środa, 19 września 2018. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Życie na trenerskiej ławce

2013-08-03 09:30:00 (ost. akt: 2013-08-02 18:27:47)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

— Byłem kapitanem reprezentacji Polski i kapitanem Legii, ale trenowanie Stomilu to zdecydowanie większa adrenalina i odpowiedzialność. Na trenerskim stołku dostajesz od wszystkich i za wszystko. Ale tak powinno być... — mówi 51-letni Zbigniew Kaczmarek, trener pierwszoligowego Stomilu Olsztyn, który w sobotę o godz. 17 zagra pierwszy mecz na własnym boisku w sezonie 2013/2014.

— To przez Stomil nabawił się pan arytmii serca?
— Trudno powiedzieć. Całe moje sportowe życie pewnie na to wpłynęło. Wiem, że kłopoty z sercem zaczęły się w czasie rundy jesiennej w ubiegłym roku.

— Dużo wtedy przegrywaliście...
— Rzeczywiście, nie szło nam najlepiej.

— Podał się pan po tamtej fatalnej jesieni do dyspozycji zarządu. Dlaczego nie do dymisji?
— Zespół był w dołku, a ja nie chciałem opuszczać drużyny w takim momencie. Zresztą wierzyłem, że będzie lepiej. Wiedziałem, że zespół stać na dużo więcej. Zarząd zdecydował, że moją wiarę podziela.

— Z sercem jest lepiej niż jesienią?
— A tak, poddałem się operacji. Jeszcze biorę leki, ale jest już niemal dobrze.

— Mówią o panu, że rozległych zainteresowań pan nie ma, że żyje pan tylko piłką?
— Faktem jest, że poza piłką niewiele czasu mi pozostaje, lubię chodzić do kina.

— A kiedy pan był ostatnio?
— Trzy lata temu...

— A jak wygląda w porównaniu z pańskim zaangażowanie zawodników? Po treningu żel na włosy, modne ciuchy i lansowanie na mieście?
— Proszę pana, to już nie te czasy. Zdecydowana większość zawodników podchodzi bardzo poważnie do zawodu. Każdy stara się być jak najlepszym w tym, co robi, bo od tego zależy jego przyszłość, jego kontrakt, transfery, a nawet to, czy w ogóle będzie miał pracę, bo teraz wielu piłkarzy jest bezrobotnych. W modnych ciuchach nie ma nic zdrożnego. Sam jak grałem, starałem się modnie ubierać i często bywać u fryzjera. To nie przeszkadza, jeśli ma się olej w głowie.

— To co, nie ma już tzw. zmarnowanych talentów?
— To rzadkość, kiedyś było tego całkiem sporo, bo zawodnicy mając duże pieniądze, często żyli chwilą i mało myśleli o przyszłości. Bywało, że piłkarzom woda sodowa uderzała do głowy, zaczynali szaleć, zaczynały się dyskoteki, alkohol, no i kariera z głowy. Teraz młodzi zawodnicy, mają inne podejście, widzę to chociażby po swoich chłopcach.

— Jak już jesteśmy przy młodych zawodnikach... Kibice mają panu za złe, że nie wpuszcza pan ich na boisko. Dajmy na to taki Żwir.
— Wiem, że z kibicami trudno dyskutować i ich nie przekonam, ale selekcja na mecze następuje podczas tzw. mikrocyklu, czyli serii przygotowań do konkretnego meczu, treningów, sparingów itp. Tych zajęć kibice nie widzą, a od tego, kto jak się na nich zaprezentuje, kto w jakiej jest dyspozycji, zależy, czy wychodzi w pierwszym składzie na mecz. Wiek nie ma tutaj żadnego znaczenia. Nasi zawodnicy młodego pokolenia bez wątpienia są utalentowani, ale czekam, aż błysną, aż pokażą na treningu coś, co zmusi mnie do ich wystawienia.

— No, jeśli ktoś jest zawodnikiem reprezentacji Polski do lat 19, to chyba potrafi grać?
— Powtarzam, żeby zagrać w meczu, piłkarze muszą swoją formę potwierdzić. Jaki trener wstawiałby słabszego zawodnika, gdyby na jego miejsce miał mocniejszego? To byłoby kręcenie sznura na własną szyję. Prawda jest taka, że większość młodych zawodników w tym wieku to jeszcze nie w pełni ukształtowani piłkarze. Przypuszczam, że reprezentacja Polski U19 w starciu ze Stomilem wielkich szans by nie miała, bo to jest taki poziom. Młodzi zawodnicy będą wprowadzani do naszego zespołu, ale bez szaleństwa, stopniowo, wtedy to będzie z korzyścią dla wszystkich.

— Obecny zespół Stomilu jest lepszy niż ten, który miał pan na rozpoczęcie ubiegłego roku? Może znowu będzie nerwowo i do końca czeka was heroiczna walka o utrzymanie I lidze?
— Na pewno skład jest nieco inny, odeszło czterech wartościowych zawodników — dwóch skrzydłowych, napastnik i obrońca. Na ich miejsce pozyskaliśmy nowych graczy, ale zdaje sobie sprawę z tego, że przez pewien czas, dopóki nowi zawodnicy nie wdrożą się do zespołu, nasza siła ofensywna będzie mniejsza. Ale za to mamy atut, którego w tamtym sezonie bardzo nam brakowało.

— Czyli?
— Doświadczenie. Jego brak, szczególnie jesienią 2012 roku, kosztował nas parę straconych bramek. W II lidze własne błędy często uchodzą płazem, w I lidze, już rzadko. Grają tu stare wygi z ekstraklasy. Nasza drużyna musiała nauczyć się, jak niwelować własne wpadki, jak minimalizować skutki. Można powiedzieć, że odrobiliśmy lekcję, bramek wiosną straciliśmy już niewiele.

— W tym sezonie zaczęliście od remisu z Arką Gdynia...
— Zależy nam na tym, by jak najlepiej zaczynać sezon. Każdy wygrany mecz na początku sprawia, że zawodnicy nabierają pewności i zaufania do własnych umiejętności. Później od razu gra się lepiej.

— Co się dzieje jak drużyna przegrywa seriami?
— Siada atmosfera. A jak jej nie ma, ludzie przychodzą na treningi bez entuzjazmu, nie pracują tak dobrze jak mogliby.

— Myślał pan nad tym, jakie błędy pan popełniał w trakcie rundy jesiennej?
— Dużo nas ta runda nauczyła. Mnie głównie zarządzania zespołem w kryzysie. Najważniejsze to po prostu, mimo wszechobecnej krytyki, robić swoje. Powroty autokarami z porażek szczególnie z dalekich miast nie były miłe. Dla piłkarzy to 10 godzin jazdy w minorowej atmosferze. Dla mnie 10 godzin zastanawiania się, czy dobrze zrobiłem, wstawiając do składu tego a nie innego piłkarza.

— Jest pan trenerem, który podczas meczu woli siedzieć na ławce, czy biegać przy linii?
— Ci, którzy siedzą na ławce i tylko obserwują, paląc np. cygaro, mają już dobrze ułożony zespół. Uważam, że jeśli trenerzy biegają, krzyczą i machają rękami, świadczy to o tym, że zespół nie funkcjonuje dobrze. Ja staram się spokojnie obserwować, ale zdarza się, że czasami eksploduję, bo już nie wytrzymuję. Ale wkraczam tylko w momentach krytycznych i ważnych dla wyniku spotkania.

— A jacy są olsztyńscy kibice?
— Trudny temat. Na pewno są wymagający, czasami nawet na wyrost. Jakby nie widzieli, na co nas stać i wymagali od nas rzeczy, których na tym poziomie nie jesteśmy w stanie zrobić. Czasem dają nam popalić, jak zrobili to w meczu z Okocimskim Brzesko. Po tym jak zaczęliśmy przegrywać 2:0, po prostu się od nas odwrócili. Zaczęły się złośliwości. Skończyło się klęską 4:0.

— Kibice z kolei mają panu za złe, że pan wciąż o tym wspomina.
— Bo mnie to zabolało, po raz pierwszy spotkałem się z takim zachowaniem. Grałem w różnych klubach także we Francji. W Auxerre kibice wspierali nas cały mecz do 90 minuty. Nawet wówczas, gdy ewidentnie było widać, że mamy słabszy dzień i przegrywamy. Takie zachowanie kibiców mile wspominam, dla nas zawodników takie wsparcie dużo wtedy znaczyło.

— Widział pan mecz Lechii z Barceloną?
— Widziałem fragmenty. Nie specjalnie interesują mnie mecze bez stawki. Nie ma emocji. To raczej działania promocyjne niż prawdziwy mecz. To było widać było po Barcelonie. Jej zawodnicy nie zostawili serca na boisku. A Lechia... cóż zagrała dobrze jak na swoje możliwości.

— A pan grał przeciwko Barcelonie?
— Tak, z Legią za czasów, gdy rządził tam Johan Cruyff. Graliśmy z nimi w którejś z rund Pucharu UEFA. Wtedy Zubizarreta był bramkarzem, grał Koeman, Stoiczkow, Laudrup.

— No i jak się skończyło?
— Pierwszy mecz na wyjeździe zremisowaliśmy 1:1. Barcelona przeważała, ale Jerzy Engel, wówczas nasz trener, ustalił bardzo dobrą taktykę. Graliśmy mądrze, a oni nas zlekceważyli. Niestety, w rewanżu było już gorzej. Przegraliśmy na własnym boisku 0:1. Wstydu nie przynieśliśmy, to były w miarę wyrównane mecze.

— Napatrzył się pan gry w Legii i przez 30 spotkań w reprezentacji na te gwiazdy. Nie bolą pana teraz zęby, jak pan patrzy na piłkarzy z polskiej ligi?
— Piłkarzy mamy takich, jakie mamy warunki. Chodzi o brak boisk, infrastruktury. Tysiące Orlików nam w tym nie pomogą, to nie są prawdziwe boiska, zawodnicy muszą grać na trawie. Rezultat jest taki, że mamy graczy, którzy nie są dostatecznie wyszkoleni technicznie. Przyjęcie, prowadzenie piłki, czy wreszcie podanie piłkarz, nawet młody, na tym poziomie powinien wykonywać już jak automat, bez błędów. Uwaga gracza powinna być skupiona już tylko na obserwacji otoczenia, na tym, by dobrze się ustawić i dobrze odegrać, czy strzelić. Niestety, prawda jest taka, że z częścią graczy wciąż trzeba pracować nawet nad podstawowymi elementami.

— Co dostarcza większych emocji — trenowanie Stomilu czy bycie kapitanem zespołu Legii albo zespołu narodowego?
— Trenowanie Stomilu to zdecydowanie większa adrenalina. Jak jesteś jednym z zawodników drużyny, grasz i odpowiadasz tylko za własne błędy. Na trenerskim stołku dostajesz od wszystkich i za wszystko. Ale tak powinno być...dla dobra zespołu.

— Ile lat grał pan w Legii?
— Osiem sezonów. Przyszedłem do niej ze Stoczniowca Gdańsk w 1982 roku.

— Też się wtedy nie lubiło Legii?
— Gorzej, pozostałe zespoły po prostu jej nienawidziły, bo podkradała zawodników. To był wojskowy klub. Kogo chcieli mieć w zespole, ten dostawał powołanie i już był ich. Inne kluby płaciły za swoje transfery, a oni mieli kogo chcieli i kiedy chcieli, za darmo.

— A pana też powołali w kamasze?
— Tak, ale poniekąd na moją prośbę. Chciałem ze Stoczniowca przenieść się do Arki Gdynia. Oba kluby nie mogły się jednak dogadać co do odstępnego. Wkurzyłem się, powiedziałem w Stoczniowcu, że i tak odejdę. Reakcją klubu było zawieszenie mnie w rozgrywkach na 12 miesięcy. Zakaz powodował, że w tym czasie nie mógłbym zagrać meczu w żadnym z klubów. Wtedy zgłosiła się Legia. Powiedzieli, że są mną zainteresowani i że jeśli podpiszę dokumenty poborowe, to zawieszenie uda się zmniejszyć do 9 miesięcy.No i się zgodziłem.

— Gdy pan grał w Legii, nakręcono film „Piłkarski poker”. Legia brała wtedy udział w podobnych historiach? Handlowano meczami?
— Wątpię, by Legia brała udział w sobotach czy niedzielach cudów, jak się wtedy mówiło, bo po pierwsze zawsze miała dużo pieniędzy i zawsze miała też najlepszych zawodników i trenerów. Była w stanie sama wywalczyć mistrzostwo, nie musiała nic kupować. Przychodzili do nas działacze klubu i mówili tylko: Chłopaki czego wam potrzeba, byście zdobyli mistrzostwo, jakiegoś nowego zawodnika, nowego trenera? Legia była czysta i w to nie wątpię... no, może poza jedną sytuacją. Pamiętam, że kiedyś przed meczem z Górnikiem Zabrze na dwie kolejki przed końcem krążyły pogłoski, że mecz jest sprzedany, że kilku naszych wzięło pieniądze. Faktycznie do mistrzostwa wystarczał nam remis. Dość niespodziewanie przegraliśmy sromotnie, zaprzepaszczając szansę na tytuł. Jak na to człowiek później popatrzył, rzeczywiście mógł być w tym jakiś „cud”, ale to tylko domysły...

Mariusz Jaźwiński
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Borat #1160433 | 109.241.*.* 3 sie 2013 09:43

    W tekście jest błąd!!! To OKS Stomil który gra w Ostródzie!!! Ostródzki Klub Sportowy Stomil!!!

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-4) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)