznacza to, że słuchając reggae trzeba palić ganje, to nie nasza kultura i wierzenia.

Mówiłeś, że reggae daje nadzieję na lepsze jutro. W swoich tekstach jednak raczej krytykujesz rzeczywistość, która nie napawa optymizmem.
— Dla mnie istotą reggae jest wesołe śpiewanie o przykrych sprawach. Muzyka jest wesoła, taneczna i niesie ze sobą dobrą energię, ale używając tej muzyki, mówisz o całej otaczającej nas szarości. Bo bądźmy szczerzy, tak różowo u nas nie jest. Poprzez reggae wylewamy całą naszą złość i żółć, a pozostaje radość i optymizm. W moich tekstach pokazuję obrazek z polskiej rzeczywistości i mówię o problemach, z którymi bezpośrednio się stykam. Nie śpiewam o bolączkach chłopaków z Kingstone na Jamajce, ale co najwyżej o problemach chłopaków z Lublina. Bo to oni są moim najbliższym środowiskiem i doskonale wiem, co ich boli. Moc i energię reggae, które płyną z Jamajki, przenoszę na nasze podwórko. Złe wibracje należy wytańczyć i to także jest nasz cel.

A co według ciebie jest najsmutniejszego w polskiej rzeczywistości?
— Najsmutniejsze jest to, że ludzie lubią się smucić. To urosło już do rangi jakiejś dziwnej mody. Niektórzy wręcz smucą się z tego powodu, że nie mają dlaczego się smucić. To jest cecha charakterystyczna Polaków, umartwianie się mamy zapisane w genach. Może jest to spowodowane pogodą i zbyt długą zimą? Wydaje mi się, że w krajach, gdzie przez większość roku świeci słońce, ludzie są radośniejsi. Widywałem dużo weselszych ludzi niż Polacy, a proszę mi uwierzyć, że nie mieli zbyt wielu powodów do radości. Porównując nas choćby do Indii, wydaje mi się, że mamy z czego się cieszyć. Nasza mentalność nam jednak na to nie pozwala. Genów nie oszukasz.

Współpracowałeś już z wieloma znanymi artystami, a co jeszcze masz przed sobą?
— Planów mam co nie miara. Cały czas marzę o tym, żeby uniezależnić się pod względem nagrywania i studia. Chciałbym opanować sztukę miksowania, czy chociaż rejestrowania swoich utworów. Trochę się uczę i zbieram sprzęt na własne studio. Planujemy też wydanie niebawem nowej płyty.

Na Ostróda Reggae Festival zostajesz do końca?
— Pewnie! Tak jak wspomniałem przyjeżdża moja rodzina i znajomi, poza tym nie mógłbym tego przegapić. To prawdziwe święto muzyki reggae! Na początku martwiło mnie, że otwieramy festiwal i będzie kiepska frekwencja. Ale z tego co zauważyłem, chyba w tym roku pobijemy rekord. Są prawdziwe tłumy!
Nina Ramatowska

Junior Stress
Marcel Galiński, czyli Junior Stress, to pochodzący z Lublina wokalista związany ze scenę muzyki reggae i dancehall. Jest członkiem sound systemu Love Sen-C Music oraz formacji Geto Blasta. Prowadzi również działalność solową. Współpracował z takimi wykonawcami jak Lech Janerka, Sidney Polak, Grubson, Mesajah czy Miuosh. W 2005 roku uzyskał tytuł najlepszego wokalisty podczas Ostróda Reggae Festival. W 2009 ukazał się jego debiutancki album „L. S. M.”, a w 2012 „Dzięki”. W piątek swoim występem otworzył 13 edycję Ostróda Reggae Festival.


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. extra prezydent #1167095 | 83.12.*.* 10 sie 2013 07:44

    FAJNIE MAJA W TEJ OSTRÓDZIE ,A U NAS W OLSZTYNIE POD OSRÓDA WIEJE NUDĄ !!!!!

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz