Czwartek, 23 maja 2019. Imieniny Leoncjusza, Michała, Renaty

Z kryminalnych kronik: Materiał w różowe kwiatki zdradził zabójców

2013-07-27 12:32:00 (ost. akt: 2013-07-28 19:39:07)

Autor zdjęcia: W Lubawskim komisariacie wisi tablica upamiętniająca Tadeusza Kołeckiego

W lipcu 1979 roku w Lubawie został zabity milicjant. Kim byli zabójcy? Odkrywamy kulisy tropienia morderców.

W 1998 roku w Warszawie zginął generał Marek Papała. Oskarżeni o nakłanianie do zabójstwa szefa policji Ryszard Bogucki i Andrzej Z. "Słowik" dziś mają usłyszeć wyrok, choć bezpośredni sprawcy (są dwie wersje) dotąd nie są znani. W sierpniu 2002 roku w Mikołajkach zginął olsztyński policjant Marek Cekała. Były dwa procesy w tej sprawie, ale i w tym przypadku nadal nie ma pewności, kto naprawdę strzelał, zabójca nie został ukarany.

Kiedy 9 lipca 1979 roku w Lubawie zaginął sierżant Tadeusz Kołecki w stan alarmu postawiona została cała milicja w PRL-u. Specjalna grupa dochodzeniowa pracowała aż do skutku. Koronkowe śledztwo weszło do podręczników kryminalistyki.

Do domu nie dojechał
Tej nocy w Lubawie padał deszcz. To dlatego Tadeusz Kołecki po zakończeniu ostatniego patrolu i zdaniu do depozytu służbowego pistoletu, zwlekał z powrotem do domu. Dopiero po drugiej nad ranem wsiadł na motor. Z Lubawy do Zielkowa, gdzie mieszkał, miał jakieś 10 kilometrów.

Nie dojechał. Ktoś, kto ma 26 lat, na kogo w domu czeka żona w ciąży (syn urodził się w grudniu), ma obiecane mieszkanie w mieście i widoki na skierowanie do szkoły oficerskiej, nie znika bez powodu. Gdy okazało się, że tej samej nocy było włamanie do stacji CPN na wyjeździe z miasta, sprawa przybrała bardzo poważny obrót.

— Pytaliśmy w każdym domu. Był sygnał o trabancie i motocyklu, który jechał za nim w kierunku Ostródy — Henryk Czudec, wtedy szef komisariatu MO w Lubawie, dziś nadal mieszkający w tym mieście, zapamiętał tamto lato na całe życie.

Setki policjantów przeszukiwały łąki i lasy między Lubawą i Ostródą. Specjalnie z Warszawy przyleciał helikopter z będącą wówczas szczytem nowoczesności kamerą termowizyjną.

Po czterech dniach ciało milicjanta zauważył wędkarz łowiący ryby w Jeziorze Morlińskim pod Ostródą.

Po nitce do kłębka
Kiedy podczas pogrzebu kompania milicji, oddawała honorową salwę na grobem, mianowanego pośmiertnie do stopnia starszego sierżanta sztabowego, Tadeusza Kołeckiego okoliczności zabójstwa były dalekie od wyjaśnienia. Przesłuchano kilkaset osób, było przynajmniej kilka wersji. Po tygodniach kręcenia się w kółko śledczy zainteresowali się bliżej znalezionymi nad jeziorem, ścinkami żółtego materiału w różowe kwiatki. Widać, że były cięte maszynowo. Ktoś je poskładał i wyszła z tego rękawica.

W Centralnym Laboratorium Przemysłu Włókienniczego w Łodzi udało się ustalić, że znaleziony materiał to etamina wyprodukowana dwa lata wcześniej w zakładach w Bielawie na Dolnym Śląsku. Wyprodukowano jej jednak aż 77 tysięcy metrów. Trzeba było sprawdzić wszystkich odbiorców. W komunie, gdzie produkcja i handel były pod kontrolą państwa, dało się to zrobić. W rozdzielniku znalazły się m.in. Zakłady Przemysłu Odzieżowego w Elblągu. A tam ktoś przypomniał sobie, że na zlecenie Spółdzielni Inwalidów w Ornecie rzeczywiście kroili kiedyś materiał w różowe kwiatki. Tylko że Orneta ostatecznie go nie wzięła, bo materiał nie był odpowiedni na podszewki do rękawic. Pocięty nadawał się już tylko na szmaty, czyściwo do maszyn. Dostały je warsztaty Zakładu Karnego w Kamińsku i Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacji Miejskiej w Elblągu.

W Kamińsku sprawdzeni zostali wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z Lubawą. To samo sito zastosowano w Elblągu. Przesiano przez nie dziesiątki osób, aż w końcu pętla się zacisnęła. Joachim Ż., mieszkaniec Elbląga i mechanik w WPKM pękł, kiedy tylko dostał wezwanie na komendę. To było tylko "rutynowe" wezwanie, ale Joachim Ż. zrozumiał, że to koniec Napisał pożegnalny list i próbował się truć tabletkami.

Interwencja po służbie
Bezskutecznie truł się także Henryk G., jego wspólnik z włamania do CPN w Lubawie. Bo to stacja benzynowa była prawdziwym celem sprawców. Interesowały ich kasa i samochodowe części zamienne. Wracający ze służby sierżant Kołecki przypadkowo nakrył ich na gorącym uczynku.
Ledwie co wyjechał z miasta, gdy w światłach motocykla zobaczył młodego człowieka kręcącego się koło stacji benzynowej. Potem trabantem podjechał jeszcze drugi. Sierżant Kołecki nabrał podejrzeń, gdy zaczął sprawdzać ich dokumenty. Może coś zobaczył, bo złodzieje byli na tyle nieostrożni, że choć włamali się do CPN przez okno, wyszli drzwiami i na dodatek zostawili je otwarte. Milicjant powiedział, że muszą jechać na komisariat.

Wtedy dostał samochodowym kluczem w głowę. Próbował walczyć, ale z dwoma nie miał szans. Późniejsza sekcja zwłok ujawniła aż 12 ran tłuczonych głowy.

Cośmy zrobili?
30-letni właściciel trabanta Joachim Ż. był już niby karany, ale za włamania. Mokrej roboty się dotąd nie imał. Jego pomocnik, Henryk G., ledwie co skończył 19-lat. W WPKM przyuczał się dopiero, jak widać nie tylko do zawodu mechanika, lecz i złodzieja.

Po wszystkim sprawcy najwyraźniej wpadli w panikę. Trzęsącymi rękami upchnęli ciało milicjanta w bagażniku trabanta. Kierował Joachim Ż., chociaż miał kłopoty, bo w czasie szarpaniny poważnie zranił się w dłoń. Henryk G. założył kask, to był biały kask drogówki, który Kołecki pożyczył od komendanta, i ruszył za nim wueską milicjanta.

Przed Ostródą skręcili w prawo nad Jezioro Morlińskie. Świtało, musieli się spieszyć, zwłaszcza że przetrząsając raportówkę milicjanta, nie znaleźli dokumentów, jakie sierżant Kołecki zabrał podczas kontroli. Musieli wracać do Lubawy i ich szukać.

Wcześniej jednak rozebrali ciało milicjanta z munduru, przywiązali pasem do motocykla odholowali nieco od brzegu i utopili.

A potem wrócili do domu i... czekali na ścięcie. Po nieudanej próbie samobójstwa zostali zatrzymani 30 września 1979. Przyznali się do zabójstwa.

Podręcznikowe śledztwo
Proces w tej sprawie toczył się przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie. Koledzy milicjanta jeździli nawet z Lubawy do sądu, ale nastał stan wojenny i wszyscy mieli inne rzeczy na głowie. Wyrok w tej sprawie zapadł 17 grudnia 1981 roku.

Starszy z zabójców policjanta Joachim Ż. został skazany na 25 lat więzienia, młodszy Henryk G. na 15 lat. Dodatkowo obydwaj pozbawieni zostali praw publicznych na 10 lat.

To było podręcznikowe śledztwo. "Działania wykrywcze w sprawie o zabójstwo i włamanie do stacji CPN w Lubawie" wydane w 1984 roku przez Departament Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stały się obowiązkową lekturą najpierw milicji, potem policji.

Stanisław Brzozowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. olsztyniak #1154139 | 188.33.*.* 27 lip 2013 14:29

    Z niecierpliwością czekam na wspomnienie o zamordowanym sierżancie MO Karosie.Starsi pamiętają,kto dawał pistolet zabójcom.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz