Sobota, 19 października 2019. Imieniny Michaliny, Michała, Piotra

Adam Ferency: Amerykanie nie chcieli, żebym zagrał w "Niani"

2013-07-14 08:00:00 (ost. akt: 2013-07-13 20:45:42)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

— Granie czarnych charakterów pojawiło się w moim życiu w momencie, kiedy stałem się bardziej wygolony, to znaczy łysy. Wcześniej przecież zdarzało mi się grać pozytywnych bohaterów — mówi Adam Ferency.

— W niedzielę wystąpi pan w Praniu podczas Letniego Sezonu Artystycznego. Jestem ciekaw, czy ma pan tremę?
— Nie, bo niby dlaczego miałbym ją mieć? Dziś jest dopiero 11 lipca (tego dnia rozmawialiśmy —przyp. aut.). Tak więc mam jeszcze trochę czasu.

— o kiedy trema, jeśli w ogóle, przyjdzie?
—Oczywiście, że przyjdzie. W niedzielę, jak usiądę przed publicznością w Praniu. Wcześniej nie.

— A często przyjeżdża pan na Mazury?
— Od wielu lat nie byłem na Mazurach… Kiedyś, kiedy byłem młodszy, przyjeżdżałem do was dosyć często.

— Przeczytałem kiedyś, że Adam Ferency podobny jest do amerykańskiego aktora Jonathana Banksa. Widzi pan podobieństwo między wami?
— Przepraszam, ale nie znam aktora Jonathana Banksa i, niestety, nie potrafię odpowiedzieć na pańskie pytanie.

— Razem z Eddiem Murphym grał w takich filmach, jak „Gliniarz z Beverly Hills” czy „48 godzin”. Aktor charakterystyczny, wciela się głównie w czarne charaktery, podobnie zresztą jak pan.
— Widzi pan, tytuły, które pan przytoczył, to nie są filmy mojego życia... Prawdą jest jednak to, że zagrałem w swoim życiu wiele szwarccharakterów. Więc to zapewne pod tym względem jesteśmy do siebie podobni z Banksem.

— Pański debiut przed kamerą to rola w serialu "O7 zgłoś się" w 1976 roku. I to w pierwszym odcinku. Potem były setki ról filmowych, teatralnych, serialowych, dubbingowych. Teraz tej pracy jest tyle samo, czy ma już pan więcej czasu dla siebie?
— Mam naprawdę bardzo dużo zajęć, tylko że strasznie trudno mi ocenić, czy jest ich dziś więcej niż kiedyś. Jedno wiem: te zajęcia sprawiają mi coraz więcej kłopotu. Bo człowiek jest już starszy, mniej robotny, i ma mniej sił. Ja głównie zajmuję się teatrem, bo to on mnie fascynuje. Mam nadzieję, że jeszcze długi czas będę teatrowi potrzebny.

— A jaka rola najbardziej utkwiła panu w pamięci?
— Czasami wracam myślami do niektórych moich ról, ale nie bardzo je analizuję. Nigdy też to wracanie nie jest podróżą chętną, zwykle jest to związane z jakimś kontekstem, z daną sytuacją. I od tej sytuacji jest to całkowicie zależne. Mam, oczywiście, świadomość wagi niektórych ról. Taką rolą w teatrze był „Człowiek Słoń”, a w filmie porucznik Morawski w "Przesłuchaniu" Ryszarda Bugajskiego.

— Męczę pana, bo chcę zapytać, czy z pana dzisiejszą fizycznością łatwo jest, na przykład, zagrać romantyka, dobrego ojca, troskliwego męża...
— Widzi pan, granie czarnych charakterów pojawiło się w moim życiu w momencie, kiedy stałem się łysy. Wcześniej przecież zdarzało mi się grać pozytywnych bohaterów. Zresztą nawet dzisiaj w teatrze grywam pozytywne postaci. A wracając do pytania, nie jest łatwo zagrać żadnej roli, jeśli aktor chce ją zagrać poważnie. To znaczy, jeśli ja chcę zagrać w miarę głęboko i znaleźć w tej roli coś, co jest zaskakujące również dla mnie samego. Ten zawód jest naprawdę bardzo trudny i zdecydowanie nie ma nic wspólnego z wyglądem zewnętrznym.

— W komediach też ponoć chciał pan grać, ale to pana nie chcieli…?
— Bo jakoś sobie nie wyobrażano mnie jako aktora komediowego. Zawsze jednak ciągnęło mnie do tego gatunku, szczególnie kiedy komedię gra się na scenie teatru. Bo wie pan, jest wtedy natychmiastowy sprawdzian. Jeśli publiczność się śmieje, to dla aktora jest znak, że osiągnął to, co chciał. Gdy się gra rzecz poważną, to wtedy takiej natychmiastowej weryfikacji nie ma. Oczywiście ma się jakieś odczucia, ale mogą być one złudne, fałszywe. A w komedii aktor bardzo szybko może się dowiedzieć, czy został zaakceptowany przez widza.

— A próbował pan jakoś przekonywać reżyserów i scenarzystów do tych komediowych ról?
— Nigdy nie zabiegałem o to, żeby grać w czymkolwiek, więc nikogo do siebie nie przekonywałem. Mówiłem oczywiście, że chętnie zagrałbym w komedii, ale nie postrzegano mnie w takich rolach. Właściwie to serial telewizyjny „Niania” dopiero odmienił tę sytuację. A może wcześniej, bo już Olga Lipińska próbowała obsadzać mnie komediowo… Ale naprawdę nie było tego wiele.

— Nie zabiegał pan o grę w czymkolwiek, a jednak ma pan za sobą mnóstwo ról!
— Może to szczęście w życiu zawodowym…? Nie wiadomo, jaką część sukcesu daje przypadek. Zresztą aktor od wczesnej młodości jest obserwowany. Na naszym dosyć szczupłym rynku nietrudno wyłowić aktora, który nieźle rokuje.

— To co, przychodził pan na casting i…
— Na castingu byłem raz w życiu. I to właśnie przy okazji serialu „Niania”.

— Zagrał pan w nim kamerdynera Konrada. Ale były też jakieś perypetie związane z pana osobą.
— Columbia Pictures, amerykańska sieć telewizyjna, która jest właścicielem sitcomu, nie chciała się zgodzić, żebym zagrał kamerdynera Konrada. Wymóg licencyjny był taki, żeby aktorzy byli podobni do pierwowzoru. W krajach, którym sprzedano licencję na emisję serialu, każdy aktor grający kamerdynera również musiał być podobny do aktora amerykańskiego. Tylko ja jeden byłem inny. Jednak reżyser wręcz zażądał, żebym to był ja. I, jak widać, może miał rację. Bo myślę, że ta rola była całkiem niezła.

— A często pan słyszy, że wygląda na drania, łotra?
— Czasami publiczność po spotkaniu ze mną wyraża zdziwienie, że oto prywatnie Adam Ferency jest zupełnie innym człowiekiem aniżeli postaci, w których role się wciela. I ja, oczywiście, traktuję to jako komplement.

— Pewne jest również to, że jest pan popularny. Ta popularność pomaga panu w życiu?
— To zależy od tego, w jaki sposób się ją demonstruje i jak się człowiek zachowuje. Czasami ta popularność bywa przykra, czasami przyjemna. Zależy na kogo popadnie.

— A pan miał więcej tych przykrych czy tych miłych sytuacji?
— Raczej były one pozytywne. Negatywnych było mało. I nie lubię ich wspominać.

— Mam rozumieć, że dostał pan szybciej pozwolenie na budowę domu albo uniknął mandatu?
— Dzisiaj bezduszne fotoradary nie mają litości, ale dawniej zdarzało mi się zostać tylko pouczonym.

— To jak to się odbywało? Uświadamiał pan wdziękiem i słowem, że jest aktorem?
— Dosyć dziwne ma pan wyobrażenie o zachowaniach aktorskich poza miejscem pracy. Rozumiem, że jako dziennikarz ma pan jakąś na ten temat wiedzę. To, oczywiście, mógłby być temat do osobnej rozmowy na temat zmiany obyczajów.

— W jednym z wywiadów stwierdził pan, że pierwszy kryzys wieku średniego ma pan już za sobą. I był on zabawny. Co w tym zabawnego?
— Zabawny kryzys wieku średniego...? Wywiad, nie… Wie pan, ja nie udzielam zbyt wielu wywiadów i, moim zdaniem, większość z nich to kompilacja różnych starych rozmów z dziennikarzami. Nigdy nie powiedziałem, że kryzys był zabawny. Kryzys jak to kryzys, zawsze jest czymś poważnym dla człowieka.

— Kiedy umawiałem się z panem na rozmowę, mówił pan, że ma intensywne próby. Nad czym pan teraz pracuje?
— W Teatrze Dramatycznym będę grał w sztuce izraelskiej pisarki Savyon Liebrecht pod tytułem "Rzecz o banalności miłości". Spektakl mówi o dwójce filozofów —Martinie Heideggerze, w którego postać się wcielę, i jego studentce, młodszej o 20 lat Hannie Arendt.

— Dużo tych postaci pan zagrał... Wszystkie ma pan je w pamięci, przylegają do pana?
— Jest rzeczą nieuchronną, jeśli serio traktuje się materię roli, że penetruje się własne wnętrze i odkrywa zaskakujące rzeczy. Trudno więc sobie wyobrazić, by nie miało to wpływu na aktora. Czy te zachodzące w nim zmiany są wyraźne, to pytanie do otoczenia.

— A myśli pan o emeryturze?
— Metrykalnie to już niedługo, ale jakoś nie wyobrażam sobie, że mógłbym nic nie robić. Zresztą, wszelkie prorokowanie na ten temat jest ryzykowne. Nie wiemy, jakie są co do nas plany.

— Ale na emeryturze można, na przykład, uprawiać ogród. Podobno nie ma się wtedy na nic czasu.
— Tak, tylko wie pan, ja mam jedną pasję, którą jest aktorstwo. I strasznie trudno byłoby mi zająć się tylko ogrodem na tej emeryturze. Ale kto wie, może kiedyś pasja do teatru zmieni się w pasję, na przykład, do ogrodu?

Mateusz Przyborowski
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. poezja #1142688 | 178.181.*.* 14 lip 2013 12:18

    Dziś o 17.30 na rynku w Działdowie pan Adam Ferency będzie recytował wiersze Hanny Jolanty Wisniewskiej. Zapraszam

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Gołdapianka #1142489 | 31.63.*.* 14 lip 2013 08:08

    Zapraszamy ponownie do Trzech Świerków.Przed wielu laty spędzaliśmy wieczór wigilijny przy jednym stole....razem z solenizantem Adamem i Jego rodziną.Zapraszamy ponownie!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz