Wtorek, 25 września 2018. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

Stawiam życiu piątkę

2013-06-30 11:50:47 (ost. akt: 2013-06-30 11:21:36)
Wiesława Szymańska w jednej z ról teatralnych

Wiesława Szymańska w jednej z ról teatralnych

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

— Byliśmy potwornymi snobami. Jak się czytało Cortazara, to jechało się po gauloisesy do Warszawy, bo w Bartoszycach nie można było ich kupić — mówi Wiesława Szymańska, aktorka Teatru im. Stefana Jaracza.

— Przepraszam, ale mam mało czasu, bo idę zaraz na próbę kabaretu.

— To w Olsztynie jest kabaret?!
— Jest. Nasz kabaret literacki Młynek, który powstał z potrzeby serca. Zapomniano już o takich ludziach jak Hemar, Tuwim, Jurandot, Słonimski czy Grodzieńska. I wydaje nam się, że warto ich przypominać. Kabaret jest po części kontynuacją WANNY, która działała w kawiarni Teatralna. Obecnie naszą siedzibą jest restauracja Skarbiec.

— I ludzie przychodzą?! Na Hemara?!
— Czasami jest ich aż za dużo, co najlepiej świadczy o tym, że na dobre słowo jest zapotrzebowanie.

— Jak to jest z twoim nazwiskiem? Od wieków znam cię jako Wiesię Niemaszek, z dopiskiem: Szymańska, a teraz jesteś Szymańska. Taka zmiana nazwiska nie wydaje ci się ryzykowna?
— Dyrektor mnie namówił. I pewnie miał rację, żebym w teatrze używała dwóch nazwisk, chociażby z szacunku do widza, który mnie poznał jako Wiesławę Niemaszek. Zainspirował mnie też mój syn, który wyrobił sobie dowód na Błażej Szymański. To panieńskie nazwisko mojej mamy. On ma z nią dużo wspólnego, tak jak miał z moimi dziadkami. A nie ma nic ważniejszego niż związki z ludźmi.

— Skąd wzięłaś się w Olsztynie?
— Z Bartoszyc, mojego ukochanego miasta. Gdyby nie to, że nie ma tam teatru, mieszkałabym pewnie w Bartoszycach do dzisiaj. Ludzie z mniejszych miast są zawsze lepsi.

— A jak trafiłaś do teatru?
— Nie usłyszysz ode mnie opowieści, że od urodzenia chciałam zostać aktorką. W Olsztynie studiowałam pedagogikę specjalną. Mieliśmy zajęcia w szpitalu psychiatrycznym z upośledzonymi i niepełnosprawnymi dziećmi. Przez grzeczność pominę nazwisko osoby, która je prowadziła. Ta pani mówiła: — To jest egzemplarz taki i taki. W głowie mi się nie mieściło, żeby tak się wyrażać o dziecku! Wyszłam z tych zajęć i poszłam na spacer po Olsztynie. Trafiłam na cudowny mały „belwederek” na tyłach dawnego Hosianum (który został — nie rozumiem dlaczego — zburzony), gdzie wówczas mieścił się Olsztyński Teatr Lalek. Weszłam i zapytałam dyrektora Jana Zbigniewa Wroniszewskiego o pracę. Zapytał, co umiem. — Nie wiem — odpowiedziałam. — Może mnie pan sprawdzić. I pierwszego kwietnia, w prima aprilis, który trwa do dziś, zostałam zatrudniona w teatrze. Potem pojechałam za mężem do Radomia i zrobiłam dyplom. Eksternistyczny egzamin państwowy zdawałam przed komisją, w której zasiadali między innymi Ryszarda Hanin, Jan Świderski, Michał Pawlicki, Krzysztof Chamiec, ludzie znani z telewizji i z gazet.

— I wtedy już śpiewałaś? Bardzo dobrze to robisz.
— Staram się. Piosenki to są wielkie dramaty opowiedziane w pięć minut.

— Czy Edith Piaf, której utwory śpiewasz, jest ci szczególnie bliska?
— Bardzo bliska. I to od dziewiątego roku życia. W 1969 roku zobaczyłam film z pogrzebu Edith (zmarła w 1963 roku — red.) Zrobił na mnie wielkie wrażenie, bo kim trzeba być i co zrobić, żeby na pogrzeb przyszedł cały Paryż? Dla wszystkich ludzi prostych i należących do elit to, że Edith odeszła, było ważne.

— Znałaś wtedy jej piosenki?
— Nie. Od tamtej pory zaczęło się słuchanie Piaf, w ogóle muzyki. Mam mamę, najpiękniejszą na świecie, która nauczyła mnie o powstaniu warszawskim, poezji Gałczyńskiego, wszystkiego. Słuchało się Grechuty, Piwnicy pod Baranami, Ewy Demarczyk.

— Podśpiewywałaś sobie wtedy?
— Nie, nigdy nie wiedziałam, że umiem śpiewać. Należałam do wszystkich możliwych kółek zainteresowań, od matematycznego do recytatorskiego. Coś tam podśpiewywałam, ale przede wszystkim słuchałam muzyki. Jeździłam z mamą do olsztyńskiej filharmonii. Do mojego pokoju zwanego Norką przychodzili koledzy i koleżanki. Urządzaliśmy wieczory poezji. Byliśmy potwornymi snobami.

— Snobami?!
— Tak, bo musieliśmy czytać. Gdy ktoś czegoś nie znał, nie miał prawa wstępu do Norki. Wtedy zaczął się Cortazar i cała literatura południowoamerykańska. Jak się czytało Cortazara, to jechało się po gauloisesy do Warszawy, bo w Bartoszycach nie można było ich kupić. Nie dość na tym. Prenumerowało się „Literaturę na Świecie”, „Literaturę”, urządzaliśmy wieczory poezji przy muzyce. I to procentuje do dzisiaj. Zresztą kiedyś sparafrazowałam za Wańkowiczem powiedzenie, że jedyną rzeczą, która w życiu się stała i dziać się będzie zawsze, to jest dzieciństwo. I tu muszę powiedzieć o swoich dziadkach. Pamiętam ogromne poczucie bezpieczeństwa, jakie czułam, gdy byłam w ich domu. W Wigilię dziadzia szedł do obory z opłatkiem, żeby podzielić się nim ze zwierzętami. One mruczały po swojemu, rozmawiały w oświetlonej ciemną lampką oborze. Było ciepło i najspokojniej na świecie. To było największe poczucie bezpieczeństwa w życiu. Jak ktoś się wywodzi z takiego świata, to się nawet nie zastanawia, czy i jak śpiewa, bo mu dusza śpiewa.

— A jak śpiewasz „Non, je ne regrette rien” czyli „Nie, nie żałuję niczego”...?
— ...to niczego nie żałuję. Naprawdę. Jeżeli weźmie się pod uwagę życiorys Piaf, te straszne rzeczy, które przydarzyły się w jej życiu, jej śmierć w osamotnieniu, to ja nie mam powodu, żeby żałować czegokolwiek w moim życiu. Moja filozofia to „szklanka do połowy pełna Nie ma dla mnie nic ważniejszego niż słuchanie ludzi, rozmowa z nimi. Staram się to zanikające zjawisko pielęgnować.

— Co powiesz na temat miłości?

— To, co Agnieszka Osiecka: że najważniejszą rzeczą w życiu jest czułość. A dla mnie najważniejsza jest przyjaźń. Dałabym się za przyjaciół pokroić. Staram się być blisko nich. Amiłość? Jest cudna miłość do syna, miłość do matki. To jej rodzaje, które nie są przereklamowane, bo wiesz, że są i będą.

— W życiu kobiet ważny jest czas. Czy przemijanie jest dla ciebie problemem?

— Moja babcia, jak kończyła 86 lat, z dużą wątpliwością powiedziała: — Chyba się starzeję. Ale nie była o tym przekonana. Ja też nie jestem. Kiedyś Adam Hanuszkiewicz powiedział, że starość jest kwestią decyzji.

— Byłaś trzykrotnie jego asystentką, gdy reżyserował w olsztyńskim teatrze. Dlaczego wybrał akurat ciebie?

— Wiesz, kiedyś byłam ładną dziewczyną, a Adaś lubił ładne dziewczyny. Może teraz by mnie nie wybrał! (śmiech) Gadaliśmy, kłóciliśmy się i były to fantastyczne dyskusje. Bzdurą jest, że był bufonem, że widział tylko siebie. Potrzebował partnerów do rozmowy i jeżeli miał partnera, umiał i słuchać, i rozmawiać.

— Powiedziałaś przed naszą rozmową, że teatr to „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”.

— Bo to prawda. Jest taka scena w filmie, kiedy nauczyciel Kaeting prowadzi uczniów na korytarz i pokazuje im zdjęcia absolwentów. — Byli tacy jak wy, mieli takie same marzenia — mówił im. — Carpe diem! — zachęcał. Teatr też jest sztuką ulotną.

— Pracujesz z młodzieżą w Studium Aktorskim? Jacy są ci piękni dwudziestoletni?

— Bardzo mądrzy, chłonni, a jeżeli czegoś nie wiedzą, to chcą się dowiedzieć. Nie wolno ich poniżać czy traktować jak uczniaków. Trzeba ich ośmielić i zrozumieć, że my też się od nich uczymy. Nie możemy być jak Zastałek z książki Spencera Johnsona „Kto zabrał mój ser?”, który marzy tylko o tym, żeby nic się nie zmieniło. Teatr cały czas ewoluuje. Nie gramy spektakli w turniurach i frakach, ale to nie znaczy, że to nie jest sztuka. Po prostu staramy się złapać czas. Przeczytam, co o teatrze pisał Stefan Jaracz, dobrze?

— Czytaj. Przypomnimy zapomnianego patrona naszego teatru.

— Jaracz pisał o teatrze dobrze i źle, bo w jego czasach była to często sztuka jarmarczna, niskich lotów. Jednak teatru bronił. — Gdyby teatr był tylko tym, co przedstawiłem, nie byłby w stanie istnieć, nie mógłby trwać. Jakaż to więc siła, która utrzymywała go w tak nędznych warunkach przy życiu, a czasem rodziła w tej mierzwie nawet kwiaty. Ta tajemnicza siła, którą teatr był i jest obdarowany, to poezja. Najgorszy cynik teatralny miał chwilę, gdy był w jej mocy i słuchał jej w zbożnej ciszy. I te tylko chwile usprawiedliwiały nędzne jego życie...

— Co lubisz grać?

— Uwielbiam grać wszystko. Byle był dobry reżyser.

— Czy w teatrze, podczas realizacji spektaklu, aktor ma coś do powiedzenia?

— To zależy, są różne szkoły. Są reżyserzy od początku do końca przyzwyczajeni do swojej koncepcji i potrafią ci powiedzieć, którędy masz wejść i gdzie usiąść. I to jest nawet wygodne, masz tylko grać. Ale są też reżyserzy, którzy chcą rozmawiać, dociekają treści między wierszami tekstu. I szukamy ich razem.

— Która rola jest ci najbliższa?

— Nie powiem. To tak jakbyś zapytała, którą piosenkę najbardziej lubię. Wszystko jest ważne: i epizody, i role.

— Co myślisz o przyszłości?

— Wszystko będzie dobrze. Może któregoś dnia, gdy zagram babcię, pomyślę, że to już jest etap babci. Chciałabym, jak moi starsi koledzy — Hania Wolicka i Władysław Jeżewski — mieć pogodę ducha, być tak sprawna i być na scenie tak długo jak oni.

— Wszyscy aktorzy, z którymi rozmawiałam, chwalą nasz teatr.

— Bo to jest miejsce dobre do tworzenia. I nawet jeżeli ktoś z kimś się nie lubi, nie staje się to powodem konfliktów. Jest to teatr, w którym lubią się kobiety. Irenka Telesz, Ala Kochańska i Aga Pawlak to moje przyjaciółki i staramy się sobie pomagać. Nie zazdrościmy sobie.

— A komuś w ogóle czegoś zazdrościsz?

— No, zazdroszczę mojej mamie. Jest taka piękna wewnętrznie i zewnętrznie. Jest duchową arystokratką.

— Co robisz w życiu pozateatralnym?

— Czytam poezje, mam dużą bibliotekę, i słucham lasu. Spotykam się również z ludźmi.

— Możesz postawić sobie piątkę z życia?

— Mogę postawić piątkę życiu za to, że jest.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB