Piątek, 13 grudnia 2019. Imieniny Dalidy, Juliusza, Łucji

Twardzielka, która potrafi kochać

2013-05-26 08:00:00 (ost. akt: 2013-05-25 20:32:47)

— Nie zawsze było malinowo. Były momenty bardzo trudne, ale nie zamieniłabym swojego życia na żadne inne, bo dzisiaj pewnie nie byłabym tą Iwoną, którą sama lubię — opowiada Iwona Guzowska, posłanka i była mistrzyni świata w boksie zawodowym, która w poprzedni weekend wystartowała w Olsztynie w zawodach Elemental Triathlon 2013.

— Pani poseł czy pani Iwona?
— Po prostu Iwona. Zdecydowanie. Posłem się bywa, a Iwoną jestem od zawsze.

— Pytam, bo już trochę tym posłem pani jest.
— No jestem, jestem, już drugą kadencję. Ale z polityką wciąż nie wiążę swojej przyszłości i nie uzależniam od niej swojego bytu, tak jak niektórzy politycy. Takie podejście to dramat!

— Rozumiem, że w rubryce zawód nie wpisuje pani polityk”.
— Nie czuję się rasowym politykiem, bo szczeble kariery politycznej zupełnie mnie nie interesują. Traktuję politykę jako narzędzie do działania na rzecz ludzi. Nie powiem, że to praca społeczna, bo jednak dostaję za to solidne wynagrodzenie, ale politykę traktuję trochę jak misję. Uważam, że takie powinno być nastawienie u każdego, bo tylko ono pozwala na poprawę jakości życia społeczeństwa. Tak mamy skonstruowany świat.

MISTRZYNI BOKSU
Była mistrzyni świata w boksie i kick-boxingu, a od dwóch kadencji posłanka Platformy Obywatelskiej. Przede wszystkim jednak — jak podkreśla — spełniona matka. Ma 39 lat, a ostatnią zawodową walkę stoczyła niemal 10 lat temu. Sporo popularności dał jej m.in. udział w programie reality show „Bar”. Ma 21-letniego syna Wojtka. Sama wychowywała się w domu dziecka, a później trafiła do rodziny adopcyjnej. Pochodzi z Gdańska, w którym nadal mieszka.


— Wyborcy doceniają chyba pani zaangażowanie, bo w ostatnich wyborach zebrała pani kilkakrotnie więcej głosów niż za pierwszym razem.
— Rzeczywiście. Byłam tym bardzo zaskoczona. To nobilituje i mobilizuje do dalszej pracy. Zwłaszcza że kwestie społeczne, którymi staram się zajmować, są wyjątkowo trudne. Wydaje się, że na politykę społeczną zawsze jest za mało pieniędzy i za mało dobrych ustaw, ale jest inaczej. Moim zdaniem zawsze brakuje dobrej woli. Prawo mamy OK, a pieniędzy w politykę społeczną wrzucamy mnóstwo. Nie zawsze mądrze, ale... to już zupełnie inna para kaloszy. Właśnie staram się dbać o to, żeby to „mądrze” występowało jak najczęściej.

— Zadała sobie pani kiedyś pytanie dlaczego ludzie mnie kupują? Ja mam wrażenie, że to dzięki pani luźnemu sposobowi bycia. Wielu osób widzi w pani chyba koleżankę z podwórka.
— Myślę, że to jeden z powodów. Przed poprzednią kadencją zadecydował fakt, że byłam po prostu znanym sportowcem. Wiele osób na tym wypływa. W drugiej kadencji, mam nadzieję, najważniejsza okaże się moja praca i podejście do ludzi. Nieraz wydaje mi się, że walczę w pewnych kwestiach z wiatrakami, że zagryzam wargi na darmo, a potem okazuje się, że wcale nie. Jednak jest to zauważane i dobrze odbierane. I to jest fajne. Mam nadzieję, że ludzie wciąż mnie tak odbierają, że nie uderzyła mi do głowy woda sodowa. Myślę, że nie straciłam kontaktu z rzeczywistością, a to najgroźniejsza choroba dla polityków. Wchodzą w ten „inny świat” i nagle stają się nadludźmi. „To ja jestem ten wielki pan poseł” — mają wypisane na twarzy. A potem przekraczają prędkość, z tym się nie spotkają, z tamtym nie rozmawiają... To nienormalne i niefajne.

— Z panią na wywiad umówiłem się bez problemu.
— Bo ja uważam, że człowiekiem trzeba być całe życie. I wbrew pozorom wielu parlamentarzystów się tego trzyma. To rzeczywistość medialna wykrzywia nam obraz. Wielu parlamentarzystów to ludzie skromni i pracowici, tylko, że ich po prostu nie widać. W mediach bryluje 30 albo 40 gadających głów i ich znamy. Oczywiście, niektórzy mają coś ciekawego do powiedzenia, ale posłów jest dziesięć razy tyle. Za dużo jest politycznego bicia piany. Na podstawie tego, co powiedzą ci pojawiający się w mediach, ocenia się resztę. A jak ktoś taki lata po wszystkich możliwych mediach, to proszę mi powiedzieć, kiedy on ma czas na pracę?

— Pani też zyskała sławę dzięki mediom, występując w Barze”, jednym z pierwszych telewizyjnych reality show. Wcześniej kojarzyli panią głównie fani boksu. To był odważny krok!
— To było szaleństwo i trochę akt desperacji. Zależało mi na tym, by odejść z boksu na moich zasadach, w momencie, kiedy sama będę tego chcieć, a nie z powodu problemów z promotorem, które wówczas miałam. Udział w „Barze” to było nietypowe, ale bardzo skuteczne rozwiązanie.

— Weszła pani do programu z konkretnym planem?
— Tak. To miała być taka gruba kreska. Miałam wtedy ogromny kłopot z promotorem, który okazał się nieuczciwym człowiekiem. Producenci „Baru” wymyślili, że wejdę do programu i będę miała walkę. Normalną, respektowaną przez federacje, ale jako część programu. I nikt miał do tego nic nie mieć. I... udało się!

— Chytry plan!
— Wszystko było skrupulatnie zaplanowane, ale było warto. Dzięki temu zadecydowałam, że to będzie moja ostatnia walka w zawodowym boksie — gruba kreska i odchodzę.

— Często reprezentuje pani interesy samotnych kobiet i samotnych matek. Chce pani być rzeczniczką kobiet?
— Kobiet przede wszystkim, ale nie tylko. W ogóle chodzi mi o ludzi, którym jest ciężko. Sama jestem najlepszym przykładem na to, że człowiekowi trzeba dać szansę. Uważam jednak, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba przestać dawać rybę i wręczyć wędkę. Ludzi trzeba mobilizować, żeby sami próbowali zawalczyć o siebie. Bierność jest straszna i jeśli ktoś będąc w trudnej sytuacji nie chce zawalczyć o siebie, to nie pomoże mu nic.

— Zastanawiam się, jak określić panią jednym słowem i na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo. Twardzielka. Zgadza się?
— Pewnie tak (śmiech). Jednokrotnie już to o sobie słyszałam, ale... rzeczywiście nie jestem mięczakiem. Jestem twarda i uparta, ale zarazem mam też dużo pokory. Myślę, że to dzięki temu jeszcze nie zwariowałam.

— Dom dziecka, ojciec, który nie stronił od alkoholu, wczesne macierzyństwo... Co najmocniej zahartowało panią w życiu?
— To był proces, a nie jakieś konkretne zdarzenie. Najbardziej oczekiwaną przez media odpowiedzią byłyby pewnie moje opowieści o tym, jak to było mi ciężko w dzieciństwie i tak dalej. Owszem, łatwo i lekko nie było. To na pewno mnie jakoś ukształtowało, ale nie dopatruję się w tym żadnej recepty na sukces. Żeby osiągnąć sukces, wcale nie trzeba przechodzić w życiu przez szereg jakichś dramatycznych zdarzeń. Oczywiście, wiele historii, choćby moja, pokazuje, że ludzie, którym jest bardzo ciężko jako dzieciom, dają sobie później radę w życiu dorosłym i często coś osiągają. Najbardziej znany ostatnio przykład to chyba Kuba Błaszczykowski, który przeżył wielki dramat, widząc jak jego ojciec zabija matkę. Dziś jest fantastycznym piłkarzem, a na dodatek fajnym, skromnym chłopakiem. Coś w tym jest.

— W sporcie takich przykładów jest wiele.
— Pewnie jakaś prawidłowość w tym jest. Ja, kiedy opowiadam o sobie, nie uważam, że w życiu dotknęła mnie jakaś tragedia. Musiałam sobie radzić z sytuacją, którą zastałam na tym świecie i... nie zawsze było malinowo. Tak oględnie mówiąc. Były momenty trudne, bardzo trudne, ale mimo to nie zamieniłabym swojego życia na żadne inne, bo dzisiaj pewnie nie byłabym tą Iwoną, którą lubię.

— Mam wrażenie, że to właśnie przez trudne dzieciństwo tak często podkreśla pani, jak ważną osobą jest dla pani syn. Wojtek jest pani oczkiem w głowie?
— Jest, oj, jest... On jest fantastycznym młodym człowiekiem. Z jednej strony jest moim oczkiem w głowie, a z drugiej strony spędzamy ze sobą bardzo mało czasu, bo mnie non stop nie ma. Z perspektywy jego rówieśników to pewnie komfort, bo nie ma matki na plecach, ale ja naprawdę nie jestem osobą, która narzucałaby się komukolwiek. To samo dotyczy moich relacji z synem. I chyba właśnie nasze relacje są największym szczęściem, jakie spotkało mnie w życiu.

— Wojtek bywa o panią zazdrosny?
— Nie, naprawdę w ogóle nie jesteśmy o siebie zazdrośni. Mamy świadomość wyjątkowej więzi, która nas łączy i takie uczucie, jak zazdrość, nie jest nam w ogóle potrzebne. Wojtek ma teraz dziewczynę, która z nami zamieszkała i nie dochodzi z tego powodu do absolutnie żadnych scysji. Wręcz przeciwnie: mówię teraz, że mam teraz dwójkę wspaniałych dzieci. O! I to jest właśnie mój największy sukces (śmiech).

— Kilka lat temu plotkarska prasa szeroko informowała o wypadku pani syna, który jeżdżąc na deskorolce złamał kręgosłup. To było jeden z tych momentów, który jeszcze bardziej panią wzmocnił?
— Akurat ten moment, jak myślę, bardziej zahartował jego niż mnie. Ja wiedziałam, jakie są rokowania, jaki to uraz, i wiedziałam, że da się z tego wyjść. Dla niego natomiast było to druzgocące, bo deskorolka była dla niego całym światem. Tak samo, jak dla mnie wcześniej boks czy teraz triathlon. To nie tylko sport, ale sposób na życie, któremu trzeba się oddać bez reszty. Rozumiałam jego dramat i uważam, że bardzo fajnie sobie poradził. Znalazł nowe pasje i, uwaga, zaczął ze mną biegać. Kto wie, może kiedyś namówię go na triathlon?

— Panią, choć uprawiała pani boks, kontuzje raczej omijały.
— Dziękuję Bogu, bo przez 17 lat uprawiania kick-boxingu i boksu zawodowego, nie miałam właściwie żadnej kontuzji. Jedyne, co czasem mi dokuczało, to tzw. nawykowe skręcenie stawu skokowego. Zaczęło się od tego, że w ósmej klasie biegłam po schodach i tak niefortunnie się pośliznęłam, że pozrywałam więzadła. Było konkretnie... A później odnowiło mi się to na dziesięć dni przed wyjazdem na mistrzostwa Europy. To był dramat, ale... pojechałam i je wygrałam. Bez nogi pewnie też bym pojechała, nie było zmiłuj (śmiech).

— Pochłonął panią triathlon, ale mówi się o planach ponownego wejścia do ringu.
— Triathlon to teraz absolutnie numer jeden. Nawet jeśli wejdę na chwilę do ringu, bo nie wykluczam takiej możliwości, będzie to tylko przerywnik. I to krótki, bo zaraz potem na pewno wrócę do triathlonu. Na 7 lipca szykuję się do startu w Ironmanie we Frankfurcie (najpopularniejszy wyścig w Europie, zaliczany do długodystansowych startów triatlonowych — red.). Mogę się założyć, że na początku będzie dzika radość z ukończenia, a zaraz potem pojawi się niezadowolenie, że jednak za słabo pobiegłam, popłynęłam i pojechałam na rowerze. Znam siebie i wiem, że tak będzie. Na tysiąc procent!

— A ten powrót do ringu? To już pewne? Podobno ma pani walczyć w formule MMA.
— Jak będzie podpisany kontrakt, to będzie pewne. Na razie mogę powiedzieć tylko, że sobie rozmawiamy. W grę wchodzi jednak wyłącznie walka na gali Konfrontacji Sztuk Walki.




PEGA
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Monika #1095648 | 79.185.*.* 26 maj 2013 10:42

    Darzę ogromnym szacunkiem Panią Iwonę. Przede wszystkim ze Jej postawę, która potwierdza, że ,,nie ważne skąd pochodzisz. Ważne dokąd zmierzasz."

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. gizo #1095573 | 89.228.*.* 26 maj 2013 08:56

    fajna jest ta iwonka

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz