Piątek, 16 listopada 2018. Imieniny Edmunda, Marii, Marka

Zabójczy backdraft przykleja maskę do twarzy

2013-05-04 09:15:34 (ost. akt: 2013-05-04 09:25:25)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Rozmowa z psychologiem daje zawsze dobry efekt, podobnie zresztą jak... grill. Strażacy przychodzą na takie spotkania sami, nie zabierają kobiet. I gadają. Wyłącznie o pracy — mówi Andrzej Górzyński, komendant olsztyńskich strażaków, z którym rozmawiamy o pożarach, zabójczym wstecznym ciągu płomieni i o alarmach, które budzą umarłych.

— Niech zgadnę. Jako dziecko chciał pan być strażakiem?
— Chyba nie miałem innego wyjścia. Ojciec był i nadal jest strażakiem ochotnikiem w Jędrychowie w powiecie iławskim. Po prostu wciągnąłem się i w wieku 12 lat byłem już w Młodzieżowej Drużynie Pożarniczej. Zakochałem się w tej robocie. Gdy tyko skończyłem technikum samochodowe w Prabutach, zaciągnąłem się do straży. Zawodowcem zostałem w 1990 roku. Nigdy jednak nie zrezygnowałem z bycia ochotnikiem. Po godzinach pracy nadal nim jestem.

— Liczył pan, ile pożarów już ugasił?
— Nigdy nie liczyłem, ale było ich sporo.

— Ale swój pierwszy raz pan zapamiętał?
— Pierwszy był pożar w oborze. Gdy przyjechaliśmy, ogień był już tak duży, że jego rozmiar mnie przeraził. Trzeba było wyprowadzać przestraszone zwierzęta. Pamiętam też uczucie bezradności wobec ognia. Lałem wodę, a ogień w ogóle się tym nie przejmował.

— Zdarza się, że w czasie pożaru giną ludzie. To trauma natrafić na zwęglone zwłoki?
— W czasie akcji nie ma czasu się nad tym zastanawiać, trzeba skupić się na zadaniu. Także na tym, żeby samemu nie stracić życia, żeby chronić innych. Czas na przemyślenia przychodzi później.

— I?
— Każda taka akcja zostaje z tyłu głowy. Strażacy to twardzi ludzie, ale żaden nie jest z betonu i stali i każdy ma pewnie swoją traumę. Ja, na przykład, bardzo nie lubię jeździć po drogach powiatu. Na każdej niemal naszej drodze jest jakieś niezbyt miło kojarzące się miejsce, w którym byłem już wcześniej służbowo. Przejeżdżam przez nie i wspomnienia wracają.

— Nie macie psychologa?
— Psycholog jest i strażacy czasami korzystają z jego pomocy. Rozmowa z nim daje zawsze dobry efekt, podobnie zresztą jak... griil. Strażacy, jak wszyscy, zapraszają się na grilla. Tyle że dla normalnego człowieka, takiego spoza naszego środowiska, byłaby to pewnie kompletna nuda. Strażacy przychodzą na takie spotkania sami. Nie zabierają kobiet. I gadają... Wyłącznie o pracy, o tym, co ich spotkało. To taki zawór bezpieczeństwa — opowiesz i lżej ci na duszy.

— Strażacy raczej rzadko giną?
— To prawda. W ciągu ostatniego 10-lecia nie było w Olsztynie żadnego śmiertelnego wypadku, ale i bez tego to dość stresująca praca. Lista potencjalnych zagrożeń jest długa. Strop może się zawalić, można wpaść w jakąś dziurę i złamać nogę, spaść z drabiny albo wylecieć z okna. Możliwości zrobienia sobie krzywdy są setki. Można paść np. ofiarą backdraftu, który w jednej chwili może poparzyć płuca albo spalić maskę tak, że przyklei się do twarzy.

— Co to jest backdraft?
— To wsteczny ciąg płomieni. Doprawdy malownicze i śmiertelnie groźne zjawisko. Zdarza się w pomieszczeniach, w których pożar wypalił już większość tlenu. Pod sufitem zbierają się wówczas gazy z częściowo spalonych materiałów, pojawiają się tam wąskie języki ognia i wydaje się, że sprawa jest opanowana. Prawdziwy pech, jeśli wtedy nagle pęknie szyba i wpadnie tlen. Niespalone gazy nagle stają w płomieniach, ogień gwałtownie się rozszerza i obejmuje całe pomieszczenie. Temperatura jest wtedy tak wysoka, że nawet to, co nie spłonęło, zaczyna się palić. Rozpętuje się piekło.

— Myślałem, że jesteście odporni na ogień, że wasze stroje was przed nim chronią?
— Niektóre rzeczywiście są ognioodporne. Nasze srebrne kombinezony zdolne są wytrzymać krótkotrwałe działanie wysokich temperatur. Takie skafandry są jednak nieporęczne i używamy ich w wyjątkowych okolicznościach. Zazwyczaj jednak działamy w zwykłych, ciężkich strojach. To specjalistyczne ubranie, ale nie chroni przed bezpośrednim działaniem ognia i może się zapalić.

— Ilu Olsztyn ma strażaków?
— W sumie w Komendzie Miejskiej pracuje 184 strażaków i 5 pracowników cywilnych. To załoga, która obejmuje teren miasta i powiatu. Na jednej zmianie pracuje 33 strażaków, z tego 8 w Biskupcu. Pracujemy na 24-godzinnych zmianach.

— To chyba za długo. Nikt nie jest w stanie utrzymać koncentracji przez 24 godziny. Nie boicie się, że zmęczony strażak popełni jakiś błąd?
— Oczywiście, zmiany są długie, ale trzeba pamiętać, że nie przez cały czas trwa akcja. Gdy strażak przychodzi do pracy, ma już zaplanowany dzień. Jest czas na czyszczenie sprzętu i zajęcia teoretyczne. Ponieważ nie zatrudniamy ani sprzątaczek, ani konserwatorów, sami sprzątamy i sami remontujemy to, co trzeba wyremontować w naszej siedzibie. W ciągu doby służby strażak ma także prawo chwilę się przespać. Są nawet prycze. Spanie w jednostce nie należy jednak do specjalnych przyjemności i chyba nie jest też zdrowe. Każda czynność — sprzątanie, szkolenia i sen — może zostać w każdej chwili przerwana alarmem, a ten sygnał jest taki, że nawet umarły by się ocknął. Od momentu alarmu zostaje minuta na ubranie się w strój i dobiegniecie do wozu.

— Łatwiej gasi się pożary w mieście czy na wsi?
— W mieście, bo tu docieramy szybciej. W mieście płoną zazwyczaj mieszkania, więc pożar jest ograniczany przez ściany i zazwyczaj udaje nam się go złapać w chwili, gdy obejmie jedno lub dwa pomieszczenia. Na wsi pod tym względem jest gorzej, a przede wszystkim dalej. Potrzeba więcej czasu na dojazd.

— Ile macie interwencji w ciągu roku?
— W ubiegłym roku było 3276 przypadków. Większość z nich to usuwanie skutków silnych wiatrów i podtopień. Pożary to jedna trzecia interwencji. Zdarzeń jest sporo, ale trzeba też pamiętać, że zawsze możemy liczyć na wsparcie ochotników. Pomagają nam w 60 procentach akcji, które podejmujemy. Ich udział jest nieoceniony, zwłaszcza gdy coś dzieje się poza miastem. Oni zazwyczaj są pierwsi na miejscu i nie pozwalają, żeby ogień zbytnio się rozszerzył. Pomagają nam też w mieście w przypadku bardzo dużych pożarów. Tak było w przypadku pożaru fabryki mebli i dwóch wielkich pożarów przy ul. Gietkowskiej w Olsztynie.

rozmawiał Mariusz Jaźwiński
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. PP #1495142 | 83.238.*.* 28 wrz 2014 10:38

    To jest najgorszy komendant w historii - takiego papraka nigdy nie było

    ! - + odpowiedz na ten komentarz