środa, 19 września 2018. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Powiesiłem działacza na hakach w szatni

2013-08-03 13:49:59 (ost. akt: 2013-08-03 13:47:34)
Kadr z filmu Quo Vadis

Kadr z filmu Quo Vadis

Autor zdjęcia: Materiały promocyjne

— W Japonii sumici są wręcz zmuszani do jedzenia. Naprawdę widziałem tam, jak goście ocierają tylko pot z czoła i jedzą dalej — mówi Sławomir Luto, prekursor sumo w Polsce, który wraz ze swoim klubem odwiedził Olecko.

— Jak zaczęła się pana przygoda z sumo? Przecież wcześniej były zapasy.
— Z zapasów wywalili mnie w dość brutalny sposób, bo podpadłem działaczom. Byłem zawodnikiem CWKS Legia Warszawa, ludowego wówczas. Po operacji kolana dochodziłem do siebie, ale nie bardzo mogłem biegać. Ciężko było też zrobić odpowiednią wagę, a wiadomo, że najłatwiej jest wypocić się bieganiem. Miałem takiego trenera, który miał do życia i do nas podejście robotniczo-chłopskie, znaczy się dużo przeklinał. A działacze przejmowali od niego takie zachowanie. Facet trenerem był jednak dobrym i można było się na niego obrazić, albo być przy nim dalej. Natomiast niekoniecznie musiałem lubić działaczy. No i dlatego, jak lekarz komandor porucznik też zaczął tak postępować, powiesiłem go na hakach w szatni.

— Powiesił go pan na haku?!
— W zapiętej marynarce. Nie było to dla niego łatwe, bo dawniej szatnie nie były tak eleganckie. Była przykręcona do ściany „zbrojeniówka” i tyle. Powiesiłem go i poszedłem sobie, a że nikt go nie lubił, to i nikt go nie zdjął. Dopiero trenerzy. Lekarz musiał mieć jednak bardzo mocne znajomości. I właśnie to sprawiło, że się na mnie obrazili. Postawili mnie nawet na baczność i kazali oddać kwaterę stałą, czyli mieszkanie. Usłyszałem, że jak pojadę do Seulu, to dostanę drugie, ładniejsze.

Sławomir Luto — Urodził się 8 marca 1963 r. w Sejnach. Zapaśnik, w przeszłości najcięższy z polskich sumitów. W 1985 r. na Mistrzostwach Europy w zapasach (Lipsk) zdobył brązowy medal. W 1997 r. na Mistrzostwach Europy w sumo (Riesie) zdobył dwa medale: brąz w kategorii plus 115 kg i srebro w kategorii open. W 2006 r. został mistrzem Polski na drugich zapaśniczych mistrzostwach Polski weteranów w kategorii powyżej 110 kg. Obecnie prowadzi klub UKS „Niedźwiadek”. Występował w filmach. W „Quo Vadis” wcielił się w rolę przeciwnika Krotona podczas uczty u Nerona. Zagrał również epizody w serialach „PitBull” i „Kryminalni”.


— Przeciętny polski mężczyzna ugania się raczej za piłką.

— Tylko ta gorsza część mężczyzn proszę pana. Ja na przykład nie znoszę piłki nożnej.

— Dlaczego? Nie lubi pan gier zespołowych?
— Nie wszystkie, bo piłkę ręczną bardzo lubię. A jeśli chodzi o piłkę nożną? Opowiem panu coś. Bodajże w 1985 r. zostałem mistrzem Polski w zapasach w stylu klasycznym. Za ten sukces otrzymałem 5 tys. złotych polskich. Za to można było pójść z kolegami na piwo do baru, ale lepiej, bo taniej, było kupić to piwo w sklepie. No i kiedyś podchodzi do mnie Jacek Kazimierski, który był wówczas bramkarzem Legii Warszawa. Przegrali właśnie mecz ligowy i z tego powodu on dostał 25 tys. zł. I ja mam lubić piłkę nożną proszę pana?

— Fakt.
— No i Jacek zaprasza mnie na piwo, bo on ma pieniądze. Oczywiście z tymi moimi pięcioma tysiącami też mogliśmy iść do knajpy, tyle że musiałbym dołożyć, żeby wypić tam więcej niż po jednym piwie.


— Kiedy zaczął pan trenować sumo?

— Praktycznie jedenaście lat później, czyli w 1997 r.

— Sumo wciąż jest w Polsce sportem niszowym, wtedy było jeszcze mniej popularne. Nikt nie patrzył na pana trochę jak na dziwaka?

— Nie, dlaczego? Nawet jeśli tak było, nie należę do ludzi, którzy tak bardzo zwracają uwagę na opinię publiczną. To raz. A dwa, powiem panu szczerze, że takie odmłodzenie się o ponad dziesięć lat, to naprawdę miła rzecz. Znów poczułem klimat rywalizacji, szatni. Japończycy zaproponowali wówczas sumo Polskiemu Związkowi Judo. Żeby zaczęli taką działalność. Z tym, że tamci pokłócili się jeszcze zanim zaczęli. No i po paru latach zaproponowano to Polskiemu Związkowi Zapaśniczemu. Sumo jest bardzo prostym sportem. Po trzech minutach tłumaczenia byłby już pan w zasadzie fachowcem, wiedział, jak oceniać walki, kto wygrał, kto przegrał. Może oprócz paru niuansów, którym trzeba nieco bardziej się przyjrzeć.

— Szybko udało się panu odnieść pierwsze sukcesy. W 1997 r. został pan medalistą Mistrzostw Europy.

— Miałem jednak sporo doświadczenia wyniesionego z zapasów. A poza tym tzw. robienie wagi w zapasach, czyli zrzucanie kilogramów przed walką, zaowocowało w późniejszym okresie dużą wagą.

— To jaka była pana najwyższa waga?

— 205-210 kilo. Teraz ważę 140. Po prostu odchudziłem się. No i straciłem argumenty dla wagi. Kiedyś moja żona narzekała, że za dużo ważę, więc, żeby tę moja wagę jakoś zalegalizować, zacząłem trenować sumo (śmiech).

— Waga ponad 200 kg, to dla zawodnika sumo zaleta. Ale w życiu codziennym bywało pewnie trudno.

— Jest ciężko kupić ubranie, zaleźć samochód. Mam 194 cm wzrostu, dlatego do tej pory nie polubiłem podróżowania samolotem. Nie znoszę ich. Niech pan sobie spróbuje usiąść w tych siedzeniach. Kolanami można czasami wywrócić gościa siedzącego przed sobą. Denerwuje mnie to, bo jak każdy lubię wygodę.

— Jak wygląda zwykły dzień sumity?

— Moi zawodnicy trenują na przykład sześć dni w tygodniu. I z tego co wiem, jesteśmy absolutnie jedynym klubem w Polsce, który tak robi. Dlatego też jesteśmy najlepsi. My reprezentujemy sumo amatorskie i mam nadzieję, że z UKS „Niedźwiadek” będzie się wywodził pierwszy polski zawodowiec i są na to spore szanse.

— Wyczytałem, że podstawą diety sumity jest kurczak. Ja po kilku dniach takiego obiadu mam już dość.

— Może w Japonii. Tam sumici mocno celebrują dietę, są wręcz zmuszani do jedzenia. Naprawdę widziałem tam, jak goście ocierają tylko pot z czoła i jedzą dalej. Ale w Polsce to naprawdę nie ma zastosowania. Tym bardziej, że zawody są rozgrywane u nas w kilku kategoriach wagowych. Natomiast na mistrzostwach Europy jest osiem wag i każdy znajdzie coś dla siebie. Chociaż oczywiście jest też super ciężka waga.

— A są rzeczy, których sumita, nawet amator, musi sobie odmawiać?

— Obowiązują takie same zasady, jak w przypadku każdego innego sportowca. Alkohol jest oczywiście dla ludzi, natomiast częste picie jest po prostu podcinaniem sobie samemu skrzydeł. Wszystko zależy od zawodnika. Albo myśli, albo nie.

— Sporty walki zwykle są połączone z wielką tradycją, kulturą państw. W przypadku sumo jest to Japonia. Pan też zaraził się przez to mocno historią Kraju Kwitnącej Wiśni?

— Raczej nie, bo i co tu zgłębiać. O historii Japonii wiedziałem co nieco już wcześniej, chociaż się w niej nie specjalizowałem. Shinto na przykład jest bardzo przyjazną religią, ale tak naprawdę sumo absolutnie nie jest sportem. Żaden Japończyk nie zrozumiałby pana, gdyby padło pytanie o najpopularniejszy sport w tym kraju. Dla nich sumo jest częścią religii, dlatego zrobiono coś takiego, że zawodowym zawodnikiem może być tylko Japończyk. Czyli ewentualnie najpierw musi być naturalizacja, a dopiero potem zawodowstwo. Chodzi o to, aby żadni profani nie skakali po dohyō (ring do sumo — przy. red).

— Ma pan dwóch synów: Michała i Marcina. Oni również trenują sumo?

— Michał jest w tej chwili aktualnym mistrzem Europy seniorów. Młodszy Marcin waży 115 kg i ostatnio w walce o brązowy medal w seniorach wygrał nawet z gościem, który przechodzi na zawodostwo.

— Czyli macie rodzinę sumitów.

— Muszę panu powiedzieć, że moja małżonka była kiedyś mistrzynią Polski w rzucie oszczepem.

— Pochodzi pan z Sejn. Teraz wiele osób kojarzy tę miejscowość z tego, że to właśnie stamtąd pochodzi zespół Weekend znany z przeboju „Ona tańczy dla mnie”. Ale Sejny dochowały się jak widać też mistrza w sumo.

— W Warszawie mieszkam od 4 roku życia, ale zawsze podkreślam, że pochodzę z Sejn. Byłem wtedy mały, więc w temacie przeprowadzki nie miałem za dużo do gadania.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Kolega #1164263 | 81.190.*.* 7 sie 2013 19:03

    Raczej Wojtek a nie Sławek. Pozdrowienia od kumpla z klubu Park:))

    ! - + odpowiedz na ten komentarz