Sobota, 1 października 2016. Imieniny Heloizy, Igora, Remigiusza

Historia pisana krwią na ścianach

2013-05-09 19:48:55 (ost. akt: 2014-07-02 11:25:52)

Autor zdjęcia: Wojciech Benedyktowicz

Czasem ściany krzyczą. Zwłaszcza jeśli są świadkiem kaźni więzionych ludzi. Nie trzeba obrazów, zdjęć, relacji, wystarczy tam wejść, aby usłyszeć głos historii. Takie ściany znalazłam w niepozornej szopie przy ulicy Warszawskiej między numerami 101 a 103. Mało kto wie, że w latach 1945–1950 było tam więzienie NKWD i UB.

Osiem niewielkich cel, po cztery z każdej strony walącej się już szopy. Wszystkie mają zachowane oryginalne metalowe drzwi z wizjerami. Drzwi zamykane na ciężkie sztaby. Przejmujący jest ten szczęk zardzewiałego metalu przy ich otwieraniu. Cele są bardzo małe. Niesłychanie przygnębiające. Szerokości mają niewiele więcej niż na wyciągnięcie rąk rosłego mężczyzny. Długości może trzy metry. Nie ma w nich okien. Jedyne światło i powietrze jakie wpadało do środka, to przez te małe wizjery i niewielkie druciane kratki nad drzwiami. — Tu w podłodze jest dół kloaczny, teraz zasypany i wybetonowany, ale tu jest odciek, niech pani zobaczy — pokazuje Krzysztof Kossut, mieszkaniec Warszawskiej 101 - W takiej jednej celi siedziało kilkanaście osób. Nie wiem, jak to możliwe. Upychani byli chyba jak śledzie? — zastanawia się.

Teraz mieszkańcy dwóch budynków przy Warszawskiej składują w byłych celach swoje rzeczy. Szukam wzrokiem napisów na ścianach. — Nic pani nie zobaczy. A były napisy, krwią pisane, ale NKWD i UB nie były głupie. Tynki pozbijali, zabiałkowali i spokój — mówi inny mieszkaniec Warszawskiej Roman Gołębiewski. — Kogo tu przetrzymywano? — pytam. — Mieszkańców Olsztyna i okolic. Warmiaków i Mazurów, którzy nie chcieli opuścić tych ziem. Tylko mężczyzn. Od 18 do 50 lat. Pakowano ich do tych cel po kilkanaście osób i trzymano po trzy, cztery dni bez jedzenia i picia — opowiada Gołębiewski nie potrafiąc ukryć wzruszenia.


Łapanki były wiosną i jesienią

Roman Gołębiewski jest pośrednim świadkiem historii. O tym, co się działo na ulicy Warszawskiej w latach 1945–1950, dowiedział się z relacji swoich nieżyjących już sąsiadów.

— W latach 70., kiedy chłopcy Górskiego grali, ja jeden miałem kolorowy telewizor. Przychodził do mnie na mecze Czesław Skowroński i tak przy kielichu opowiadał mi o wszystkim, co widział. A ponieważ mnie to ciekawiło, to wyciągałem z niego ile się dało — wyjaśnia. — To samo potwierdzał drugi sąsiad, z którym spotykałem się w ogródku. To Michał Białogrzywiec, co Mazurkę za żonę wziął. W tym budynku 101 kwaterowało UB, a w 103 NKWD. Nocą jeździli po okolicy, zabierali ludzi z mieszkań, domów jednorodzinnych, rolników i tu przywozili.

Wszystkie cele były zapełnione. Łatwo policzyć, ilu ich tu siedziało. Osiem cel, w każdej po kilkanaście osób. Największe łapanki były wiosną i jesienią. Warta chodziła cały czas. Na strychu i na około tej szopy — opowiada.
Patrole uzbrojonych radzieckich żołnierzy pamięta też Elżbieta Gaweł, mieszkanka Warszawskiej 103, jedyny żyjący świadek tamtych czasów. — Miałam wtedy cztery lata, ale tych żołnierzy z karabinami to dobrze zapamiętałam. Wiem, że coś tu było, bo ciągle pilnowali, po sześciu chodzili. Dniem i nocą, ale czego pilnowali, tego nie wiem. Rodzice nic mi nie mówili, przecież to były takie czasy, że każdy się bał. Za byle co można było zginąć — mówi. Podobnie, jak inni lokatorzy, Elżbieta Gaweł w swojej komórce, dawnej więziennej celi, trzyma teraz drewno na opał. — Staram się nie myśleć o tym, co tu mogło być. To zbyt straszne. U mnie też jest ten otwór kloaczny, ale go nie zamurowałam, tylko przykryłam deskami — tłumaczy.

Z mojego okna też strzelali

Przez pięć lat w szopie przy Warszawskiej rozgrywały się ludzkie dramaty. Nie potrafię sobie wyobrazić męki setek uwięzionych ludzi w tak makabrycznych warunkach. Bez picia, jedzenia, pewności jutra, w ścisku i zaduchu. Jednak, jak mówi Roman Gołębiewski, los uwięzionych bywał jeszcze gorszy. — Po kilku dniach otwierano drzwi i kazano wszystkim uciekać. W oknach na pierwszym piętrze budynków 101 i 103 stawali żołnierze z pepeszami i strzelali do uciekających, jak do kaczek. Jak do zwierzyny. Z okna mojego mieszkania też strzelali — opowiada i zaciska mocno powieki aby powstrzymać łzy. — Kto strzelał? — pytam. — I Rosjanie, i nasi. Jak mówił Skowroński, nasi podobno nawet gorsi byli od Ruskich.

— Ale strzelali tak na postrach czy żeby zabić?

— A jak pani myśli? Jak biegnie setka chłopa i gonią ich kule, to nikt nie zginie? Byli ranni i zabici. Potem nocą wywożono zabitych i rannych wozami konnymi. — Ilu ludzi mogło zginąć w ten sposób przez pięć lat? — pytam dalej. — Tego nikt nie liczył. Wszystko było tajne. Zresztą, jak mówił Skowroński, takie rozstrzałki były i po drugiej stronie Warszawskiej. Gdzie teraz jest jednostka wojskowa. Tam trzymano więźniów politycznych. Katrupili na terenie jednostki i zakopywali. Niech pani zobaczy, gdzie te brzozy rosną — pokazuje kilka wysokich drzew przy płocie jednostki. — Skowroński opowiadał, że pod tymi brzozami szkielety leżą. Ale tu w tej szopie politycznych nie było. Tylko tacy, którzy nie chcieli stąd wyjechać. To ich do tego w ten sposób przymuszano. Wie pani, dwa lata temu przyjechała tu wycieczka z Niemiec. Rodziny przetrzymywanych tutaj ludzi. Bali się wejść nie tylko od tej szopy, ale na nawet na podwórko — wspomina Roman Gołębiewski.

Trzeba wierzyć i sprawdzać

Od dziesięcioleci wielokrotnie jadąc czy idąc ulicą Warszawską widziałam ten brzydki, zniszczony, walący się drewniany budynek. Nawet zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zburzy tej rudery, która szpeci okolicę. Przez myśl mi nie przeszło, że ta szopa jest miejscem kaźni wielu ludzi. Dowiedziałam się o tym niedawno od historyka profesora Stanisława Achremczyka. — Z powodu moich zainteresowań i badań nad Olsztynem trafiłem na tą Warszawską. Byłem tam w środku. Nawet nie wiem, jak to nazwać, więzienie, karcer, NKWD i UB. Gdy się patrzy na te żelazne drzwi z judaszem, małe cele z jamą na odchody i pomyśli o przetrzymywanych w takich warunkach ludziach, to jest to tak przerażające, że trudno o tym mówić. — Dopuszcza pan możliwość, że żołnierze z okien strzelali do ludzi, których wypuszczano z tych cel? — pytam. — Mogli strzelać, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nie zgłębiałem dokumentów — odpowiada profesor po dłuższym zastanowieniu. —Rzeczywiście był to czas, kiedy dokonywano weryfikacji i siłą zmuszano do przyjmowania polskiego obywatelstwa. Bito w więzieniach, torturowano, skazywano na śmierć, ale takiej sytuacji, jak na Warszawskiej, nie spotkałem w powojennych czasach.

— Wstrząsnęło to panem?

— Wstrząsnęło. To tragiczne. Trudna jest historia Warmiaków, Mazurów, Niemców i Polaków też. Milczeć o tych sprawach nie możemy. Ta Warszawska pod każdym względem jest dramatyczną ulicą. W ludzką pamięć zapadają wydarzenia wyraziste. Należy im wierzyć, ale też sprawdzać. To jest rola Instytutu Pamięci Narodowej — mówi profesor Achremczyk.

Chodziło o strach i terror

Roman Gołębiewski swoją wiedzą na temat tragicznych wydarzeń, które rozgrywały się przy ulicy Warszawskiej, podzielił się z IPN. — Daję pan wiarę jego słowom? — pytam Pawła Warota, historyka Instytutu. – Tak, choć należy to gruntownie sprawdzić. Będziemy starali się znaleźć potwierdzenie tych wydarzeń w zachowanych u nas archiwalnych materiałach. Musimy jednak mieć świadomość tego, że w żadnym sprawozdaniu funkcjonariusze nie wspominali o stosowanym przez siebie okrucieństwie. W tym wypadku bazujemy raczej na relacjach ofiar lub świadków — wyjaśnia historyk.

— Dopuszcza pan możliwość strzelania do uwolnionych z Warszawskiej więźniów?

— Jak najbardziej. Tak samo jak prawdziwe jest przetrzymywanie tam więźniów. To, co działo się na Warmii i Mazurach po 1945 roku, często przypomina koszmar. NKWD i UB chodziło o to, by wzbudzić strach i siać terror wobec miejscowej ludności Warmiaków i Mazurów.

— Są państwo zainteresowani informacją o tym co mogło się dziać po drugiej stronie ulicy Warszawskiej na terenie jednostki wojskowej? — pytam. — Jesteśmy zainteresowani każdą informacją, która mówi o zbrodniach komunistycznych. O tym, że byli tam więzieni ludzie, też słyszałem, ale nie ma tego nigdzie w dokumentach — tłumaczy Warot.

— Można ustalić czy pod tymi drzewami przy płocie rzeczywiście są pochowani rozstrzelani więźniowie?

— Nie będzie to łatwe. Najlepszym potwierdzeniem jest dokonanie ekshumacji, a to jest, niestety, bardzo kosztowne. Wykonuje się ich w miejscach, do do których mamy niemal stu procentową pewność, że jest tam pochowana duża liczba ofiar — odpowiada Paweł Warot.

Pytania bez odpowiedzi

Przez wiele lat Krzysztof Kossut z żoną walczyli o ochronę drewnianego budynku przy Warszawskiej. Opasłe segregatory wypełnione są korespondencją z różnymi urzędami. — W 2000 roku ten budynek został wpisany do krajowego rejestru zabytków jako miejsce martyrologii. Minęło trzynaście lat i nic. Każdy ma to gdzieś. Nie ma tu nic, żadnej tablicy, żadnej dbałości. Zupełnie nic! — denerwuje się pan Krzysztof. — A przecież ginęli tu ludzie! Ciągle o tym myślę. Powiem pani szczerze, że nie lubię tu wchodzić — mówi, zamykając metalową sztabą ciężkie drzwi celi. — Przecież należy to chronić! Każdy przechodzi i mówi: obrzydliwa szopa, ale mało kto wie, co się w niej działo.

— Ma pan w sobie jeszcze tyle determinacji, by o to walczyć? — pytam.

— Miałem. Ale jak ciągle słyszę w urzędach, że jak zbierzemy pieniądze, to coś się z tym zrobi, to tej determinacji mam coraz mniej — przyznaje.

Nie ma wątpliwości, że ta podmurowana drewniana, piętrowa szopa ze spadzistym dachem z 1905 roku rozleci się ze starości, jeśli nikt o nią nie zadba. To tylko kwestia czasu. Być może dopiero wtedy pojawią się pytania, dlaczego nie uchroniono zabytku. Dlaczego tak chętnie stawia się nowe pomniki nowym bohaterom, a pozwala ginąć tym, które już są? Prawdziwym pomnikom tragicznej historii.

Wioletta Sawicka
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. harcerz #1080530 | 88.156.*.* 10 maj 2013 21:22

    To w Olsztynie, bo nie doprecyzowane ?

    ! - + odpowiedz na ten komentarz